"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

poniedziałek, 19 luty 2018 17:37

Jak to z tymi partiami bywa....

Często słyszy się, że ktoś, kto nie poszedł do głosowania, nie powinien narzekać na rząd, bo jest sam sobie winien. Miał możliwość na dołożenie swojego głosu do wyboru innej opcji politycznej, ale tej szansy nie wykorzystał. Wniosek? Jest bierny i powinien dalej siedzieć cicho. Powstaje pytanie. Co mieli zrobić ci, którzy nie znaleźli żadnej uczciwej, ba, w miarę uczciwej partii politycznej na którą mogliby zagłosować i nie mieli w ten sposób też żadnej alternatywy, żadnego wyboru, nawet tego przysłowiowego mniejszego zła? Co w takim przypadku daje pójście do urny wyborczej? Delikatnie mówi się o braku zaufania do polityków, bo to ładniej brzmi, jednak rzeczywistość jest bardziej brutalna. 

Obserwując to co dzieje się wokół nas, gdy rzucane są wielkie, wręcz rewolucyjne hasła i obietnice bez pokrycia, spróbowałem zastanowić się nad znaczeniem jednego ze sztandarowych w polityce określeń, a mianowicie słowa ...sprawiedliwość. Używamy go na co dzień i wydaje się nam, że potrafimy go określić. Ale przecież każdy z nas rozumie je, troszeczkę albo i nie tylko troszeczkę, inaczej. Co innego prawo. Tu przynajmniej wiadomo o co chodzi i np. jedna z Encyklopedii Powszechnych PWN precyzuje to określenie tak, cytuję: „ Prawo - ogół usankcjonowanych przymusem państwowym norm (przepisów), które regulują stosunki między ludźmi w sposób odpowiadający interesom klasy panującej w danym państwie” – koniec cytatu. Podkreśliłbym tu zwrot .... odpowiadający interesom klasy panującej.... No cóż, komuny już nie ma, a więc nie dotyczy to już nas wszystkich. Reszta jest czytelna i jasna. Nic dodać nic ująć, to przynajmniej jest powiedziane wprost, co, komu i dlaczego. Jak jednak do tego ma się sprawiedliwość? Przy takim określeniu prawa muszę powiedzieć, że co najmniej dziwnie, bo ta rozumiana przez nas i ta dyktowana prawem mają się do siebie nijak. A przecież przed prawem powinniśmy być równi, przynajmniej zgodnie z głoszonymi hasłami i co jakiś czas zmienianą konstytucją. A czy tak jest? Czy wszyscy jesteśmy tak samo traktowani? O niespójnych, nieżyciowych, nie sprawdzających się na co dzień normach naszego prawa opierających się właśnie na źle rozumianej wolności demokratycznej, na tym że przestępca ma tyle samo praw ile ma jego ofiara, o tym że jest to określane jako humanitarne, nie będę pisał. Bo zaraz znajdzie się ktoś z elementarnym pytaniem, a skąd wiem że ten ktoś jest przestępcą? Przecież zgodnie z prawem aby to stwierdzić należy najpierw mu to udowodnić. Pragnę więc zaznaczyć, że używając określenia przestępca mam na myśli takiego, o którym bezspornie wiemy że nim jest, zanim któryś z adwokatów, wykorzystując luki prawne, udowodni po raz nie wiem który, że właśnie ofiara jest przestępcą. No bo jak nazwać kogoś kto włamuje się do naszego domu, czy też napada na nas na ulicy? Prawo interpretowane nie powinno być prawem obowiązującym. 

niedziela, 11 luty 2018 18:47

Moja szara komórka - wpadka

Dawno nie pisałem o mojej jedynaczce, jedynej szarej komórce jaką posiadam. Otóż, nie dalej jak wczoraj, moja milusińska wycięła mi kolejny numer.

A więc wstałem rano, jak zwykle, czyli około godziny dziesiątej i od razu zauważyłem jakąś dziwną lekkość w głowie. Zajrzałem tam i nie mogłem znaleźć mojej jedynaczki. W końcu po długich poszukiwaniach zauważyłem ją śpiącą w kąciku z łapkami pod główką. Wyszedłem więc cichutko, aby nie obudzić śpiącego maleństwa, i spokojnie przeszedłem do codziennych, zwyczajowych porannych czynności. Na razie wszystko w porządku, pomyślałem, okazuje się, że mogę spokojnie dać sobie radę bez niej. Niestety, nie do końca, bo jak mówi porzekadło....gdy rozum śpi, to z człowiekiem dzieją się różne dziwne rzeczy, ze mną też nie było inaczej. Najpierw, nie patrząc na termometr za oknem a sugerując się pięknym słońcem, ubrałem się w koszulkę z krótkim rękawkiem, cienką bluzę i wyszedłem po zakupy. Po kilku minutach zawróciłem i włożyłem coś bardziej ciepłego. W sklepie stwierdziłem, iż pieniądze zostawiłem w domu w bluzie którą właśnie zmieniłem. Musiałem więc tuptać jeszcze raz, tym razem już pieniądze miałem ale zapomniałem znowu zajść do drugiego sklepu po mięso mielone, na kotlety. O tym jaki był mój humor wolę nie pisać bo byłoby to co najmniej nie cenzuralne. W domu zdecydowałem się obudzić „malucha” i poradzić się go co mam dzisiaj ugotować na obiad. Co się dzieje z maluchami których się nagle obudzi nie muszę pisać, wszyscy znamy to dobrze. U mnie było dokładnie tak samo. 

Miłość, w potocznym rozumieniu tego słowa, w dużym skrócie, jest wynikiem naszego zauroczenia kimś. Jest emocjonalną reakcją na obraz który utworzyliśmy w naszej wyobraźni. Obraz zbudowany nie na faktach, bo ich jeszcze nie znamy, ale na tym, czym chcielibyśmy aby był. Jednym słowem na barwnej uczuciowo wizji tego co do tworzonego wizerunku w naszej wyobraźni dokładamy. A więc widzimy przede wszystkim ciało budzące w nas w mniejszym lub większym stopniu pożądanie i zachowanie, będące najczęściej wynikiem tego co wypada, co robi duże wrażenie na innych, co prowadzi do zamierzonego celu, celu realizacji naszego pożądania. O charakterze nie wiemy nic, a przecież to właśnie on jest tu najważniejszy. Będąc głodnym uczucia „miłości” i dążąc do zrealizowania tego stanu za wszelką cenę, dajemy ponieść się emocjom i usypiamy nasz rozsądek, który w różnych sytuacjach próbuje  nieśmiało przestrzec nas przed niewiadomym. W końcu nie bacząc na nic wchodzimy w inny, nieznany zupełnie nam świat. Wchodzimy na krę, o której wiemy tylko tyle, że ma jakąś powierzchnię i pływa. Jednak czy nas uniesie, to już pozostaje w sferze naszych pobożnych życzeń.

Nie wiemy co nas czeka. Jednak ufni, że wszystko będzie jak najlepiej skaczemy z mostu do wody głową w dół. Pogrążamy się wierząc w nasze niespotykane szczęście. Potem budzimy się z bólem serca, łzami w oczach i pytaniem, dlaczego? Dlaczego tak się stało, przecież byliśmy tacy zakochani w sobie nawzajem? Odpowiedź na to pytanie nasuwa się sama. W tak delikatnej materii jaką jest w szerokim znaczeniu miłość, nie można postępować pochopnie, nieodpowiedzialnie. Powinniśmy umieć odróżnić zauroczenie od miłości. A jakże często przeceniając je mylimy owo zauroczenie twierdząc że to właśnie jest nasza wielka miłość. A przecież to zauroczenie jest niczym innym jak  mijającym z czasem naszym pożądaniem. 

Na Koszmarku staram się prowokować do własnych przemyśleń i do szukania własnych rozwiązań. Staram się przywrócić wiarę, że to jest możliwe trzeba tylko dobrze się zastanowić biorąc pod uwagę wszystkie aspekty sprawy a przede wszystkim szukać źródeł owego zła i potem usuwając je. Forma może rzeczywiście nie najlepsza ale innej nie znam. Czytanie zaś między wierszami jest moim zdaniem podstawą poznawania drugiego człowieka. Każde zdanie, każde słowo ma swoje zabarwienie na które niewielu zwraca uwagę podchodząc do owych wypowiedzi subiektywnie i na swój sposób mechanicznie je odbierając. Wiele z nich niesie w sobie myśli ukryte, nie mówię podtekstowe, bo to zupełnie coś innego. Sposób i forma używania np. przymiotników między innymi mówi o wrażliwości rozmówcy, o jego ukrytych emocjach... etc.

I jeszcze jedno. Dla bardzo wielu z nas rozmowa jest swoistym lekarstwem. Subtelna nić porozumienia wypływa tu z faktu determinacji tego, który chce się odkryć i przyjaznego, wręcz serdecznego podejścia jego rozmówcy do dręczącego go problemu. Takie rozmowy mogą odbywać się nawet w grupach. Jest to zresztą od dawna stosowana w psychologii forma leczenia grupowego. Oczywiście nasze grupowe rozważania na małych forach są trochę inaczej prowadzone, bardziej spontanicznie, ale sama zasada pozostaje taka sama. Umiejętność odkrywania siebie, wyrzucania z siebie własnych małych dramatów, wyzwalanie się z nich i szukanie powodów, które je spowodowały. Takie rozmowy uczą nie zamykania w sobie, co wcale nie znaczy, że trzeba po prostu gadać. Chociaż czasami może również i tak?

Bardzo łatwo zatracić granice pomiędzy karierą a rodziną. A tak naprawdę, na szczęście dotyczy to nielicznej ilości kobiet. Oczywiście są takie kobiety, które mają inne predyspozycje i szukają samorealizacji w świecie biznesu czy chociażby np. wojsku, straży pożarnej, sportach ekstremalnych, policji itd. Dlaczego wymieniłem właśnie te dziedziny? Chciałem zaznaczyć w ten sposób inność zamiłowań czy też pragnień od powszechnie spotykanych. Biznes to troszeczkę coś innego, tym niemniej też nie to w czym przeciętne kobiety mogą się czuć dobrze. Jest to świat drapieżny, zakłamany, podstępny, świat twardej walki o rynek. I nie to jest tu jeszcze najważniejsze. W życiu nie ma nic za darmo. Powszechnie wiadomo, że pracując w biznesie trzeba mu poświęcać dużo więcej czasu i uwagi niż w normalnej pracy i dodając do tego jeszcze stałe napięcie nerwowe, mamy już powolne wykańczanie psychicznie. Bardzo częstym efektem tego oczywiście jest brak czasu dla własnej rodziny, nierzadko nawet ucieczka od jej stworzenia. Poza tym codzienne zmęczenie, niewspółmiernie większe niż zmęczenie każdą inną pracą, nie pozwala na wykrzesanie z siebie tej ilości ciepła czy chociażby zainteresowania bliskimi, jaką kobieta może i powinna dać. I chociaż życie współczesne zmusza je do większego angażowania się  w zdobywanie pieniędzy, to jednak, moim zdaniem, poza nielicznymi wyjątkami, tzw. kariera zawodowa /nie mylić z pracą / wypacza ich charaktery, ich subtelność, tę bardzo kobiecą delikatną niepewność, może świadomą a może nie, tego nie wiem, to chyba wiedzą tylko same kobiety. Kobieta nie ma nadmiernego zapasu sił i czasu, w związku z czym nie może swobodnie nim dysponować nie krzywdząc przy tym własnej rodziny i siebie samej. Nieciekawa jest rola kobiet we współczesnym świecie, jednak uważam, że każda powinna być świadoma priorytetów jakie sobie sama ustawia. Bo zawsze jest coś za coś, to tylko kwestia własnego wyboru, najlepiej świadomego, bo ponoszone później koszta mogą niestety być kiedyś bardzo bolesne.

niedziela, 21 styczeń 2018 16:50

Konflikt pokoleniowy... spojrzenie z boku

Spotykamy się na co dzień z określeniem specyficznego zachowania młodzieży  określanym mianem buntu pokoleniowego. Jest to zjawisko cykliczne, powtarzające się w każdym kolejnym pokoleniu, które było, jest i będzie, czy to się nam podoba czy też nie. Zawsze podchodziłem do tego dość obojętnie. Tłumaczyłem to sobie kolejnym dopustem bożym polegającym na konflikcie skostniałych stereotypów zbudowanych na podstawie doświadczenia nabytego, odpowiednio zaklasyfikowanego przez tzw. pokolenie ludzi dojrzałych z beztroskimi szaleństwami wieku młodości, dla którego każdy powód do tego jest dobry, które wszystko ma, jak to mówią, gdziesik. I nawet chyba coś w tym jest na rzeczy, tylko oczywiście nie koniecznie z takich powodów, bo zauważcie sami. Każde następne pokolenie coś zmienia, usprawnia, modyfikuje, niektóre sprawy przewraca do góry nogami, tworzy nowe poglądy i normy zachowań. Nie można jednak tego zrobić bez przeprowadzenia generalnych porządków. Dzięki temu to co jeszcze kilkadziesiąt a nawet kilkanaście lat temu było normą dzisiaj może stać się anachronicznym zabytkiem mającym wartość tylko emocjonalną, muzealną ale nie praktyczną. Zacząłem zastanawiać się skąd się to bierze, co jest tego przyczyną? Popatrzmy na to z boku.

Aby nie trwać w stagnacji trzeba co jakiś czas łamać ustalone stereotypy, budować i wchodzić na nowe tory, sprawdzając czy nie da się czegoś zamienić czymś nowszym, lepszym, co pozostawi nasz ślad w kolejnej zmiennej rzeczywistości i wniesie coś świeżego zanim, z czasem oczywiście, stanie się kolejnym stereotypem, kolejną zaszłością. W ten sposób zamyka się koło małej historii. Pozostaje bliźniacza powtarzalność sytuacji. Jakie to dziwne, bo najpierw ktoś się buntuje, aby po jakimś czasie będąc już po drugiej stronie barykady przeżywać to znowu jeszcze raz, tym razem jednak już z własnymi dziećmi jako przeciwnikami.

Aby jednak to się stało potrzebne jest kolejne młode pokolenie, które buntując się przeciw zastanym normom najpierw je odrzuci, by potem tworząc nowe rozwiązania niektóre z nich uznać za słuszne, niektóre zaś wcześniej skorygować, zanim je zaakceptuje na nowo. Do tego wszystkiego doda jeszcze własne, na tę chwilę rewolucyjnie innowacyjne. To jest właśnie, bardzo ogólnie ujmując, klasyczny mechanizm postępu w pełnym tego słowa znaczeniu. I dotyczy to każdej dziedziny życia. 

Od pewnego czasu obserwuję to, co dzieje się w naszym kraju i z przerażeniem dochodzę do wniosku, że nasze niesamowicie aktywne grupy polityczne zaczyna opanowywać jakiś amok. Walka o głosy wyborców, o zaistnienie za wszelką cenę w mediach i na arenie politycznej niejako wymusza na nich zupełnie paranoidalne pociągnięcia. W programie „Co z tą Polską?” prowadzonym przez T. Lisa nie wytrzymał nerwowo nawet tak bardzo opanowany prof. Bartoszewski i użył domyślnie w stosunku do jednego z czołowych, naszych polityków takich określeń jak: nabzdyczony, nadęty i jeszcze kilku innych niemniej dosadnych. To już zmusza do myślenia. Zacząłem więc analizować zdarzenia z ostatniego okresu i nie powiem, że miałem jakiekolwiek powody do uspokojenia swoich podejrzeń. Wręcz przeciwnie. Weźmy na przykład wkręcanie religii do polityki.

Od dawna wiadomo, że polityka jest jednym z największych bagien w którym aby przeżyć, trzeba być niezłym dyplomatą. A tych u nas niestety dzisiaj brak. Religia zaś i jej zasady, to sprawa sumienia każdego z nas, sprawa naszej wiary. Dostaliśmy od Stwórcy wolną wolę i rozum po to, aby rozróżniać co jest dobre a co złe by potem korygować nasze zachowania, poglądy, podejmowane decyzje. I oto nagle zjawia się „ Silna Grupa pod Wezwaniem”, która chce nas ubezwłasnowolnić i zmusić do takiego postępowania jak chcą oni, twierdząc, że opierają się na słowach głów kościoła, na kanonach prawd wiary i że w ten sposób wszystkich nas hurtem uszczęśliwią, bo jesteśmy ślepymi i głupimi jawnogrzesznikami. Poza tym nie zwracają wcale uwagi na to, że w naszym kraju żyją również ludzie innych wiar. Nie spytam już o demokrację, bo to temat do zupełnie innych rozważań.

Swego czasu w trakcie rozmowy o ochronie życia od momentu poczęcia jeden z polityków przed kamerą telewizyjną na zadane mu pytanie:   - "U kobiety w ciąży, z tego powodu nastąpiło nagłe zagrożenie życia. Jak powinien postąpić lekarz, kogo według pana powinien ratować?" odpowiedział bez chwili zastanowienia: -  " powinien ratować płód" - koniec cytatu. 

czwartek, 11 styczeń 2018 16:42

Nasze pochopne oceny ......

Jakże często wypowiadamy się na różne tematy w tym również a może przede wszystkim , dotyczące ocen innych ludzi. Nie znając szczegółów  wystawiamy prawie natychmiast nasze opinie. Potem twierdzimy, że nasze przemyślenia są obiektywne i dotyczą tylko naszych wrażeń. Jednak w momencie gdy przekazujemy je w formie oceny przynajmniej jednej osobie, przestają już być prywatnymi ocenami. Stają się wtedy naszym szufladkowaniem ocenianych. Wiem, nie jesteśmy doskonali, jednak zakładając, że potrafimy myśleć, a tak nam się przynajmniej wydaje, to bez wcześniejszego, dokładnego poznania całej sprawy nie wypowiadajmy ich za szybko. Najczęściej w takich sytuacjach malując barwnie czyjś obraz, podchodzimy do niego emocjonalnie i sztampowo. Rozumiem, taki właśnie mamy  odruch. Emocje i powszechnie panująca kulturowa  ocena zachowań, nie zawsze mieszcząca się  w obowiązujących zwyczajowych regułach, czynią nas takimi a nie innymi. Podejrzewam tylko, że dotyczy to w mniejszym lub większych stopniu, praktycznie prawie wszystkich.

Najbardziej drażliwym tematem jest człowiek,  jego życie i ocena tego wszystkiego przez innych. Nie wiem, czy zdarzyło się wam ocenianie kogoś na podstawie pierwszego wrażenia, na podstawie skrótowych, lakonicznych informacji. O samej formie opisywania późniejszych własnych wrażeń już nie wspomnę. Nierzadko bowiem są one pozbawione jakichkolwiek zasad dobrego wychowania. To wszystko różni nas i dzieli na myślących, w tym kulturalnych i pozostałych.

Na co dzień przyzwyczajeni jesteśmy do kierowania się panującymi zwyczajowymi regułami. Generalnie biorąc jest to sprawdzona norma. Pod jednym wszak warunkiem, że zależnie od okoliczności przepuszczamy je przez pozbawiony emocji filtr obiektywności, a nie tylko akceptując je dlatego, że my tak to widzimy, tak odczuwamy a więc uważamy, że musi to być bezsprzecznie obiektywną prawdą. Owszem, „prawdą” jest, ale naszą,   bardzo subiektywną. Takie podejście do sprawy jest bardzo często powodem do kłótni, do wzajemnych antagonizmów. Później życie pozostawia w nas niesmak, poczucie niezasłużonej krzywdy i wielki żal, że to ludzie nas nie lubią.

Każdy z nas żyje według własnych, wyuczonych lub nabytych zasad, najczęściej z powodu wrodzonego lenistwa i egoizmu bezkrytycznie poddając się im budujemy w ten sposób własne gradacje oceny dobra i zła. Do życia podchodzimy więc bardzo subiektywnie i takie też są nasze wygłaszane później oceny. Powoduje to ustawianie siebie w roli oskarżyciela, sędziego i kata jednocześnie. A jak jest faktycznie? Odpowiedzcie sobie sami.   

Usiłując zrozumieć osobowość ludzkiej natury, w tym oczywiście również jej kwieciście pokręconej kobiecej części, dochodziłem do różnych niesamowitych, często zaskakujących odkryć. Najczęściej wyważałem przy tym otwarte drzwi. Otwarte może dla innych, ale jak się okazuje nie dla mnie. Wiem, że nie wystawiam sobie w ten sposób dobrego świadectwa. Nie przejmuję się tym jednak za bardzo i dalej z wielkim uporem staram się wierzyć szkiełku i oku, którymi to precjozami posługuje się moja jedyna, mała, szara komóreczka. Co z tego wynikło spróbuję podsumować w krótkim opowiadaniu jak to moim zdaniem kiedyś powstał stwór zwany człowiekiem i co z tego wynikło.

Pewnego dnia Stwórca Wszechrzeczy utrudzony nieco dokonaną pracą nad tworzeniem szczęśliwości zwanej światem usiadł w cieniu rajskiego drzewa aby odpocząć. Zastanowił się przez chwilę nad tym, jakiego dokonał dzieła, podrapał się w głowę, rozejrzał się dookoła i nagle dotarło do niego, że atmosfera jest jakaś dziwna. Zauważył mianowicie, że wszystkie zwierzęta przyglądały mu się pilnie. Pierwszy odezwał się osioł i z nie najmądrzejszą miną zadał, jak na osła, całkiem niegłupie pytanie:

- Panie, czy będziesz jak dotąd dbał i pilnował nas stale tworząc jednocześnie coraz to nowsze egzemplarze, gdy te już się nieco zniszczą?

Zastanowił się Stwórca nad przedstawionym dylematem:

- No jasne, przecież dotąd to było proste, muszę jednak znaleźć jakiś sposób, który wyręczy mnie w samodzielnym już kopiowaniu tego, co stworzyłem.

Pomyślał, pomyślał i zmieniając nieco to i owo stworzył kopię tego co już było. Tchnął w nie dar dawania życia i cieszenia się kolejnym potomstwem.

- No tak, ale doglądać tego zwierzyńca codziennie to chyba już nie wytrzymam (pomyślał). Muszę wynaleźć coś nowego. Coś, co będzie miało rozum dzięki któremu będzie mogło zarządzać moją ziemską  trzodą. 


Jak pomyślał tak uczynił. Zaczął więc tworzyć człowieka. Jak się później okazało był to człowiek - mężczyzna. Jednak jak to bywa z każdym pierwowzorem, nie był on doskonały. Poza tym niemałą „zasługę” w tym dziele miał kręcący się wokół i, jak się później okazało, skutecznie przeszkadzający diabeł. Tak się przymilał, tak zagadywał Mistrza, że Ten zupełnie bezwiednie skopiował niektóre przywary i niedoskonałości z upierdliwego czarta.

Jak się później okazało nienajlepszy gatunek użytego materiału spowodował, że bardzo szybko wypychał mu się zwisający później brzuch, włosy jakoś nie chciały się długo trzymać na głowie, garbił się i myślał tylko o „jednym”, chociaż to też tylko do czasu. Poza tym szybko przestawał dbać o swój wygląd uważając widocznie to za coś bardzo niemęskiego.  Oczywiście nie wszystkie te cechy powtarzały się we wszystkich egzemplarzach. Jednak do dzisiaj na pytanie czym różni się mężczyzna od diabła, znawcy tematu odpowiadają przysięgając na wszystkie świętości, że ten pierwszy jest nieco przystojniejszy od drugiego.

To co Stwórca zrobił dalej było już konsekwencją zrozumienia popełnionego błędu przy tworzeniu owego, wiekopomnego dzieła. Wzorując się więc na tym, czego dokonał wcześniej i chcąc chociaż troszeczkę osłodzić sobie niesympatyczne wrażenie wyglądu owego pierwszego człowieka, postanowił dać sobie możliwość cieszenie się pięknem drugiego, już poprawionego egzemplarza. No i oczywiście obdarzyć ją umiejętnością niesienia cudu dawania życia. Był to bowiem w przeciwieństwie do pierwszego, człowiek – kobieta, w skrócie zwany po prostu kobietą.

Zaczął więc zbierać potrzebne materiały do nowej, skorygowanej już rzeźby. Z wyglądu zdecydował się stworzyć coś, co będzie oprócz zewnętrznego piękna (w zabieganiu o które jego właścicielki przekroczyły później wszelkie możliwe granice zdrowego rozsądku), miało w sobie dużo subtelności, ciepła, coś co potrafi wytrzymać wiele przeciwności losu, co będzie wypełnione cierpliwością i uczuciem. Doszedł bowiem do wniosku, że właśnie te cechy będą jej absolutnie potrzebne do wychowania przyszłego potomstwa. Jednak jak się później okazało, i jedno i drugie (mężczyzna i kobieta) nie potrafili tego ani zrozumieć, ani odpowiednio docenić. Nie wyczuli bowiem do czego co służy.

Kobieta zaczęła więc otaczać partnera nadmierną czułością i nadskakiwaniem myśląc, że ten to doceni. I tu go przeceniła. Mężczyznę zaś dzięki takiemu traktowaniu dopadło totalne rozleniwienie. Efektem tego po jakimś czasie totalnie przestał zwracać uwagę na swoją gołębicę, jak ją wcześniej nazywał, oczekując od niej, oprócz dbania o jego wygody, więcej niż mogła mu w tej sytuacji dać. Nie mogła na przykład dać mu powodów do nowego zauroczenia. No bo jak tu zauroczyć się kimś, kogo znamy od podszewki i kto wcale nie jest dla nas nikim nowym, chociaż również niekoniecznie  jeszcze starym?

W ten sposób w mężczyźnie powstało uczucie zwane zazdrością, w którym „pies ogrodnika” gra jedną z ważniejszych, może nawet głównych ról. U kobiet zaś, takie zachowanie było często wynikiem zatapiania się we własnej, niekontrolowanej wyobraźni, w którą wierzą one bardziej niż w zdrowy rozsądek. Chociaż owego rozsądku w różnym stopniu, nierzadko brak jest bardzo i jednej i drugiej stronie.

W ten właśnie sposób przy czynnym współudziale obu stron został ustanowiony patryarchat, który po wielu różnych burzliwych zmianach panuje jednak do dziś.

Najczęściej popełnianym współczesnym grzechem głównym jest dziwnie przewrotne, bezsensowne myślenie. A mianowicie on myśli, że ona po ślubie się nie zmieni. Ona zaś wierzy, że on po ślubie zmieni się na pewno. Mówi się, że każda wiara czyni cuda. Jednak chyba nie w tym przypadku.

Strona 1 z 65