"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Uroda potrafi wyróżnić kogoś z otoczenia i o to właśnie chodzi. Ktoś przecież powinien zwrócić na siebie uwagę drugiej osoby aby w niej rozbudzić chęć bliższego poznania. Właściwe poznawanie powinno nastąpić dopiero później. Niestety, najczęściej właśnie wtedy już zaślepieni zauroczeniem nie zwracamy uwagi na to, co najważniejsze w owym człowieku. Na jego charakter, osobowość, na jego przywary czy przyzwyczajenia. Najczęściej widzimy tylko ciało, które, o zgrozo, z oczywistych powodów z czasem się starzeje. W ten sposób gubimy w tym obrazie to, co może nas kiedyś zaskoczyć i boleśnie dotknąć lub naprawdę uszczęśliwić. Mam na myśli nasze psychiczne wnętrze.

Dla przykładu, piękno oczu płynące ze smutnego spojrzenia starego człowieka a już starej kobiety w szczególności, jest czymś nie do opisania. Tyle w nich ciepła, dobroci, tyle nie do końca ukrytej nostalgii, swoistego zażenowania i żalu, że coś właśnie minęło. To niesamowite, gdy człowiek sobie nagle uprzytomni, że ta starsza osoba była przecież kiedyś młodą, piękną, wesołą dziewczyną czy też sprawnym i przystojnym chłopakiem? Dopiero wtedy zauważamy pędzący obok nas czas i dochodzimy do wniosku, że przemijanie wycisza, zmusza nas do refleksji, do zauważenia w innym człowieku właśnie tego uroku. Bo to właśnie pozostaje, chociaż ciało zmieniając się, więdnie i przemija. W życiu nie jest najważniejsze to co piękne dla oczu, tylko to co dobre, wartościowe, co może dać nam radość albo może również nieść w sobie nieszczęście, jakiś wspólny dramat. Wcześniej czy później zrozumiemy, że właśnie zalety charakteru są tym, co daje owo szczęście i najważniejsze, nie starzeje się i nie przemija.

Nasze związki będą takimi, jakimi je stworzymy. Prawdą jest też, że nie jest to zbyt łatwe, przynajmniej na początku. Jest bowiem tylko jedna właściwa droga. A mianowicie za wszelką cenę musimy nauczyć się rozmawiać a nie tylko ufać i wierzyć w to, że jeżeli ktoś nas kocha to się na pewno domyśli, że będzie dobrze, że to się na pewno nam uda. Związek nie jest tylko kwestią samej wiary. To codzienne, zjadanie przysłowiowego „worka soli”. To wspólne przeżycia, te dobre i te złe, to radzenie sobie z nimi, to wzajemnie budowane rozmowy wyjaśniające wszystkie niedopowiedzenia i niejasności, rozmowy nie pozostawiające czasu i miejsca na jakiekolwiek domysły.

Pokrewieństwo dusz to coś zupełnie innego niż pociągająca urokliwość ciał. My jednak, z uporem godnym lepszej sprawy, nie dajemy sobie szans, skupiając się przede wszystkim na tym drugim. Z jednej strony to też jest oczywiście potrzebne, bo tego wymaga od nas matka natura. Moim jednak zdaniem, należy się nam również coś cudownego od życia, a nie tylko samo przeżywanie go byle jak, otaczając się iluzjami.

To tak jak jedzenie. Jest ono podstawą naszego życia ale przecież nie jest jego sensem. Właśnie ten sens pozwalający nam na wzajemne, duchowe spełnienia się w sobie gubimy najczęściej w naszym codziennym zagonieniu, emocjonalnym zacietrzewieniu, a wreszcie w naszej wielkiej, egoistycznej niechęci zrozumienia czegokolwiek i pracy nad sobą. Najpierw trzeba coś zbudować aby potem cieszyć się tym ale pod jednym warunkiem, że dba się o to każdego dnia.