"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek.PL - Artykuły filtrowane wg daty: marzec 2018

Przeglądając moje wpisy sprzed lat na Koszmarku odnalazłem tekst z 2011 roku o dziecku. Wydał mi się wart uwagi. W związku z tym wstawiam go po raz kolejny na koszmarkową stronkę i pozostawiam do dyskusji.

Co takiego cudownego jest w dziecku, że tak bardzo nas wzrusza, wywołuje tyle pozytywnych emocji, powoduje, że gotowi jesteśmy oddać wszystko w jego obronie, nawet własne życie? Instynkt macierzyński, rodzicielski? Na pewno też, ale jest tu też coś więcej. W skrócie ująłbym to tak, najpierw rodzi się radość a potem wyrasta z tego duży człowiek. Ta żywa iskierka to mały berbeć potykający się o własne nóżki, śmiejący się z różnych nieznanych nam powodów, machający łapkami sprawiając wrażenie, jak gdyby stale od czegoś się odganiał. Co w nim takiego jest, że budzi w nas tak często głęboko skrywane już uczucia? Spróbujmy popatrzeć na to trochę z boku a troszeczkę, w miarę możliwości naszej wyobraźni, z jego punktu widzenia. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę stworzyć tu psychologicznego portretu malucha, nie mam do tego ani podstaw ani predyspozycji, próbuję tylko zastanowić się, co jest w nim tak urokliwego, tak cudownego?

Już jako niemowlę, patrząc na nas swoim zaciekawionym, usiłującym coś zrozumieć, spojrzeniem przyciąga naszą uwagę. Wydaje się wtedy, że chce coś nam przekazać, że czeka na jakieś nasze wyjaśnienia, na przyjazny odruch, znak, który potrafi sam zrozumieć, który do niego dotrze. Na wszystkie nasze wysiłki w tym kierunku, próby kontaktu z naszej strony najczęściej reaguje śmiechem, ale innym, takim radosnym, podejrzewam, że jest to jego pierwsza mowa przekazująca radość, potwierdzenie kontaktu. Zachowuje się tak, jak gdyby coś z tego rozumiał. Patrzy na nas wesołymi, okrągłymi oczkami i wykonując dziwny taniec swoimi rączkami, na swój sposób dyskutuje z nami. Czy dyskutuje? Tu można się sprzeczać, ale na pewno wymienia z nami osobliwe dźwięki i swoiste gesty, może jeszcze nie skoordynowane, przypadkowe ale pełne nieukrywanej radości. To jego gaworzenie, przeplatanie krótkim śmiechem, stwarza właśnie ten dziwny, bardzo bliski kontakt. Jest to spotkanie dwóch światów, naszego, którego on pomimo wielkich w tym kierunku wysiłków, niestety, jeszcze nie rozumie i jego malutkiego, szczerego, ufnego, nie znającego jeszcze pojęcia zła, kierującego się intuicją, odruchami. To zaufanie, tkwi w tym maleństwie jeszcze co najmniej przez kilka lat. By w końcu, wraz nabywanym doświadczeniem, ograniczać się najpierw do znanych mu osób, potem tylko do wybranych, aż w końcu..... tu wolę przerwać, bo nie chcę pisać o przykrych i smutnych stronach życia. Wróćmy jednak do malucha.

Co takiego cudownego jest w dziecku, że tak bardzo nas wzrusza, wywołuje tyle pozytywnych emocji, powoduje, że gotowi jesteśmy oddać wszystko w jego obronie, nawet własne życie? Instynkt macierzyński, rodzicielski? Na pewno też, ale jest tu też coś więcej. W skrócie ująłbym to tak, najpierw rodzi się radość a potem wyrasta z tego duży człowiek. Ta żywa iskierka to mały berbeć potykający się o własne nóżki, śmiejący się z różnych nieznanych nam powodów, machający łapkami sprawiając wrażenie, jak gdyby stale od czegoś się odganiał. Co w nim takiego jest, że budzi w nas tak często głęboko skrywane już uczucia? Spróbujmy popatrzeć na to trochę z boku a troszeczkę, w miarę możliwości naszej wyobraźni, z jego punktu widzenia. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę stworzyć tu psychologicznego portretu malucha, nie mam do tego ani podstaw ani predyspozycji, próbuję tylko zastanowić się, co jest w nim tak urokliwego, tak cudownego?

Już jako niemowlę, patrząc na nas swoim zaciekawionym, usiłującym coś zrozumieć, spojrzeniem przyciąga naszą uwagę. Wydaje się wtedy, że chce coś nam przekazać, że czeka na jakieś nasze wyjaśnienia, na przyjazny odruch, znak, który potrafi sam zrozumieć, który do niego dotrze. Na wszystkie nasze wysiłki w tym kierunku, próby kontaktu z naszej strony najczęściej reaguje śmiechem, ale innym, takim radosnym, podejrzewam, że jest to jego pierwsza mowa przekazująca radość, potwierdzenie kontaktu. Zachowuje się tak, jak gdyby coś z tego rozumiał. Patrzy na nas wesołymi, okrągłymi oczkami i wykonując dziwny taniec swoimi rączkami, na swój sposób dyskutuje z nami. Czy dyskutuje? Tu można się sprzeczać, ale na pewno wymienia z nami osobliwe dźwięki i swoiste gesty, może jeszcze nie skoordynowane, przypadkowe ale pełne nieukrywanej radości. To jego gaworzenie, przeplatanie krótkim śmiechem, stwarza właśnie ten dziwny, bardzo bliski kontakt. Jest to spotkanie dwóch światów, naszego, którego on pomimo wielkich w tym kierunku wysiłków, niestety, jeszcze nie rozumie i jego malutkiego, szczerego, ufnego, nie znającego jeszcze pojęcia zła, kierującego się intuicją, odruchami. To zaufanie, tkwi w tym maleństwie jeszcze co najmniej przez kilka lat. By w końcu, wraz nabywanym doświadczeniem, ograniczać się najpierw do znanych mu osób, potem tylko do wybranych, aż w końcu..... tu wolę przerwać, bo nie chcę pisać o przykrych i smutnych stronach życia. Wróćmy jednak do malucha.

Działania obecnie rządzącej partii są co najmniej dziwne. Jak żadna dotąd, świadomie dzieli naród, podkreślając to wszystko, co nas różni. Podkręcając nasze emocje tworzy z uporem godnym lepszej sprawy, coraz głębsze podziały. Kultura polityczna, to zjawisko będące dzisiaj w zupełnym zaniku, a szkoda. Dąży do rządów autokratycznych. Wcześniej czy później musi to skończyć się ogólnym załamaniem. Żal mi tylko niektórych działaczy z tej partii, którzy starają się zrobić coś dobrego, coś naprawić z tego, czego nie zauważały lub co zepsuły poprzednie rządy. Ze smutkiem twierdzę, że nie widzę, przynajmniej na razie, żadnej partii, która jest czysta, w której nie ma wrzenia emocjonalnego, a coś takiego nie pozwala logicznie i spokojnie myśleć, ani o naprawie w swoim gronie a tym bardziej o naprawie sytuacji kraju. Może nie jestem dobrym obserwatorem, może źle widzę? Być może. Naprawdę chciałbym się mylić. Moim zdaniem chcąc naprawić cokolwiek powinno się naród skonsolidować a nie dzielić. Przecież bez jego pomocy nic nie da się zrobić, poza mało istotnymi drobiazgami. Poza tym ludziom trzeba dać pracę, aby mogli żyć spokojnie i przynosić wymierne korzyści dla skarbu państwa, które to z kolei powinno dbać o służbę zdrowia, szkolnictwo, bezpieczeństwo itd… itp. Wiem, każde zmiany zawsze budzą kontrowersje, bo są kosztowne, bo ktoś widziałby inne priorytety, bo dlaczego tak a dlaczego nie inaczej ...itd. Powinno się wiec przeprowadzać je z wyczuciem, biorąc poprawkę na wrażliwości i poglądy Polaków. Zaraz usłyszę stare, klasycznie polskie Liberum Veto obalające moją tezę i zacietrzewienie staroszlacheckie znowu weźmie górę. Taka jest dzisiaj nasza smutna rzeczywistość. Czy zawsze musimy być skłóceni? Czy naprawdę nie potrafimy od czasu do czasu w ważnych momentach naszego życia odstawić naszych emocji na bok, nie atakować się wściekle i powoli skutecznie odsuwać od kierowania nami ludzi zainteresowanych własnymi korzyściami, nie mających predyspozycji do rządzenia ale za to posiadających wielkie, wiecznie niezaspokojone chęci bycia kimś, wejścia do elit politycznych, ludzi ukierunkowanych własnymi fobiami? Nie atakuję nikogo imiennie, chciałbym tylko aby zaczął dominować umiar i rozsądek. No cóż, pomarzyć można trudno tylko niestety z marzeń żyć.

W bardzo wielu współczesnych małżeństwach już od samego początku brak jest szczerych, spokojnych „wieczornych” rozmów o tym, co im w sobie nawzajem przeszkadza, co denerwuje, co lubią a czego nie, czego i w jakich momentach pragną, co chcieliby w sobie zmienić ..itd. Oczekują od drugiej strony aby domyśliła się tego wszystkiego, wyczuła to i zrozumiała. Niestety, efekty takiego podejścia do sprawy najczęściej są bardzo smutne. Gdy jedna strona ( najczęściej kobieta) mając wizję szczęśliwej rodziny skupia się na zaspokajaniu potrzeb partnera i oczekuje aby on dał jej to, czego potrzeba praktycznie każdej kobiecie - ADORACJI.

No cóż, bardzo często mężczyźni podświadomie wiedzą jak należy postępować zdobywając kobietę, szczególnie młodzi, niedoświadczeni. Potem bardzo szybko zapominają o adorowaniu uważając, że „spółka dwojga” została już założona, twierdza zdobyta i w najlepszym przypadku teraz oni mają dbać o bezpieczeństwo w tym materialne, spokój i nie zdradzać. Zapominają, że kobiety powinny być wiecznie adorowane i to bez względu na wiek. Wtedy kobieta pachnie kobiecością, której mężczyzna od niej tak bardzo oczekuje. Niestety, mężczyźni są mniej skomplikowani niż kobiety. Chociaż……

Jedynym moim zamiarem, gdy pisałem ten tekst, było zwrócenie uwagi na niewłaściwe podejście do wychowywania chłopaków a później, już w początkowej fazie związków, również mężczyzn, przez kochające ich kobiety. Oczywiście nie zawsze i nawet być może nie w przeważającej ilości istniejących związków tak bywa, tym niemniej tak właśnie nierzadko się zdarza. A potem, gdy delikwent już się przyzwyczai do takiego podejścia i zaczyna traktować jak coś normalnego, coś co wejdzie mu w nawyk, wtedy ewidentnie pokrzywdzona nagle budzi się z żalem, że on tego nie docenia, nie docenia jej poświęcenia, że nie pomaga w domu ... etc.

W tym wszystkim zależy mi tylko na ukazaniu w jaki sposób sami jesteśmy często winni takiemu a nie innemu biegowi sytuacji i traktowaniu nas przez partnerów. A co gorsza, traktując takie podejście do wychowania, jako prawidłowy model przekazany nam przez naszych rodziców powielamy ich błędy, które nas potem często niemiłosiernie uwierają. Nie marzę nawet o tym aby zapanowały nagle wśród ludzi idealne modele rodzin, chociaż byłoby to oczywiście piękne. Nie jestem utopistą, i zdaję sobie dobrze sprawę z tego, że jesteśmy zbyt masochistyczni aby na co dzień pozbywać się powodów do narzekań. Jednak jeżeli chociaż kilka osób przemyśli to na spokojnie, to może znajdą oni dla siebie jakieś rozwiązania poprawiające klimaty w zakładanych przez nich rodzinach.

Wstałem bardziej zmęczony niż gdy się kładłem. Przyczyna była prozaiczna. Przez prawie pół nocy kłębiły się we mnie różne dziwne myśli. Można je było jednak tak ogólnie zamknąć w próbie zrozumienia otaczającego nas dobra i zła. Były one jednak dość chaotyczne. Trudno je było pozbierać i uporządkować. Postanowiłem więc pójść po pomoc do mojej serdecznej przyjaciółki, szarej komórki.

Łatwo powiedzieć, ale zrobić już dużo trudniej, szczególnie w przypadku tego małego śpiocha. Szukałem jej wszędzie gdzie tylko mogłaby się wcisnąć. A więc wśród książek, w szafie, na tarasie i w wielu, wielu innych miejscach. Nigdzie nie mogłem jej znaleźć. W pewnym jednak momencie, gdy miałem już zrezygnować, moje maleństwo wyjrzało zza komputera i przeciągając się i przecierając jednocześnie zaspane oczka spytało:

- co się stało, czego się tak awanturujesz i nie dajesz mi odespać trudów ciężkiej nocy?

W pierwszej chwili zaniemówiłem jednak za moment, gdy doszedłem do siebie, odparłem spokojnie:

- nie gorączkuj się, mam problem. Nie mogę pozbierać do gromady myśli, które nie dawały mi w nocy spać. A mianowicie … i tu wyłuszczyłem to co dręczyło mnie w nocy. Gdy skończyłem, maleństwo podrapało się w główkę, na moment zamknęło wielkie oczka a potem zaczęło.

- widzisz, nie wiem jak ci to powiedzieć- zaczęło jak prawie zawsze niewinnie - ale są to myśli z którymi męczyłam się prawie pół nocy. Być może robiłam to zbyt emocjonalnie i dlatego nie mogłeś spać. No cóż, przepraszam. Sam temat poruszałam już wielokrotnie wcześniej z naszym starym przyjacielem leniwym filozofem. On mi wiele wyjaśnił, co wcale nie znaczy, że wyjaśnił mi wszystko. No dobrze, ale zacznijmy od początku.

 

Święto kobiet, jedno z najpiękniejszych świąt które w ustanowił człowiek, które spowszedniało i tak naprawdę pozostało tylko hasło, echo jego pierwowzoru, jego źródła. No cóż, dobre i to. Może jednak właśnie dlatego przyszła mi do głowy taka dywagacja na ten temat. Chciałbym zrozumieć to, co powinno być dla nas jasne, a nie jest. Może ktoś też pomyśli i zastanowi się dlaczego coś nie układa się mu w życiu. Może ? Spróbujmy. Dajmy sobie szansę na zrozumienie własnych błędów i poprawę temperatury uczuć w związku.

Dziwna jest psychika ludzka. Rozsądek i serce (czytaj uczucia) są w niej odwiecznymi, zagorzałymi przeciwnikami. Aby je pogodzić trzeba zmusić się do nadludzkich wysiłków. I co najdziwniejsze, że potem człowiek nie jest z tego absolutnie zadowolony. Właściwie to stoi w punkcie wyjścia, tyle że tym razem już bez marzeń, bez uniesień, bez tego wszystkiego co daje radość życia. Zastanawiam się teraz czy lepiej żyć na pół gwizdka, czy też być egoistą i z pełną świadomością swoich wad, z którymi nie daje sobie rady, oszukiwać kochaną osobę , że się jest kimś innym, że mają przed sobą świetlaną, cudowną przyszłość, że będzie z nim najszczęśliwszą osobą na ziemi, że ....itd. ..itp.?

Można tu przytaczać wiele bardzo popularnych kłamstw którymi kierowani własnym egoizmem posługujemy się na co dzień. W takich momentach zapala mi się czerwona lampka przy haśle czy potrafimy tak naprawdę szczerze i prawdziwie kogoś kochać? Bo, przynajmniej moim zdaniem, kochać to znaczy pragnąć czyjegoś, a nie swojego, szczęścia. A to jest zasadniczą różnicą od tego co czynimy na co dzień. Mówimy, że kogoś kochamy bez pamięci (tak się to mówi) a chcemy przede wszystkim aby ten ktoś był przy nas, tylko i wyłącznie dla nas i tylko i wyłącznie był nami zainteresowany. Nie potrafimy pojąć, że kobieta to kwiat posiadający boskie cechy przede wszystkim dawania życia, który musi rosnąć w konkretnym środowisku, który trzeba odpowiednio pielęgnować aby cieszyła nas swoim urokiem i wdziękiem. Trzeba ją karmić szczerym, prawdziwym uczuciem. Tak ją stworzyła matka natura i żadne postępy cywilizacyjne tego w kobiecie nie zmienią.

Czy to znaczy, że kobieta jest zupełnie wolnym ptakiem? Oczywiście nie, jednak pomimo naszych zastrzeżeń jest ona tak jak wszyscy człowiekiem w jakimś stopniu wolnym, ale kierującym się pewnymi zasadami, z którymi powinniśmy się, niestety, pogodzić. Oczywiście ona też. Narzuca się teraz kolejne pytanie co to znaczy kobieta prawdziwa czy nie prawdziwa. Otóż, w moim pojęciu kobieta prawdziwa to oprócz płci,  kobieta posiadająca bez domieszki cech męskich takie cechy jak delikatność, subtelność, wrażliwość, czułość, kobieta szukająca uczucia  a nie tylko biologicznego pożądania, oczekująca opieki ze strony mężczyzny, zrozumienia złożoności jej osobowości ...itd. Jakże często przecież owo pożądanie mylimy z uczuciem miłości.

No cóż, zachowujemy się jak mieszkańcy Troi którzy pozwolili wprowadzić do miasta konia trojańskiego z grekami w środku. I to był ich koniec. Czymś takim właśnie są zmuszani do emigracji do nas muzułmanie. Ten exodus islamistów jest wyraźnie zaplanowany i skutecznie realizowany przez ekstremistów muzułmańskich. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło aby takie ilości ludności w tak krótkim czasie całymi rodzinami uciekały z własnych krajów. Jednocześnie doskonale wiemy jaką siłą w tej ukrytej wojnie może być religia. Umiejętnie zastosowana działać może „cuda”. W rękach pazernych władców potrafi ona bardzo skutecznie panować nad ludzkimi umysłami „… co widać, co słychać, co czuć…” – jak śpiewał Kuba Sienkiewicz.

Coś takiego było już w wieku XI – XIII. To chrześcijańscy krzyżowcy najeżdżali na kraje muzułmańskie, ale zupełnie inne były tego powody (przynajmniej oficjalnie). Nie jestem przeciwnikiem żadnej religii ani muzułmańskiej ani też żadnej innej. Każdy człowiek ma prawo wierzyć to co chce, co uważa za słuszne. Jest tylko jeden podstawowy warunek, nie może być ona agresywna. W tym przypadku niestety taką ona jest i jej wyznawcy nie zapraszani wyczuwając naszą słabość wciskają się do naszych krajów. Podejrzewam, że w pewnym momencie oddolnie odrodzi się ruch nacjonalistyczny i zacznie się ogólna rzeż. Obym się mylił, ale tego właśnie się bardzo boję….