"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

czwartek, 05 maj 2016 16:07

Media i ................... manipulacja.

Manipulacja tak w mediach jak również w polityce jest jasna. Pomijam tzw. manipulację nieświadomą, będącą coraz rzadszym zjawiskiem a polegającą na przekazywaniu ocen uznawanych za jedynie słuszne, wypowiedzi niekompetentnie wyjmowanych z ważnego dla nich kontekstu czy też przytaczaniu opinii, które odpowiadają świadomości poszczególnych dziennikarzy. Na takie informacje biorę zawsze poprawkę i staram się sprawdzić co mówią inni. Czy w ten sposób zawsze odnajduję prawdę? Oczywiście nie zawsze, często dopiero po jakimś czasie okazuje się, że wyglądało to jeszcze inaczej. Gorzej, że coraz częściej spotykamy się z manipulacją zamierzoną.

 

Trudno jednak do wszystkiego podchodzić z zupełnym brakiem zaufania. Media dzisiaj, to nie tylko ukryta czwarta władza, to przede wszystkim wielki biznes oparty na bazie przekazywanych w odpowiednich formach informacji i wykorzystujący je do swoich partykularnych celów. I nie ma co się dziwić, że coraz częściej odbiegają od ideału. Nigdy biznes, pomimo haseł, nie był uczciwy, obiektywny, przekazujący całą prawdę. Zawsze będzie kierował się przede wszystkim własnym, jak największym, zyskiem. I tu się zapętlamy. Pozostaje więc tylko spokojne śledzenie zdarzeń, wyciąganie wniosków z tego co się wokół nas dzieje i pozostawienie emocji na mniej ważne sprawy, bo one tutaj nam na pewno nie pomogą. Musimy sobie uświadomić, że nikt nam wszystkiego zupełnie szczerze i bezinteresownie nie przekaże. Właśnie umiejętność manipulowania jest warunkiem do powiększania dodatkowych zysków właścicieli mediów.

środa, 27 kwiecień 2016 22:42

Nostalgiczne, smutne refleksje ...

Tym razem zamieszczam tekst mojej ukochanej ballady. Jej tytuł - „Pieśń o czekaniu”. Autorem i kompozytorem jej jest Grzegorz Tomczak. Kiedyś udało mi się nagrać ją na dyktafon, a potem spisałem tekst. Nagranie było fatalnej jakości i po kilku odtworzeniach nie do użycia. Dlaczego akurat ta ballada? Dlaczego akurat dzisiaj? Dopadły mnie refleksje, takie głębsze, ale nie dołujące. Refleksje o przemijaniu wszystkiego, o umowności piękna i brzydoty, dobra i zła i w końcu o ułomności odbioru przez nas życia, postrzegania i oceny tego, co ono nam daje na co dzień, w czym nas umiejscawia.

Tekst tej ballady obnaża nas ukazując nasze wnętrza, do których zaglądamy tylko wtedy gdy jesteśmy sami, niewidziani przez nikogo, gdy kręci się nam w oku łza wspomnień a w sercu robi się tak jakoś dziwnie słodko. Właśnie ta ulotność chwili, a właściwie zrozumienie jej, zmusza do zastanowienia się nad sobą, nad tym co możemy jeszcze zrobić w życiu i czego nie możemy stracić. Na temat tego tekstu można by napisać pracę magisterską, ale nie o to mi chodzi. Sami go zresztą przeczytajcie go spokojnie i powoli. Spróbujcie go czytać tak, jak gdyby to były Wasze myśli, Wasze wspomnienia. Wczujcie się w niego, to nie jest zwykły tekst, to tekst o nas. O mnie, o Tobie i wielu, wielu innych mijających nas na ulicy, zamyślonych, zagubionych, zestresowanych. Zastanówcie się więc spokojnie a może uda się Wam zrozumieć, że nie możecie marnować więcej drogocennych chwil skazując swoje marzenia te większe i te mniejsze, na banicję.

Narodzeni tyle razy,

W stu kołyskach wychowani,

Na dzień nowy, noc spokojną

Wciąż czekamy i czekamy.

 .

Urodzeni tyle razy,

Że już lata nam się plączą,

Podliczamy nasze winy

Kreśląc papier ręką drżącą.

 .

Ośmieszeni tyle razy,

Że już śmiech nam nie przystoi,

Po cichutku powtarzamy

Każde słowo które boli.

 .

Do tysięcy drzwi stukamy,

Które wczoraj wiatr zatrzasnął.

I pochodnie rozpalamy,

Które nim zaświecą, zgasną.

 .

Nazbyt wiele już zostało

Gniewnych słów wypowiedzianych,

Na wieczyste spamiętanie

Przybijemy je do ściany.

 .

I zmęczeni usiądziemy,

W oczy sobie popatrzymy

Oczekując, aż się znowu

Narodzimy, narodzimy.

 

poniedziałek, 11 kwiecień 2016 21:04

Uchodźcy i .... pytanie?

Uchodźcy i pytanie, czy źródło tego zamieszania z nimi nie leży przypadkiem w różnicy kultur? Różnica wyznawanych religii jest, przynajmniej moim zdaniem, tylko częścią szerzej rozumianej właśnie owych kultur narodowych. Spróbujmy więc inaczej.

Wyobraźmy sobie że to olbrzymie rzesze chrześcijan z państw europejskich ucieka do krajów, w których panuje islam. Ciekawe czy mieszkańcy tamtych krajów przeszliby do porządku dziennego nad tym, co niosą ze sobą nasze kultury, nasze zwyczaje? Czy nasze swobodne, dość luźne często też niewybredne poglądy na modę, sposób życia, noszenia się na co dzień, na traktowania siebie nawzajem nie stałby się zarzewiem do walk z napływem tzw. europejskich „uchodźców”? A jeszcze gdybyśmy przy tym chcieli aby szanowano nasze prawo kulturowe i zaczęto powszechnie zachowywać się zgodnie z nim, to co by się stało? Prawdopodobnie dokładnie to samo, co dzieje się dzisiaj z muzułmanami w europejskich krajach. Chociaż wydaje się mi, że jednak byłoby, dużo, dużo gorzej. Bo my przynajmniej staramy się uszanować ich zasady ale oni naszych już nie koniecznie. A przecież to oni są gośćmi u nas. I w tym, moim zdaniem, tkwi sedno problemu.

Litować się nad biedą i ludzkim nieszczęściem, oczywiście w miarę możliwości, można a nawet trzeba jednak nie powinno się przy tym niszczyć samego siebie, własnej kultury, niszczyć własnego narodu. Chcecie pomagać uchodźcom ze wschodu, zbierajcie pieniądze w całej Unii i nie tylko i wysyłajcie je do nich, ale nie róbcie światowego śmietnika kultur, które powstały i istniały od wieków, każda w swoim miejscu, w zgodzie z naturą i własną utworzoną między innymi, na bazie uznawanych religii, narodową kulturą.

Terroryzm to już zupełnie inna sprawa, nie wynikająca z głoszonych zasad religijnych ale posługująca się nimi jako narzędziem ogłupiającym ludzi. Jeżeli nie da się tego w jakiś sposób powstrzymać to czarno widzę naszą przyszłość. Chociaż w szczęśliwe rozwiązanie tego problemu przestaję powoli wierzyć. Potrzeba by tu mnóstwa dobrej woli i zdrowego rozsądku, a tego jak widać dzisiaj brak. Czyżby miałby to być koniec porządku ziemskiego świata a początek nieopisanego chaosu spychającego świat ku samozagładzie? Oby nie, oby nie…..

Taki jest, mój, oczywiście bardzo osobisty, punkt widzenia....

 

piątek, 01 kwiecień 2016 11:37

W starym kinie ...

Żyć tylko wspomnieniami to jak być w wiecznej śpiączce.

Każdy z nas ma swoje stare kino. Od czasu do czasu zachodzimy do niego i zależnie od wyboru czy nastroju oglądamy odłożone na półkę mniej lub bardziej zakurzone filmy wspomnień cofając w ten sposób szybko mijający czas. Archiwa tych materiałów odłożone na półki z czasem starzeją się, o niektórych nawet coraz częściej zapominamy. Gdy więc po jakimś czasie staramy się do nich wrócić i zdejmujemy z tych mocno zakurzonych półek to okazuje się, że jakość ich często jest już trudna do dokładnego odtworzenia. Pojawiają się wtedy różne wątpliwości dotyczące wielu istotnych szczegółów.

Nierzadko zdarza się, że oglądając coś, co kiedyś budziło w nas subiektywnie negatywne emocje, dzisiaj postrzegamy w zupełnie innym, często wręcz nawet pozytywnym świetle. Dziwmy się wtedy, że daliśmy się ponieść naszemu EGO, że nie potrafiliśmy popatrzeć na to innym, spokojnym wzrokiem i nie krzywdzić w ten sposób kogoś, a w skutkach również i siebie.

Bywają też wspomnienia piękne, pozwalające nam na przeżywanie nostalgii ciepłej, przenoszące nas do czasów minionych dające w ten sposób chwile cichej radości nierzadko przyprawione łezką w oku. Wydaje mi się, że przede wszystkim zależy to od naszych wrażliwości i subtelności a nie od słabości, jak to niektórzy twierdzą.

Taki właśnie etap jesiennej nostalgii dopadł mnie teraz. Wchodzę więc codziennie do mojego starego kina i oglądam to, co już minęło, co zmienił czas i to, co zmieniłem sam. Reakcje są różne, zależnie od chwili czy też od grubości pokrywającego wspominane zdarzenia, kurzu. Uważam jednak, że warto co jakiś czas, podkreślam, tylko co jakiś czas, poddać się takiej wspomnieniowej transformacji w czasie i złożyć kwiaty pamięci na śladach tego, co nas kiedyś spotkało, co dawało nam wtedy tyle radości i chęci do życia.

wtorek, 29 marzec 2016 10:02

Świat myśli ....

Proponuję utworzenie nowej zakładki tematycznej pod nazwą ...świat myśli. Poruszalibyśmy tam tematy rozumienia różnych problemów postrzeganych pod różnymi kątami. Na co dzień, hołdując przyzwyczajeniom, opieramy się w swoich opiniach na otaczających nas stereotypach, będących wynikiem średniej arytmetycznej opartej na najczęściej spotykanych doświadczeniach jakiejś grupy osób.

I w tym tkwi cały problem. Bo w ten sposób wystawiamy najczęściej nasze szybkie i naszym zdaniem bezdyskusyjne, oceny sytuacji. Nie próbujemy nawet zrozumieć, że dotykające nas sytuacje i zdarzenia, są w wielu szczegółach inne od pozostałych. Jesteśmy jednym z kolorowych szkiełek w kalejdoskopie życia, które kręcąc się powoli, co chwilę zmienia nasze otoczenie, jednocześnie zmieniając nasze w nim miejsce. Każdy problem można i powinno się rozważać wychodząc z różnych punktów widzenia. Do żadnego zdarzenia nie można przypisać jednej i niepodważalnej prawdy. Dlatego dobrze byłoby nauczyć się patrzeć i oceniać własne sprawy bardzo indywidualnie, może nawet i wychodząc z ogólnego punktu ich widzenia, jednak wprowadzając poprawki na szczegóły dotyczące tylko nas. Chciałbym abyśmy nauczyli się, oceniając własne problemy, patrzeć na nie bez emocji.

Tematy mogą się powielać i dotyczyć wszystkiego, bez wyjątku. Może to pozwoli nam wreszcie zrozumieć złożoność, wydających się nam prostymi, spraw.

 

piątek, 18 marzec 2016 18:53

Czy słuchać rad innych ludzi ?

Rady rodziny i przyjaciół powinniśmy traktować jako ich sposób na rozwiązanie naszych problemów. Ich punkt widzenia, ale wcale niekoniecznie nasz. Problemów, o których wiedzą tylko tyle, ile im przekazaliśmy albo ile sami zaobserwowali najczęściej bardzo subiektywnie, pobieżnie. Mogą bowiem znać je tylko częściowo. Jest to więc ich ocena, podyktowana ich punktem widzenia, ich potrzebami, oczekiwaniami od życia, ich charakterami, ocena wynikająca z ich emocjonalnego podejścia do tematu. Na to powinniśmy brać poprawki.

Absolutnie jest to tylko ich punkt widzenia. Czy słuszny? To już zależy od nas i od tego na ile potrafimy samodzielnie myśleć próbując radzić sobie jakoś w życiu. Bo to my powinniśmy wybrać drogę, która doprowadzi do rozwiązania problemu. A więc czy słuchać rad innych?

Oczywiście tak. Powinniśmy jednak wprowadzić do nich nasze poprawki, bo to my wiemy najlepiej co tak naprawdę nas boli i dlaczego. Czasami jednak uczenie się na własnych błędach jest bardziej skuteczne niż najlepsze rady bliskich. Jednak, próbując jak najmniej zgubić z radości życia wolę, przynajmniej od czasu do czasu, uczyć się na błędach innych. Mniej boli. I chociaż jest to trudniejsze i bardziej ryzykowne. Jednak gdy się uda daje niesamowitą satysfakcję. Naplątałem? Może trochę, tym niemniej warto to przemyśleć..

Marzenia miewamy różne. Jedni mają je wielkie inni skupiają się na drobnych, ale dających niemniej radości, bo wbrew pozorom najważniejszym jest to, jak potrafimy się cieszyć z czegoś, a nie jaka jest tego waga gatunkowa. Powinniśmy jednak uważać na to o czym zaczynamy marzyć, czego pragnąć, do realizacji czego uparcie zaczynamy dążyć. Życie nas uczy, że niczego nie ma za darmo, że za wszystko musimy kiedyś zapłacić, na wszystko musimy sami „zapracować”.. Czy tak jest na pewno? Przeanalizujmy to na takim przykładzie…

...................................................................................

Małżeństwo przykładne jak wiele innych. Kochają się, no może bez szaleństwa, ale szanują się nawzajem. Powiedzmy że mają dzieci, dom, pracę i w miarę wspólne zainteresowania. Są wobec siebie wyrozumiali.

Jednak po iluś tam latach wspólnego pożycia zaczyna im czegoś brakować, coś się zdewaluowało, spowszedniało. Tzw. chemię diabli wzięli. Rutyna codziennego wspólnego pożycia, męcząca praca i wzajemne mniej lub bardziej uzasadnione podejrzenia, dały o sobie znać pozostawiając żale, delikatne znudzenie i traktowanie większości zbliżeń jako spełnianie obowiązków małżeńskich. Zamykają się w sobie. Zmęczeni związkiem, ubezwłasnowolnieni, zaczynają czuć powiększające się oddalanie swoich światów wewnętrznych. Ich intymność, będąca kiedyś napędem do wielkich uniesień, bezgranicznej miłości wzajemnej, powoli przestaje istnieć.

On zaczyna marzyć o wolności, o możliwości ustawiania swojego życia tak jak sam teraz tego pragnie, o ustawianiu swojego świata na swój własny sposób, bo uważa, że ma do tego prawo, że należy się mu to jak psu kość. Ona, pogubiona w tym wszystkim, zauważa wzajemne oddalanie się. Brak tak normalnego i szczerego kiedyś uczucia, brak ciepła okazywanego jeszcze niedawno na każdym kroku, a wreszcie chłód pożycia intymnego zmuszają ją do swoistych przemyśleń. Dochodzi do wniosku, że jej też coś się jeszcze od życia należy i zaczyna marzyć po cichu o czułym mężczyźnie, o bliskim związku bez wzajemnych zobowiązań. Żadne z nich nie chce jednak rozwodu, ale chcą coś dla siebie, każde czego innego chociaż w efekcie tego samego, ciepłego uczucia, małego szaleństwa, wzajemnego zrozumienia.

czwartek, 03 marzec 2016 11:50

My i nasze maski ...

My i nasze maski na co dzień, to tylko wstęp do prawdziwego spojrzenia na siebie we wspólnym związku po to, aby na stałe zmienić niektóre swoje odruchy i przyzwyczajenia, dopasowując je do jedynej, tym razem kochanej osoby. Dlaczego jednak na co dzień, nakładając maski robimy to bez bólu zmieniając się tylko pozornie, ale na tyle skutecznie, że świat nam zaczyna wierzyć? Przecież szacunek do kogoś dyktuje nam również jakieś zachowania, na które w tym momencie możemy nie mieć żadnej ochoty. Są to przecież również maski, ale moim zdaniem, są one już tym razem pozytywnym tego stanu zjawiskiem. Tłumaczymy to wszystko sobie tym, że jest to nam potrzebne tak jak powietrze do oddychania, bo sytuacja, bo okoliczności, bo interes, bo ludzie powinni o nas dobrze mówić....itd. Jednak po założeniu rodziny, w jakiś czas po ślubie, wracając do czterech ścian naszego domu zaczynamy powoli zdejmować je tak, jak to robimy z płaszczem czy kapeluszem, wieszając je na wieszaku w kącie. Nierzadko okazuje się wtedy nagle, że po zdjęciu tego naszego zmiennego makijażu maskowego nie jesteśmy już tak piękni, tak powabni, tak pociągający jak przedtem. Nagle ulatuje gdzieś z nas cały nasz spokój, nasza mądrość przestała być już tak oczywista, nasza bezgraniczna deklarowana wcześniej miłość nagle zamienia się w skrajny egoizm.

niedziela, 28 luty 2016 20:51

My i nasze charaktery ....

Zastanawiamy się często, co dzieje się z nami po jakimś czasie wspólnego przebywania razem? Co jest powodem, że stajemy się coraz bardziej podejrzliwi, opryskliwi i nie panując nad własnymi nerwami w krótkim okresie psujemy to, co jeszcze niedawno było takie piękne, takie fascynujące, takie kochane, takie bezdyskusyjnie nasze? Potem ze łzami w oczach zwalamy wszystko na tę drugą osobę, nie próbując nawet popatrzeć na siebie z boku i ocenić ile w tym wszystkim jest naszej winy. Wystarczy przecież przeświadczenie o tym, że ktoś nas wcześniej pokochał i zaakceptował. W takim przypadku wina teraz leży tylko po jego stronie. Bardzo często dobre mniemanie o sobie budujemy opierając się na naszych chęciach, a nie dokonaniach, za to bezspornym winowajcą jest, z reguły, ten ktoś drugi. Czym jest w takim przypadku nasza miłość? Podejrzewam, że bardziej jest to miłość własna, miłość do siebie, traktująca drugą osobę jak własność, czyli jako kogoś, kto nie może zrobić prawie niczego bez naszej akceptacji, za to musi akceptować nasze frustracje, nasze humory, podporządkowywać się naszym decyzjom czyli po prostu kochać nas i już. Moim zdaniem miłość jest rodzajem dobrowolnego kompromisu, dokonywanego z własnego wyboru a nie z konieczności. No może nie do końca z własnego wyboru, bo na uczucia w pewnym momencie nie ma mocnych, i w pewnym momencie stają się pewnego rodzaju koniecznością dyktowaną właśnie nimi. Tak więc „poświęcanie się” kochanej osobie doprowadza do wielu chorych sytuacji w których podporządkowanie siebie często będzie źródłem późniejszych konfliktów wynikających z braku wzajemnego, zaznaczam wzajemnego zrozumienia a w efekcie już wielkiego poczucia krzywdy.

Spotkałem się, w jednym z blogów, z postawionym tak pytaniem. Jaka jest definicja życia i czy w ogóle ona jest możliwa? Spróbowałem odpowiedzieć na swój sposób jak ja to widzę, w komentarzu do posta. Uważam, że powinienem go teraz przytoczyć aby usłyszeć może inną definicję tego, może obalającą sposób mojego postrzegania...a może ja się mylę i nie można sformułować takiej definicji. Z cytowanego komentarza wyciąłem tylko zwroty skierowane do autora pytania, bardziej osobiste, które tutaj nie mają żadnego znaczenia. 

"...Życie – to nasz przedział w wagonie czasu, który nieuchronnie pędzi do stacji przeznaczenia. Nie zawsze jest to wagon klasy pierwszej, czasami bywa, że znajdziemy się w wagonie towarowym. Jest to nasz punkt początkowy, wyjściowy. Przez otwarte okna wpadają do niego różne zdarzenia. Lepsze lub gorsze, bardzo złe i cudowne, miłe i nie miłe. W większości, tylko od nas zależy czy zostawimy wszystkie, czy wybierzemy te najlepsze a resztę z powrotem wyrzucimy na zewnątrz. Zamknięcie okien powoduje brak zdarzeń, śpiączkę. Bierni, szybko zaczynają dusić się w natłoku. Narzekają wtedy na ciężkie życie i twierdzą, że ono ich nie oszczędza. Jeżeli coś nas uwiera w tym tłoku, wyrzućmy, a jeżeli to nie możliwe, spróbujmy przynajmniej przesunąć to tak aby było od nas jak najdalej. Dla tych, którzy od początku zadają sobie trud selekcji, porządkowania zdarzeń, jedzie się lepiej, wygodniej niż tym którzy w jakimś czasie tego nie robili lub też wcale tego nie robią. Niektórym wpadają zdarzenia przekraczające ich wytrzymałość, ci - sami wyskakują przez okna. Silni – zostają. Ci, którzy znaleźli się w wagonie towarowym, w dużym tłoku, a są to w większości ludzie bardzo biedni, mają dużo ciężej i o wiele mniejsze możliwości selekcjonowania zdarzeń, wpływania na ich przebieg, tym nie mniej też je mają. 

Tyle mojej definicji, przyznaję dość specyficznej ale próbowałem podać ją w miarę obrazowej, przystępnej formie...."

Poddaję teraz to pod rozwagę jako materiał wstępny. Chciałbym, abyśmy mogli wspólnie stworzyć taką definicję, bo zawsze warto wiedzieć czy, a jeżeli tak to w jaki sposób możemy wpływać na nasze życie. Uświadamiając to sobie zmuszamy się niejako do wprowadzania w nim korekt, jest to wtedy już działaniem autoobronnym naszej psychiki, naszego instynktu samozachowawczego. Świadomość jest połową sukcesu, drugą połową jest CHCĘ.