"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

UWAGA!!! To, co zamieściłem poniżej czytacie absolutnie na własne ryzyko. Ja za to żadnej odpowiedzialności na siebie nie biorę!!!!!!!

Na temat, czym przede wszystkim kierują się mężczyźni a czym kobiety, gdy na resztę życia szukają sobie drugich połówek już pisałem i to dość dużo. Uważam jednak, że temat jest na tyle ważny, iż warto go co pewien czas co nieco odkurzyć i ukazać z ciut innej strony. Tym razem poruszę go tylko w zakresie, zakodowanych w nas w tym kierunku, podstawowych zachowań, tzn. takich, z których nie do końca zdajemy sobie nawet sprawę.

Czego więc szuka kobieta w mężczyźnie, co w jej podświadomości, podkreślam podświadomości, decyduje, że wybiera właśnie tego a nie innego?

Wydaje mi się, że jest to dość proste. Mężczyzna kobiecie musi przede wszystkim czymś zaimponować. Może to być intelekt, prezentowana kultura osobista, pozycja społeczna ... etc. Uroda jak również erotyka jest na tym etapie sprawą drugoplanową. A więc gdy już go zauważy i zapamięta na dłużej, zaczyna w swojej wyobraźni tworzyć jego piękny, męski obraz dopisując mu jednocześnie wiele wymarzonych przez siebie cech. Przy czym im dłużej i częściej myśli o nim, tym bardziej zaczyna w to wszystko wierzyć. Na tym etapie „motylki w brzuchu” są już tylko podsumowaniem tego wszystkiego.

Opiera to na tym, że przecież dał jej kwiatek, że prawił miłe komplementy, że zaprosił na romantyczny spacer, bo ładnie mówi, bo jest zadbany i używa dobrej wody kolońskiej ...itd. itp. W tym momencie zaczyna się już nim fascynować, częściej przywoływać go do swojej wyobraźni. Zaczyna też wierzyć, że oto właśnie spotkała marzenie swojego życia i może mu spokojnie zawierzyć swoją przyszłość. Pod wpływem owej fascynacji nazywa go swoją wielką miłością i od tego momentu jej myśli praktycznie są już wypełnione jego osobą.

A mężczyzna, co nim kieruje gdy patrzy na kobietę?

piątek, 29 styczeń 2016 12:45

O pierwoludku ciąg dalszy .....

O pierwoludku już pisałem, ale jak on i jemu podobni sprawdzają się urządzając naszą demokratyczną rzeczywistość? O tym może jeszcze kilka słów.

A więc, w międzyczasie ktoś wymyślił, że człowieka i świat stworzył najzwyczajniej przypadek. Natychmiast nazwano to wynikiem pierwszego wybuchu atomowego, czy jakoś tak. No cóż, jak to mówią jest demokracja i każdemu wolno pleść co mu ślina na język przyniesie. Z powodu powstałej w ten sposób luki w kwestii wiary i wystąpiła konieczność stworzenia czegoś silniejszego od nas. Pojawił się więc prawie natychmiast kult pieniądza (czytaj Pieniądz jest Bogiem). W skrócie PJB. Co diametralnie zmieniło osobowość owego nieszczęsnego myśliciela. Jego pozycję wśród innych pierwoludków tego gatunku, zaczęła nagle określać posiadana kwota w banku. W przypadku braku takowej, albo też zbyt małej jej wielkości, wspomniany staje się natychmiast członkiem najniższej kasty, w dumnie brzmiącym nomen omen, tzw. społeczeństwie demokratycznym.

A faktycznie to, z przypadającej mu jego części wspomnianej już demokracji, ma prawo do bezpłatnego oddychania i „jakoś tam sobie radzenia”. Aha, ma jeszcze prawo do pracy, ale tylko prawo, bo możliwości to już w wielu przypadkach praktycznie wcale nie ma. Jak twierdzą fachowcy jest to konieczność zachowania zdrowej gospodarki państwa. I jeszcze jedno, bardzo ważne. Otóż ma podstawowe prawo, ba, wręcz obowiązek prawny do życia (zamach samobójczy, w szerszym tego słowa pojęciu, jest czynem karalnym). Ale już jak to ma zrobić aby przeżyć powietrzem, napłodzić i utrzymać przy tym jeszcze dzieci, tego już prawo niestety nie mówi. Ma po prostu je przestrzegać i już.

Wieczne posądzanie o coś co nie miało miejsca. „Rzucanie” w siebie słowami, które przede wszystkim mają boleć, psychicznie zabijać. Wymyślanie argumentów nieprawdziwych, nie mających żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości, ważne aby tylko dobrze, a więc ostro brzmiały, aby mocno zabolały. Czy to może być, albo inaczej, czy to jest zdrowym rozładowaniem narastających w związku konfliktów? A tak przecież przynajmniej twierdzą niektórzy znani psycholodzy. Rozumiem, że jest to sposób na rozładowanie naszego skumulowanego napięcia nerwowego, że jest to dla nas rodzaj naszego odreagowania. Jednak czy taki sposób nie jest jednocześnie tworzeniem nowych , kolejnych pokładów złych emocji w kimś, do kogo to wszystko kierujemy? Czy przypadkiem w ten sposób nie tworzymy samonakręcającej się spirali wzajemnej niechęci a z czasem i w efekcie nienawiści? Przypomina mi to gorący garnek, który musimy gdzieś przenieść. I zamiast pomyśleć chwilę nad tym, jak to zrobić bezboleśnie a więc np. wziąć szmatkę aby nie poparzyć sobie rąk, z uporem staramy się przekazywać go sobie nawzajem. W ten sposób może i doniesiemy nieszczęsny garnek tam gdzie trzeba, ale przy tym oboje poparzymy sobie ręce. Taka jest nasza mądrość życiowa, przykre.

wtorek, 12 styczeń 2016 14:39

Nasze rady i .... co często z nich wynika?

Rady rodziny i przyjaciół powinniśmy traktować jako ich sposób na rozwiązanie naszych problemów. Ich punkt widzenia, ale wcale niekoniecznie nasz. Problemów, o których wiedzą tylko tyle, ile im przekazaliśmy albo ile sami zaobserwowali najczęściej bardzo subiektywnie, pobieżnie. Mogą bowiem znać je tylko częściowo. Jest to więc ich ocena, podyktowana ich punktem widzenia, ich potrzebami, oczekiwaniami od życia, ich charakterami, ocena wynikająca z ich emocjonalnego podejścia do tematu. Na to powinniśmy brać poprawki.

Absolutnie jest to tylko ich punkt widzenia. Czy słuszny? To już zależy od nas i od tego na ile potrafimy samodzielnie myśleć próbując radzić sobie jakoś w życiu. Bo to my powinniśmy wybrać drogę, która doprowadzi do rozwiązania problemu. A więc czy słuchać rad innych?

Oczywiście tak. Powinniśmy jednak wprowadzić do nich nasze poprawki, bo to my wiemy najlepiej co tak naprawdę nas boli i dlaczego. Czasami jednak uczenie się na własnych błędach jest bardziej skuteczne niż najlepsze rady bliskich. Jednak, próbując jak najmniej zgubić z radości życia wolę, przynajmniej od czasu do czasu, uczyć się na błędach innych. Mniej boli. I chociaż jest to trudniejsze i bardziej ryzykowne. Jednak gdy się uda daje niesamowitą satysfakcję. Naplątałem? Może trochę, tym niemniej warto to przemyśleć..

‑ "Sokrates, zapytany przez ucznia - mistrzu, doradź mi, mam się żenić czy nie - odpowiedział: cokolwiek zrobisz i tak później będziesz tego żałować.."

  Spotkałem się na kilku blogach z podobnym dylematem, tyle że tam dziewczyny nie zastanawiały się czy wyjść za mąż czy nie, chciały tylko uspokoić w sobie swoje wątpliwości dotyczące wyboru kandydata na męża. Wiadomo jednak, że nikt w tej materii nie może skutecznie doradzić. Można wypisywać wiele tzw. "mądrości" opartych na własnych doświadczeniach. Jednak będą to tylko nasze doświadczenia, dotyczące naszego życia, wynikające z konkretnych uwarunkowań dyktowanych najczęściej naszymi charakterami. Ale sam fakt pojawiających się wątpliwości zmuszających do kolejnego zastanowienia, już mówi dobrze o podejściu ich do życia. Ukazuje że nie jest ono podejściem tylko emocjonalnym, wynikającym z samego zauroczenia. Nasuwa się więc pytanie. Czy możemy cokolwiek w tej materii powiedzieć, co mogłoby pomóc innym przynajmniej na tyle, aby w późniejszym podsumowaniu zysków i strat bilans wyszedł na plus? Ano możemy, przynajmniej takie jest moje zdanie. Powinno wystarczyć uświadomienie sobie wagi i późniejszych konsekwencji wynikających z założenia rodziny, gdy nie zdaje się sobie sprawy z tego jakie ktoś ma minusy. Bo że każdy z nas je ma, to oczywiste. Plusy są już z góry naszym zyskiem, jednak zawsze warto wiedzieć czego w sytuacjach ekstremalnych możemy oczekiwać od swojego partnera czy partnerki. Zauważmy, gdybyśmy chcieli zbudować własny dom i musielibyśmy zrobić to sami, to nie zaczynalibyśmy budowy od dachu, aby na nas, w razie niepogody, nie padało, tylko poczynilibyśmy przygotowania w sensie nauczenia się podstaw budowania, wykonania odpowiednich planów odpowiadających naszym oczekiwaniom. Następnie zależnie od możliwości, wybralibyśmy odpowiednie materiały budowlane, by w końcu rozpocząć budowę domu naszych marzeń. Pilnując się pewnych podstawowych reguł, można w ten sposób własnoręcznie postawić dom. I wielu już tak zrobiło. Teraz, jak to przełożyć na, w miarę bezpieczne i prawidłowe, zakładanie przez nas rodziny? Potraktujcie to trochę z przymrużeniem oka.

poniedziałek, 28 grudzień 2015 14:48

Na własną prośbę ... czyli pustka samotności

Dość często, wśród ludzi, którzy w życiu mocno się na kimś zawiedli, spotykam się z takimi określeniami... wszyscy są tacy sami, egoistyczni, fałszywi, dbający tylko o własny interes, nie liczący się z nikim i z niczym. Dla nich reszta ludzi a szczególnie ci bardziej wrażliwi, naiwni, są przedmiotami do wykorzystania, do posługiwania się przy zaspokajaniu własnych potrzeb, własnych interesów.

Już w takim stwierdzeniu jest logiczna sprzeczność, bo jeżeli istnieją ludzie bardziej wrażliwi, ufni, wykorzystywani przez tych świadomie złych to w takim razie nie wszyscy są tacy sami czyli źli. My jednak z uporem godnym lepszej sprawy, bojąc się powtórki dramatu, który nas wcześniej spotkał, wrzucamy resztę świata do jednego worka. Nie próbujmy dzielić ludzi na dobrych i złych, bo też nie wszystko jest tylko czarne i tylko białe. Owszem, jest dość duży odłam takich przypadków, ale to widać już gołym okiem i tych pomijam. Każdy z nas ma w sobie trochę tego, czego niektórzy nie akceptują oceniając negatywnie nasze zachowania np. dążenie do dominacji, nadopiekuńczość, nadwrażliwość emocjonalną, nasze drobne ułomności itd. Z tym jednak można zawsze sobie poradzić pracując nad sobą lub ewentualnie akceptując to w kimś. Jest to sprawą tzw. docierania charakterów.

wtorek, 22 grudzień 2015 19:34

Spacer w deszczu ....

”widzisz pola w lasów toń wtopione,

 mgły płynące ponad szosy rzeką”....

 

..”Myślę więc jestem”... – czy to tylko cytat? I tak i nie, bo jest w nim zawarta podstawowa tajemnica ludzkiego istnienia. Tak przynajmniej to rozumiesz. I właśnie teraz potrzebujesz wyciszenia. Zastanawiasz się co masz zrobić. Bałagan myśli nie daje ci spokoju, rozprasza, denerwuje. Wychodzisz z domu. Idziesz przed siebie powoli, zamyślona właściwie o niczym.

Różne zdarzenia przewijają się w twojej wyobraźni. Zdarzenia zwykłe, codzienne, mniej lub bardziej zapisane w twojej pamięci. Nagle, wśród nich, ukazuje się las. To niesamowite, jak taka wizja może skupić na sobie uwagę. Zupełnie bezwiednie wchodzisz do niego. Niskie trawy z leżącymi wśród nich, na podłożu z mchu, gałązkami tworzą misternie utkany przez naturę, przestrzenny dywan. Idąc, czujesz pod sobą jego puszystość. I jeszcze ten zapach, zapach świerku i żywicznej sosny zmieszany z zapachem gęstego jałowca, narkotyzujący swoją intensywnością. Wszechobecny, wszechogarniający oddech lasu.

W górze słyszysz ptaki. Są wszędzie, przed tobą, nad tobą , za tobą. Wypełniają swoim śpiewem przestrzeń uzupełniając się echonośnym poszumem starego lasu. Niesamowita harmonia dźwięków. Wrażenie nie do opisania ale cudownie kojące.

Nagle coś rozbija twoją wizję. To ty, zamyślona potrąciłaś kogoś przechodzącego obok ulicą. Uśmiechając się głupio, przepraszasz. Nie wiadomo czy ciebie zrozumiał bo tylko wzruszył ramionami , odwrócił się i odszedł. No cóż, wyszło trochę nie tak. Trudno. Rozglądasz się wokół szukając miejsca w którym nikomu byś nie przeszkadzała. Jest, niski murek oddzielający chodnik od trawnika. Siadasz i za chwilę znowu znikasz w swojej czasoprzestrzeni.