"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek.PL - Koszmarek
Koszmarek

Koszmarek

wtorek, 26 marzec 2019 14:57

Kilka słów wyjaśnienia

1/ Nikomu nie pomaga a wręcz przeciwnie, dodatkowo dołuje go, gdy ktoś porównuje jego „nieszczęście” do innych na świecie ( a inni mają jeszcze gorzej). W ten sposób wytyka się mu jego małostkowość. Zawsze znajdzie się coś, co jest gorsze od tego co nas spotkało. Każdy z nas, w takich sytuacjach, zwierza się komuś ze swoich kłopotów, ze swoich przeżyć. Każdy też ma inną odporność psychiczną i fizyczną, a więc również inaczej wszystko przeżywa. Tego się nie da porównać chociaż nazwać można tak samo. Jednym słowem każdy z nas jest odrębnym światem kierującym się własnymi gradacjami ważności, dobra i zła, delikatności i odporności. I tak, moim zdaniem, powinniśmy siebie nawzajem traktować.

2/ Takie zachowanie po tzw. „odzyskaniu wolności” ( ładnie brzmi chociaż jakże często mija się z prawdą), mamy praktycznie od dziecka. No może tego większego dziecka. Najpierw cieszymy się, bo wreszcie możemy robić co chcemy, jednak po jakimś czasie zaczynamy dochodzić do wniosku, że zachłyśnięcie się swobodą od bliskich osób, smakuje tylko przez krótki czas.

Zaczynamy wtedy powoli tęsknić za utraconym domem, za rodziną, za tym kimś. Powoli też zaczynamy rozumieć, że wszystko jest dobre, ale z umiarem, że nawet przypalona grochówka podawana przez osobę kochaną, której już nie ma obok, staje się w naszej wyobraźni najpyszniejszą zupą na świecie.

czwartek, 07 marzec 2019 14:53

Absurdalna sytuacja ......

Zastanawiałem się co mógłbym napisać i nic mi nie przychodziło do głowy. Postanowiłem więc coś wymyślić, coś absurdalnego, absolutnie hipotetycznego.  A więc do rzeczy.

Przyjmijmy, że jest ktoś, kto ma kłopoty z ustawieniem sobie życia. W związku z tym żyje praktycznie z dnia na dzień. Buduje więc  sobie kolejne dni, miesiące, lata tak, aby jakoś w tej pogmatwanej i drapieżnej szarzyźnie przetrwać a następnie by ewentualnie później o niektórych z nich, szczególnie tych gorszych, zapomnieć.  Powstaje teraz pytanie. Czy może się to, chociaż w jakimś małym procencie, udać?

Moim zdaniem to się nie uda, ponieważ można wiele „wykasować” ze swoich pamięci, jednak samotność tkwiąca w nas, nie pozwoli nam na zupełne tego wyczyszczenie. Z naszego życia nie da się usunąć przeżytych lat ani nawet małych chwil. Można tylko czasami przestawić je głębiej w naszych magazynach pamięci, na jakiś czas odbarwić emocjonalnie. Bywa też tak, że coś w nas nagle umiera i przestaje nam dokuczać na co dzień. Jednak tylko na co dzień, ponieważ czkawka nastrojów i wspomnień zanurzona w codziennej szarzyźnie życia, co jakiś czas powraca i to najczęściej w najtrudniejszych dla nas momentach.

Taka sytuacja jest straszna, przynajmniej jak na moją wyobraźnię. Czy może więc być jakaś na to rada?

Rada to chyba nie, ponieważ każdy zgodnie z własnymi oczekiwaniami i możliwościami powinien sam tworzyć swoje drogi życiowe. Mogę jednak powiedzieć co ja zrobiłbym będąc w takiej sytuacji, a więc w sytuacji wielkiej ufności do innych a jednocześnie braku przystosowania do panujących zwyczajów i warunków. Starałbym się, powtarzam i podkreślam starałbym się, nie powielać błędów na których już się sparzyłem. Oczywiście w przypadku pozostałych, tych mniejszych, zawsze można wiele zmienić wprowadzając do ich szczegółów poprawki. Jeżeli się to uda mogą okazać się bowiem tym czymś, czego właśnie szukałem. Mogą, co wcale nie oznacza, że muszą. Jednak zawsze będzie to jakieś wyjście z dotykającego mnie bolesnego impasu, jakaś próba ustawienia sobie życia tak, aby ono nie uwierało mnie na co dzień. Jednym słowem aby spełniło moje wobec niego oczekiwania.

Nie da się bowiem niczego tak do końca wymazać z naszych pamięci, z naszych emocji, z naszych może już wypłowiałych, uczuć. Co jakiś czas wróci do nas nostalgia szczególnie dotycząca tych miłych chwil i zakręci się w naszym oku łezka. Dlatego warto najpierw dobrze się zastanowić, zanim zadecydujemy o czymś, czego nie jesteśmy zbyt pewni, co może nawet jest piękne i urokliwe dziś, ale jutro może okazać się naszym horrorem. Bardzo często bowiem budujemy nasze wizje na napotykanych złudzeniach, których jest pełno wokół, na których praktycznie stoi dzisiaj cały świat. A rachunki za to możemy później płacić przegranym życiem a nierzadko też wręcz poniżeniem.

Dlatego warto zastanowić się już dziś aby nie żyć ani chwilą, ani też dla wspomnianej chwili i nie poniżać się ani nie pozwolić na poniżanie siebie, na utratę własnej godności i szacunku do samych siebie. Żyjmy tak, jakbyśmy postrzegali innych, do których mamy wielki szacunek. Jednym słowem szanujmy siebie, jeżeli chcemy aby nas szanowano. Życie wtedy stanie się może przez jakiś czas nawet trochę trudniejsze jednak na pewno później już bardziej kolorowe i radośniejsze, bo przełamywanie rzeczy trudnych i pozornie niemożliwych uczy nas tego jak zdobywać to, co wcześniej mieściło się tylko w sferze naszych marzeń.

Czego z całego serca wszystkim życzę - Koszmarek

A może macie własne rozwiązania tego problemu? Piszcie proszę, może dzięki nim zmienię własne zdanie w tej kwestii? Bardzo bym tego chciał.

 .

poniedziałek, 18 luty 2019 17:51

Wspomnienia - wirtualny sen z dzieciństwa.

Czasami, gdy jestem zmęczony, gdy chce mi się na powrót zanurzyć w urokach lat szalonej, wczesnej młodości, nachodzi mnie jakaś dziwna nostalgia. Zaczynam wtedy marzyć przenosząc się do krainy wspomnień. Coś się wtedy we mnie dziwnie zmienia. Oczy stają się mętne, nie przeszkadzają mi żadne odgłosy współczesnego życia dobiegające zza okna. Zapadam się w specyficzny sen. Jak urywki ze znanych filmów przetaczają się w mojej wyobraźni sceny z lat, wtedy niedoceniane, a dzisiaj będące źródłem moich wzruszeń. Coś bardzo melodramatycznego zawisa w powietrzu. Coś, czego chyba nawet nie potrafiłbym dzisiaj dokładnie nazwać.

wtorek, 05 luty 2019 19:01

Jaką bywa miłość.......

Kiedyś ktoś wpisywał się w komentarzach właśnie w ten sposób. I nie o to chodzi, że to robi właśnie tak. Oczywiście nie chciałbym aby ten ktoś to zmienił. Nie w tym rzecz, tylko.... właśnie tylko. To spowodowało, że kolejny już dzień chodzi mi po głowie, bez żadnych osobistych wycieczek, piosenka Czerwonych Gitar „Głupia miłość” a dokładnie taki jej wers...”... była to głupia miłość, była to głupia miłość, czemu więc tej miłości tak mi brak..” W tym cytacie kryje się o wiele więcej niż to, co bezpośrednio nam przekazuje. Kryje się duża część prawdy o naszych tęsknotach, zagubieniach, o ogromnej części naszego wewnętrznego i często na własną prośbę pogubionego, JA.

Często jest tak, że nostalgicznie nagle coś nam zaczyna się przewijać w wyobraźni. Powracają wspomnienia, te ważne i te mniej ważne. Oczywiście, z perspektywy czasu wszystko jest ważne, bo dotyczy nas, naszej przeszłości, naszego życia, bo zostawiło w nim jakiś konkretny ślad. To wspomnienia powodują, że stajemy się nagle bardziej rozmarzeni, przenosimy w inny czas, w inną rzeczywistość. I chociaż może nie jest to takie istotne, zaczynamy podświadomie często żałować tego co było a już nie jest. A może tylko tęsknimy do tamtego czasu, tamtego nastroju, tamtego uczucia, tamtej wiary w miłość, bo wtedy świat był piękniejszy a my wierzyliśmy święcie, że wszystko ułoży się po naszej myśli? Może, zaznaczam może, gdyby to wszystko wróciło to być może zachowalibyśmy się dzisiaj podobnie, albo nawet tak samo jak wtedy?

Z perspektywy czasu patrząc, często tamtą miłość nazywamy głupią. Dlaczego? Być może dlatego, że była bardzo naiwna, niedojrzała, zbyt spontaniczna, bo nie potrafiliśmy jej docenić a może nawet zrozumieć? Może i tak. Jednak w tym zawierał się cały ogromny jej urok, którego dzisiaj czujemy wielki niedosyt. Po doświadczeniach jakie podarowało nam życie nagle odczuwamy jakąś uczuciową pustkę. Brak nam tego co było wtedy, tego jak to się wtedy przeżywało, jak się o tym śniło? Może chcemy być jeszcze raz znowu głupi i naiwni, wierzący w spełnienie rzeczy niemożliwych do spełnienia? Co prawda powtarza się to potem w naszym życiu w pewnym sensie cyklicznie, jednak wygląda to już zupełnie inaczej, wyprane z tamtego uroku, bez takiej bezgranicznej wiary w spełnienie, bardziej dojrzałe, bardziej racjonalne.

Nasuwa się teraz pytanie. Czy musimy w naszym życiu coś zniszczyć, żeby i tak niczego się nie nauczyć oprócz nieufności? Mam na myśli oczywiście kolejne lata naszego życia, kolejne pokolenia, kolejnych zawiedzionych wspominających po czasie z łezką w oku i drzazgą w sercu to, co było a nie jest. I co dziwne, najczęściej nie szukających winy w sobie, bo przecież nie w tym rzecz, ale w tęsknocie do .... No właśnie, do czego i dlaczego? Odpowiedź na te pytania pozostawiam Wam, bo wydaje mi się, że dobrze wiecie o co chodzi.

PS. W związku z powyższym przychodzi mi tu na myśl jedynie inny wers, z innej piosenki tym razem Skaldów...” bo nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go...” Tylko jaki to miałoby sens? Jedyna odpowiedź jaka mi się nasuwa w tym momencie to - nasza bezgraniczna głupota.                  

środa, 16 styczeń 2019 09:48

Jacy jesteśmy ............

Nasuwa się mi pewne określenie problemu jacy jesteśmy, chociaż ujęte bardzo subiektywnie. Bo przecież o to tu właściwie chodzi, o nasz subiektywizm, bo inaczej nie byłoby dyskusji. Ocena obiektywna niewiele w dyskusji mówi o naszych emocjach, ponieważ jest efektem spokojnych, chwilowych przemyśleń, o których już następnego dnia w pogoni za poprawą naszej egzystencji, najczęściej zapominamy. Przecież żyjemy emocjonalnie. Live is brutal. Ja spróbuję popatrzyć na to jednak z drugiej strony, może to uplastyczni trochę obraz całości. Często tak bywa, że jest absolutnie odwrotnie, że właśnie kobieta jest zaabsorbowana swoimi nastrojami, chęciami posiadania czegoś do tego stopnia, że nie zwraca uwagi na podejmowane, być może rzadkie, próby rozmowy, na to, co druga strona jej daje, od jakich problemów ją uwalnia, w czym pomaga i czego oczekuje w zamian. A to przecież też pozostawia jakiś ślad. To też budzi w nas jakieś emocje. I znowu ... life is brutal. Wielokrotnie pisałem, że do rozmów potrzeba wyczucia chwili, sama potrzeba nie wystarczy. Trzeba stworzyć odpowiedni klimat aby otworzyć drugą stronę. Jest to bardzo trudne ale też i chodzi o bardzo ważny moment w życiu, o wzajemne otwarcie się i zrozumienie wspólnych problemów. Rozumiem. Wszyscy jesteśmy jednak ułomni, w takim razie pozostaje tylko przeprowadzić rachunek plusów i minusów, tak w ocenie drugiej strony jak i w samoocenie. Bardzo często własne błędy obie strony widzą jako przypisane do osobowości, błahe lub też jako konsekwencje działań partnerów, zbyt łatwo tłumacząc siebie.

Lista potrzeb i oczekiwań jest zawsze, może nawet ilościowo nie taka wielka, ale na pewno treściwa i na tym najczęściej skupiają się ci, którzy mają żal. Dawanie własnego siebie to i bardzo dużo i niewiele. Dlaczego? Bo do tego doklejony jest charakter z całym wulkanem emocjonalnym, jego przyzwyczajeniami, sposobem postrzegania i oceny wyuczonym wcześniej, dopieszczania własnych, podkreślam własnych marzeń, nad którym wcale nie zawsze chcemy zapanować, a który to może psuć wszystko powoli i dokładnie. Nie piszę tu o marzeniach lecz o charakterze. A potem żal do życia, że ucieka, że gdyby można było cofnąć czas to nie popełnilibyśmy tego błędu po raz drugi, że na początku wyglądało to zupełnie inaczej, a wszystko to najczęściej z punktu widzenia biorcy. Moim zdaniem najpierw powinniśmy docenić a dopiero potem oceniać i dotyczy to obu stron tak jak obraz charakteru jaki wyłania się z wzajemnej , codziennej obserwacji. Wniosek? To nie tylko mężczyźni ani też kobiety mają tyle niesympatycznych cech, te wady mamy, w mniejszym lub większym stopniu, wszyscy. I co prawda na pytanie, co było pierwsze jajko czy kura trudno jest znaleźć prawidłową odpowiedź to jednak na pytanie, co było konsekwencją czego, co jest powodem naszej negatywnej reakcji emocjonalnej, naszego złego samopoczucia, znaleźć taką odpowiedź o wiele łatwiej, oczywiście, jeżeli tylko wykażemy przy tym maksimum dobrej woli i obiektywizmu. Chyba, że nie chcemy znać takiej odpowiedzi przeświadczeni z góry o naszych racjach, o naszej krzywdzie. Wtedy powinniśmy zastanowić się, co dalej, bo życia nie warto marnować, to jedno jest bezdyskusyjnie pewne.

sobota, 05 styczeń 2019 17:11

Miłość, zazdrość i .....my

Najpierw spróbujmy dokładniej określić uczucie miłości, nie mylmy go z zauroczeniem lub pożądaniem. Nie zagłębiając się w szczegóły, bo u różnych ludzi bywają one zupełnie różne, Miłość cechuje się absolutnym zaufaniem do drugiej osoby, bezwzględną chęcią bycia z tą osobą na dobre i na złe, znajdowaniem własnej radości w jej szczęściu.

Praktycznie, jest to udane wcielenie się, zespolenie obu dusz w jedności i wtedy jedno żyje szczęściem i problemami drugiego, przeżywa je tak samo i cierpi podobnie z tym jednak że z powodu pewnego dystansu ma trochę większą odporność na ból i trochę trzeźwiej myśli ponieważ przejmuje wszystko pośrednio, wtórnie. Łatwiej wtedy ograniczyć własne emocje które przeszkadzają spokojnie spojrzeć na problem. Tyle w dużym skrócie. Spróbujmy skupić się na jednym warunku. Jest nim zaufanie. Nie wyobrażam sobie dwojga ludzi darzących się miłością ale, właśnie, bez wzajemnego zaufania. Nie jest to wtedy uczucie szczere, bo jeżeli kocham to ufam bardziej niż sobie i zrobię wszystko aby utwierdzić drugą stronę w przekonaniu że kocham, stąd kocham znaczy - ufam.

A jak się ma do tego zazdrość, mówmy o zazdrości przez duże "Z".

wtorek, 01 styczeń 2019 15:28

Wirtualny świat i .....my

Internet jest przedłużeniem naszej wyobraźni, miejscem w którym mogą spokojnie krążyć nasze myśli, jest tym wspaniałym *kimś*, który spokojnie wysłucha nas nie przerywając w pół słowa, nie oceniając naszego wyglądu, wieku, statusu społecznego, wykształcenia etc. To wysłuchanie jest nam potrzebne jak powietrze. Jedynym warunkiem jest chęć szczerego wypowiedzenia się i posługiwanie się w miarę strawną treścią. Często pomaga to czytającym w rozwiązywaniu czy też w zrozumieniu własnych problemów. Uważam, że właściwy człowiek siedzi w środku nas a ciało jest tylko ubraniem, kombinezonem, kolczugą. Prawdziwego człowieka można podświadomie wyczuć ale nie zobaczyć. Ciało się nie uczy, ciało się tylko z czasem zużywa, starzeje w przeciwieństwie do człowieka, który z upływem czasu uczy się, nabywa doświadczenia.

Prawdą jest, że u różnych osobników różnie to bywa ale sam fakt jest niezaprzeczalny. Szukając wartości drugiego człowieka szukamy jego wnętrza a nie ciała, które jest zmienne w czasie, iluzorycznie piękne przemijającym urokiem. I tutaj właśnie internet, który pozbawia nas naszej cielesności, nie fałszuje naszego obrazu pod warunkiem, że tego nie robimy rozmyślnie sami, kreując wirtualnie nasz wizerunek. Ale to już niestety ryzyko, które powinno być wcześniej wkalkulowane. Chociaż uważam, że o wiele większe ryzyko występuje przy poznawaniu się fizycznym, ponieważ łatwiej jest oszukać oczy zauroczając swoim wyglądem, nie zawsze szczerym zachowaniem, niż w świecie wirtualnym bazując tylko na rozmowach umysłów. A co dalej?

Intuicja powinna dyktować nam dalszy sposób postępowania, bo dobry wstęp już został zrobiony. Na pewno nie powinniśmy skakać do wody na głowę, nie upewniając przedtem się na ile jest głęboka. Pozostaje drugi , bardzo trudny etap poznawania fizyczności człowieka. Trudny, bo mamy już jego utworzony wcześniej w naszej wyobraźni wirtualny obraz, bo poznaliśmy przez, mam nadzieję, dość długi okres jego wnętrze a przynajmniej jego część, jego zalety, słabości i wady. Oczywiście też nie wszystkie, bo cechy te dokładniej poznaje się dopiero po latach wspólnego pożycia. Tym nie mniej takie rzeczy możemy spokojnie wyczytać, często pomiędzy wierszami, z wirtualnie przekazywanych nam treści. Tego nie da się skrzętnie przez dłuższy czas ukrywać, nie da się zupełnie panować nad sobą emocjonalnie, chyba że rozmowa z kimś polega na wymianie monosylabowej. W trakcie wirtualnego poznawania się nic nam nie grozi natomiast przy poznawaniu fizycznym musimy zachować koniecznie bezpieczny dystans, ograniczony stopień zaufania, reszta to już wspomniana wcześniej intuicja przy nakładaniu fizycznej korekty.

A co się dzieje jeżeli nie oczekujemy poznania fizycznego? No cóż, pozostaje nam wiele wspaniałych wirtualnych przyjaźni, które niejednokrotnie pomagają w przetrwaniu trudnych chwil, w rozwiązywaniu naszych problemów w ucieczce od samotności czy chociażby w wypełnianiu naszego życia różnego rodzaju złudzeniami. Przyjaźni, które często dzielą z nami smutki i radości i pozwalają nam zapomnieć że czas ucieka, że nawet lustro czasami marszczy się dziwnie i matowieje na nasz widok, że jesteśmy z różnych względów często już nie akceptowani przez otoczenie.

Taki jest, bardzo ogólnikowo ujęty, mój bardzo subiektywny punkt widzenia, a jak Wy to widzicie?

czwartek, 20 grudzień 2018 12:23

Życzenia Świąteczne

Razem z Latoją chcemy złożyć wszystkim odwiedzającym nas, życzenia bardzo, bardzo Wesołych Świąt, dużo zdrowia, radości i nieoczekiwanych wspaniałych zmian w życiu, szczęśliwości na co dzień, spotkania na swoich drogach ludzi o pięknych sercach i umysłach, spełnienia tego wszystkiego co kryje się w Waszych najgłębszych marzeniach, mnóstwa spokoju i pewności, że już nic złego się nie może zdarzyć. Będziemy z Wami przy naszym wspólnym wirtualnym stole wigilijnym i łamiąc się wirtualnym opłatkiem ściskamy serdecznie.

Czy, i jeżeli tak to na ile, jesteśmy potrzebni innym? Zadałem sobie to pytanie i poczułem się nagle bardzo dziwnie. Zdałem sobie bowiem sprawę, że jesteśmy postrzegani i zapamiętywani na tyle na ile możemy się komuś przydać. Jedni o nas pamiętają krócej inni dłużej, ale zawsze efektem jest powolne oddalanie, osamotnienie. Z przerażeniem, patrząc na siebie, stwierdziłem, że ja również nie odbiegam zbyt wiele od normy, od tego stereotypu. No może w trochę mniejszym stopniu, ale jestem taki sam i podświadomie posługuję się takimi samymi kryteriami oceny.

Myślę, że w jakiejś części jest to efektem sytuacji, czasów które nastąpiły, ale tylko w jakiejś części, bo jednak cała reszta tkwi mocno w nas samych. A może jest to również konsekwencją naszej samoobronnej konstrukcji psychicznej przetrwania za wszelką cenę, istnienia jak najdłużej płynąc oceanem nie zawsze przyjaznego życia? Kompleks tonącego? Może i tak. Może czujemy się podświadomie właśnie takimi pseudopływakami wrzuconymi do wody w której dopiero z konieczności zaczynamy uczyć się pływać jednocześnie ratując siebie przed utonięciem? Jednym udaje się to lepiej, i tych nazwa się ludźmi zaradnymi, szczęśliwcami, innym gorzej, których jest niestety dużo więcej i którym cały czas jest o wiele trudniej utrzymać się na wodzie. Jest i trzecia grupa, najsłabsza, najmniej zaradna. Tym ostatnim jest najgorzej. Często widzimy ich na rogach ulic, wśród innych pozornie podobnych, pod sklepami proszących o kilka groszy lub zbierających złom, makulaturę, butelki czy puszki po piwie. O tej ostatniej grupie czasami tylko mówimy, nie szukając ich towarzystwa. Dlaczego? Bo są całkowicie nie przydatni, takie jest przynajmniej nasze przeświadczenie. A przecież są wśród nich nierzadko ludzie bardzo inteligentni, wykształceni i naprawdę uczciwi, którym życie z różnych powodów, nie podarowało umiejętności korzystania z innych w miarę własnych potrzeb. Ale przecież do czego oni mogą się nam przydać? To smutne.

Czy można przejść przez życie nie wykorzystując innych? Chyba nie, wydaje mi się to absolutnie niemożliwe. Jednak dobrze jest znać umiar i dawać z siebie coś w zamian. Dochodzę jednak do smutnego wniosku, że nie powinniśmy za bardzo przyzwyczajać się do innych ludzi, że dobrze jest ich znać ale liczyć tylko na siebie. To na pewno jest bardziej bezpieczne dla naszej samotności, bo z ludźmi przecież tylko bywamy, jesteśmy pomiędzy nimi, ale tak naprawdę wewnętrznie jesteśmy absolutnie sami zdani tylko na siebie.

I tu znajduję odpowiedź na pytanie postawione na początku. Tak jesteśmy potrzebni innym, podobnie jak inni są potrzebni nam i o tej współzależności starajmy się zawsze pamiętać. Nie miejmy pretensji do kogoś komu w którymś momencie pomogliśmy a on nie odwzajemnił się nam tym samym. Może nie potrafił tego zrobić, może nie mógł a może właśnie w tym momencie sam potrzebował również pomocy? Wiem, dobrze jest tak mówić, ale zadra i tak zostaje wraz z pytaniem, dlaczego? A ja nadal nie wiem dlaczego czuję taki bezwartościowy, nieprzydatny, taki potrzebny tylko na chwilę? Może gdy się zazieleni a słońce rozbudzi popołudniową część dnia odbijając się tęczą barw na kolorowych trawnikach, może wtedy dojdę do wniosku, że wcale tak nie jest i zacznę znowu żyć innym życiem poza czterema ścianami swojego domu. Może wtedy, ale na razie?

środa, 05 grudzień 2018 00:24

Nasze stereotypy i .....my

W jak wielu sytuacjach twierdząc, że dobrze wiemy, zamykamy dyskusję dotyczącą nas i naszych problemów opierając się w ich ocenie na stereotypach, zamiast uświadomić sobie, jaki był nasz wpływ na ich zaistnienie oraz co ważniejsze, jaki będzie ich wpływ na nasze dalsze życie? Kochamy wszelkie uogólnienia. Uważamy bowiem, że w nich możemy „odnaleźć” wiele odpowiedzi na nasze problemy. Stereotypy stały się dla nas swoistą „wykładnią” a szkoda, bo powinny być tylko punktem wyjścia do próby zrozumienia jakiegoś, dotyczącego nas, zagadnienia. I co z tego, że dotyczą statystycznych a więc mocno uśrednionych  wielkości i że w związku z tym podsuwają nam najczęściej błędne rozwiązania? Dziwne, jak bardzo potrafimy być uparci w popełnianiu często kardynalnych błędów?

Strona 1 z 68