"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek.PL - Artykuły filtrowane wg daty: kwiecień 2019
Post 18 kwiecień 2019 In Mój punkt widzenia ... z życia brane

Jak odbieramy innych? Oczywiście kierujemy się własnymi doświadczeniami a przede wszystkim własnymi charakterami i wszystkim, co one zawierają. Oceniamy więc ludzi, szczególnie tych bliższych, w sposób w jaki byśmy się zachowali w ich sytuacjach. A więc najczęściej wystawiamy własny obraz w takich momentach i przypinamy go do nich. Potem już nasza wyobraźnia dokleja wszystko, co jej na myśl przychodzi a więc często również to, co nas by w takich momentach najbardziej zabolało. Po krótkim czasie zamykamy to wszystko w sobie stwierdzając, że tak właśnie było i już. Ewentualnym argumentem jest fakt, że przecież jest to logiczne. Nie bierzemy tylko pod uwagę faktu, że takie postrzeganie jest bardzo jednostronne, subiektywne, że nasza prawda polega tylko w olbrzymiej większości na domysłach i do tego opartych na nas wartościach naszego charakteru a nie na faktach.

Post 18 kwiecień 2019 In Mój punkt widzenia ... z życia brane

Wieczne posądzanie siebie o coś, co nie miało miejsca. „Rzucanie” w siebie słowami, które przede wszystkim mają boleć, psychicznie zabijać. Wymyślanie argumentów nieprawdziwych, nie mających żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości, ważne aby tylko dobrze, a więc ostro brzmiały, aby mocno zabolały. Czy to może być, albo inaczej, czy to jest zdrowym rozładowaniem narastających w związku konfliktów? A tak przecież przynajmniej twierdzą niektórzy znani psycholodzy. Rozumiem, że jest to sposób na rozładowanie naszego skumulowanego napięcia nerwowego, że jest to dla nas rodzaj naszego odreagowania. Jednak czy taki sposób nie jest jednocześnie tworzeniem nowych , kolejnych pokładów złych emocji w kimś, do kogo to wszystko kierujemy? Czy przypadkiem w ten sposób nie tworzymy samonakręcającej się spirali wzajemnej niechęci a z czasem i nienawiści? Przypomina mi to gorący garnek, który musimy gdzieś przenieść. I zamiast pomyśleć chwilę nad tym, jak to zrobić bezboleśnie a więc np. wziąć szmatkę aby nie poparzyć sobie rąk, z uporem staramy się przekazywać go sobie nawzajem. W ten sposób może i doniesiemy nieszczęsny garnek tam gdzie trzeba, ale przy tym oboje poparzymy sobie ręce. Taka jest nasza mądrość życiowa, przykre.

Post 17 kwiecień 2019 In Mój punkt widzenia ... z życia brane

Często zastanawiamy się, co dzieje się z nami po jakimś okresie wspólnego przebywania razem? Co jest powodem, że stajemy się coraz bardziej podejrzliwi, opryskliwi i nie panując nad własnymi nerwami w krótkim okresie psujemy to, co jeszcze niedawno było takie piękne, takie fascynujące, takie kochane, takie bezdyskusyjnie nasze? Potem ze łzami w oczach zwalamy wszystko na tę drugą osobę, nie próbując nawet popatrzeć na siebie z boku i ocenić ile w tym wszystkim jest naszej winy. Wystarczy przecież przeświadczenie o tym, że ktoś nas wcześniej pokochał i zaakceptował. W takim przypadku wina teraz leży tylko po jego stronie. Bardzo często dobre mniemanie o sobie budujemy opierając się na naszych chęciach, a nie dokonaniach, za to bezspornym winowajcą jest, z reguły, ten ktoś drugi. Czym jest w takim przypadku nasza miłość? Podejrzewam, że jest to miłość własna, do siebie, traktująca drugą osobę jak własność, czyli kogoś kto nie może zrobić prawie niczego bez naszej akceptacji, za to musi akceptować nasze frustracje, nasze humory, podporządkowywać się naszym decyzjom czyli po prostu kochać nas i już. Mnie wydaje się, że miłość jest rodzajem dobrowolnego kompromisu, dokonywanego z własnego wyboru a nie z konieczności.

Poświęcanie się kochanej osobie najczęściej doprowadza do chorych sytuacji w których podporządkowanie siebie jest źródłem późniejszych konfliktów wynikających z braku wzajemnego zrozumienia i wielkiego poczucia krzywdy. Owszem, w jakiejś części powinniśmy żyć uszczęśliwianiem tego kogoś jednak przesada, jak we wszystkim, często kończy się tragicznie. Do miłych i dobrych rzeczy można bardzo szybko się przyzwyczaić i po pewnym czasie domagać się ich w różny sposób. Stają się one przysłowiowym powietrzem, którego nagły brak traktujemy jak wielką krzywdę dla nas nie szanując go, bo po prostu jest. Nie zastanawiamy się nawet czy rewanżujemy się tym samym, czy odpłacamy takim samym uczuciem. Najczęściej wystarczy nam przeświadczenie, że jesteśmy razem i dajemy przecież siebie zapominając, że obdarowujemy kogoś również przede wszystkim swoim charakterem, nad którym, niestety, nie bardzo chcemy pracować.

Tak więc codzienne kłopoty często jeszcze zaogniają i tak trudną sytuację. Efekt? Wiadomo, wzajemne żale, kłótnie i oskarżenia o sprawy, tak naprawdę mało istotne, które jednak w tej sytuacji urastają do rangi wielkiego problemu, przerastając możliwości naszego rozumienia. Czy zawsze jest to wina tylko jednej strony? Uważam, że leży ona prawie zawsze po obu stronach, może nie równomiernie je obciąża jednak ktoś w pewnym momencie czegoś nie zauważył lub zlekceważył i nastąpiła reakcja łańcuchowa, zdarzenie potoczyły się innym torem niż z początku zakładano. Obserwujmy więc siebie bacznie z boku, wnosząc poprawki w swoich charakterach, swoich postępowaniach, dopasowując je do wrażliwych punktów drugiej osoby. Osoby na której bardzo nam zależy, z którą chcemy przejść spokojnie przez resztę życia. To nieprawda, że miłość wymaga poświęceń, na pewno jednak wymaga ciągłej pracy nad sobą, ciągłego kontrolowania siebie, a jest to, niestety, bardzo trudne. Wszyscy dobrze o tym wiemy. Czy tylko w tym jest całe zło? Oczywiście nie, jednak na pewno przede wszystkim. Takie jest moje zdanie. A może przesadzam, może tak wcale nie jest? Może zbyt dramatyzuję a życie po prostu takie jest i już? Może skazani jesteśmy na wzajemne niezrozumienia?

 

 

 

Post 07 kwiecień 2019 In Mój punkt widzenia ... z życia brane

Jakże często zdarza się, że patrzymy na życie jak na coś, co za wszelką cenę powinniśmy sobie maksymalnie wygodnie ustawić. Najczęściej nie zastanawiamy się co w ten sposób czyniąc możemy przy okazji stracić. Dla nas wystarczy, że wyobrażamy sobie co możemy zyskać. I nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie pewien wyjątek. A mianowicie, nie powinno być to zdobywane za tzw. wszelką cenę, bo są wartości, które stanowią o naszej wyjątkowości i które nie powinny podlegać takiej handlowej zasadzie a więc w żadnym przypadku nie powinny być tzw. inwestycyjnym elementem przetargowym. Dla przykładu, właśnie czymś takim jest, między innymi, nasza seksualna intymność. Jeżeli jest szczera, to kryje w sobie ogrom uczuć, których nie da się opisać, których nigdzie i za żadne pieniądze, kupić nie można. W przeciwnym przypadku, wystawiamy ową intymność, w pewnym sensie, jako towar na „sprzedaż”. Może nie zawsze i nie koniecznie rozmieniając od razu nasze uczucia na drobne, jednak na pewno zabijając w sobie ich wyjątkowość. Bowiem wypracowana w takich sytuacjach sztuczność i zatapianie się tylko w samej fizyczności jakże często pozostawia w nas na dłuższą metę, wielki niesmak, a z czasem nawet obrzydzenie i żal do samych siebie jak i otoczenia, z jednoczesnym smutnym przeświadczeniem, że jednak to był błąd. 

Zjawisko to dotyczy oczywiście obu płci, jednak z wyraźniejszym wskazaniem na płeć piękną. Takie zjawisko nie jest niczym nowym, znane jest i praktykowane od wieków. Jakże często bogaty, wywodzący się ze znacznego rodu jakiś starzec i biedna ale piękna młoda dziewczyna. Tu przynajmniej było wiadomo o co chodzi. Po pierwsze decyzja rodziców podnosząca ich status w środowisku. I nikt nie zwracał uwagi jak się w tym odnajduje i co myśli przy tym sama zainteresowana. Chociaż i tu bywało różnie. Bardzo często bowiem odbijała ona sobie potem na młodych kochankach. Cóż, takie były czasy, takie były układy, takie były panujące zwyczaje i ówczesne świadomości. Jak się jednak okazuje niewiele się od tamtych czasów zmieniło, przynajmniej w ogólnym podejściu do tego, niejako wstydliwego, tematu.

Jak to więc jest dzisiaj, jak się odnajdujemy w wybranej przez nas, owej przykrej inwestycji życiowej?

Otóż, w takich sytuacjach, w najlepszym przypadku najczęściej pozostaje nam później poczucie solidnego spełniania tego smutnego obowiązku, co oczywiście w skali czasu tylko pogłębiało naszą frustrację i samotność oraz poczucie uczuciowego zagubienia w życiu. Nierzadko też pojawiała się również potem pokusa sprawdzenia się, czy stać nas jeszcze chociażby na cząstkę tego wielkiego, cudownego przeżycia z kimś innym, młodym. Oczywiście wtedy nie kierujemy się już interesownością materialną, tylko chęcią pełnego przeżycia wspomnianego uniesienia, w jego szeroko rozumianej formie, której opisać się do końca nie da. Jednak zawsze, oczywiście poza przyjemnym momentem, odezwie się w naszej świadomości deprymujący punkt odniesienia do naszego codziennego życia, pozostawiając po sobie w efekcie tylko żal i pretensje do siebie i, nie wiadomo dlaczego, do całej reszty świata, a więc również do wszystkich napotkanych po drodze, że życie ułożyło się nam właśnie tak a nie inaczej, jednym słowem ułożyło się źle. A przecież to nie życie nam się samo układa, lecz my sami je sobie, w taki a nie inny sposób, układamy. Ale tego już nie chcemy najzwyczajniej rozumieć. Tak jest po prostu wygodniej i zawsze można zwalić winę na „kogoś” innego. Bo przecież byliśmy tacy niewinni i ufni, tak bardzo „staraliśmy się” aby było jak najlepiej.

Ufność jest bardzo ważna, to niepodważalna prawda, ale jeżeli równocześnie nie pracujemy nad sobą, nad własnym związkiem uczuciowym, nad swoją świadomością życiową, to w pewnym momencie nieubłagany czas pójdzie dalej, a my pozostaniemy w miejscu często ze spleśniałymi i chociaż kiedyś tak pięknymi, jednak dzisiaj już tylko wspomnieniami. To będzie tak, jak z oglądaniem w albumie naszych zdjęć z różnych okresów życia. Ta sama osoba a jednak wizualnie już inna, czasami nawet aż nie chce się wierzyć, że to właśnie my. Wspomnienia są jak ciasta po smacznym obiedzie, są smakowitym akcentem, jednak nie mogą być daniem głównym.

A przecież już na samym początku naszego dorosłego życia, a może nawet i wcześniej, wystarczyłoby  uwierzyć w to, jak bardzo wiele w naszym życiu zależy właśnie od nas samych. W to, że warto poznawać, wybierać i walczyć, zdobywać i tworzyć świat wokół nas, kierując się tym, co dla nas jest ważne, co jest w nim naszym zdaniem, wartościowe. Ktoś kiedyś powiedział: - ” jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”,  ktoś inny nazwał to trochę inaczej: - „każdy jest kowalem własnego losu”. Zaraz usłyszę, że są to banały, które znamy od lat, i że życie je na co dzień bardzo smutno weryfikuje.

Nic dalszego od prawdy. Właśnie w ten sposób obracamy jakże często wiele życiowych mądrości budowanych na doświadczeniach naszych przodków, które mogłyby nas nauczyć jak żyć, jak w tym życiu budować uczuciowy dom, jak pielęgnować związki rodzinne. W jaki sposób eliminować do minimum popełniane przez nas błędy. My jednak wolimy posługiwać się pustymi, rozgrzeszającymi nas, stereotypowymi frazesami w stylu: - „łatwo mówić”. Nie obce jest nam również traktowanie tego wszystkiego, co dla nas jest niewygodne, co zmusza nas do pewnych wyrzeczeń czy wysiłku, określać nieżyciowymi banałami. Nie wiem co za idiota wymyślił taki sposób pielęgnowania naszych egoizmów, naszej ludzkiej głupoty, naszego lenistwa i przerośniętego chciejstwa aby życie samo dawało nam to, o czym marzymy, bo inaczej to po prostu mamy potwornego pecha, czy jak kto woli, nie mamy w nim szczęścia i już. W tak przewrotny sposób najczęściej jednak to sobie tłumaczymy.

Otóż, oczywiście mamy pecha i to potwornego, ale zupełnie w czym innym, mianowicie w naszej ludzkiej, wygodnej często bolesnej w skutkach, głupocie. I nie dotyczy to opisywanych wcześniej naszych intymności, to był tylko przykład !!!!, chociaż oczywiście dość ekstremalny, jednak jakże często spotykany w naszych otoczeniach, tym niemniej tylko przykład, jeden z wielu, które można by tu przytoczyć. Dotyczy to bowiem praktycznie wielu sfer naszego życia. Przede wszystkim powinniśmy szanować siebie i zatrudnić przy tym własne szare komórki. Chcieć to móc, to bardzo ważne aby w to wierzyć. Może nie wszystko nam wyjdzie tak jak byśmy tego chcieli, ale na pewno będzie tego dużo więcej niż gdybyśmy się biernie poddali a potem w miarę cierpliwie odbierali razy od życia. Kiedyś było takie powiedzenie – „gdy wyrzucą ciebie drzwiami, wejdź oknem”. I coś w tym chyba jest. Cierpliwość i upór, szczególnie w tym przypadku, jest świetnym kluczem do zdobycia „rzeczy”, wydawałoby się, niemożliwych.

W przeciwnym przypadku warto by się zastanowić nad tym, ile kosztują nasze złudzenia? Właśnie złudzenia, których w żadnym przypadku nie należy mylić z marzeniami. Złudzenia są bowiem tylko biernym oczekiwaniem tego, że coś się zmieni samo i to tylko dlatego, że my tego naiwnie oczekujemy, że przypisujemy im cudowną moc sprawczą. Marzenia zaś, są wielkimi, pięknymi planami, które angażując wszystkie nasze siły staramy się, a już na pewno powinniśmy to zrobić, aby wprowadzić je w życie, urealnić je.

I jeszcze jedno. Poruszane tu zdarzenie jest tylko jednym z wielu, które można by tu przytoczyć jako przykłady naszych niefrasobliwości życiowych i nie jest żadną wycieczką w niczyją stronę. Jeżeli ktoś jednak poczuje się urażony to przepraszam, nie miałem takiego zamiaru aby komukolwiek sprawić tym przykrość. Piszę to, bo osobiście znam kilka podobnych przypadków, zaznaczam kilka, które chociaż może nie dosłownie, ale można by podciągnąć pod opisywany przykład.

Nie pytajcie tylko czy ja nigdy nie popełniłem żadnych bolesnych błędów? Jak każdy człowiek oczywiście że tak. I zdarzyło mi się to wiele razy. Nieświadomie, ale bardzo egoistycznie podchodząc do życia krzywdziłem tak siebie jak i innych. Jednak później starałem się wyciągać z tego jakieś logiczne wnioski i w miarę możliwości naprawiać to, co zrobiłem źle. Oczywiście jeżeli było to możliwe. Bo niestety, często życie nie dawało mi już takiej szansy. Ale nie o to tu przecież chodzi.

No cóż, ludzka głupota jest niezależna od posiadanego IQ (szczególnie gdy ma się go w nie za wysokim wymiarze) . I tym teoretycznie optymistycznym, chociaż niestety i smutnym akcentem ....itd.