"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

piątek, 18 marzec 2016 18:53

Czy słuchać rad innych ludzi ?

Rady rodziny i przyjaciół powinniśmy traktować jako ich sposób na rozwiązanie naszych problemów. Ich punkt widzenia, ale wcale niekoniecznie nasz. Problemów, o których wiedzą tylko tyle, ile im przekazaliśmy albo ile sami zaobserwowali najczęściej bardzo subiektywnie, pobieżnie. Mogą bowiem znać je tylko częściowo. Jest to więc ich ocena, podyktowana ich punktem widzenia, ich potrzebami, oczekiwaniami od życia, ich charakterami, ocena wynikająca z ich emocjonalnego podejścia do tematu. Na to powinniśmy brać poprawki.

Absolutnie jest to tylko ich punkt widzenia. Czy słuszny? To już zależy od nas i od tego na ile potrafimy samodzielnie myśleć próbując radzić sobie jakoś w życiu. Bo to my powinniśmy wybrać drogę, która doprowadzi do rozwiązania problemu. A więc czy słuchać rad innych?

Oczywiście tak. Powinniśmy jednak wprowadzić do nich nasze poprawki, bo to my wiemy najlepiej co tak naprawdę nas boli i dlaczego. Czasami jednak uczenie się na własnych błędach jest bardziej skuteczne niż najlepsze rady bliskich. Jednak, próbując jak najmniej zgubić z radości życia wolę, przynajmniej od czasu do czasu, uczyć się na błędach innych. Mniej boli. I chociaż jest to trudniejsze i bardziej ryzykowne. Jednak gdy się uda daje niesamowitą satysfakcję. Naplątałem? Może trochę, tym niemniej warto to przemyśleć..

Marzenia miewamy różne. Jedni mają je wielkie inni skupiają się na drobnych, ale dających niemniej radości, bo wbrew pozorom najważniejszym jest to, jak potrafimy się cieszyć z czegoś, a nie jaka jest tego waga gatunkowa. Powinniśmy jednak uważać na to o czym zaczynamy marzyć, czego pragnąć, do realizacji czego uparcie zaczynamy dążyć. Życie nas uczy, że niczego nie ma za darmo, że za wszystko musimy kiedyś zapłacić, na wszystko musimy sami „zapracować”.. Czy tak jest na pewno? Przeanalizujmy to na takim przykładzie…

...................................................................................

Małżeństwo przykładne jak wiele innych. Kochają się, no może bez szaleństwa, ale szanują się nawzajem. Powiedzmy że mają dzieci, dom, pracę i w miarę wspólne zainteresowania. Są wobec siebie wyrozumiali.

Jednak po iluś tam latach wspólnego pożycia zaczyna im czegoś brakować, coś się zdewaluowało, spowszedniało. Tzw. chemię diabli wzięli. Rutyna codziennego wspólnego pożycia, męcząca praca i wzajemne mniej lub bardziej uzasadnione podejrzenia, dały o sobie znać pozostawiając żale, delikatne znudzenie i traktowanie większości zbliżeń jako spełnianie obowiązków małżeńskich. Zamykają się w sobie. Zmęczeni związkiem, ubezwłasnowolnieni, zaczynają czuć powiększające się oddalanie swoich światów wewnętrznych. Ich intymność, będąca kiedyś napędem do wielkich uniesień, bezgranicznej miłości wzajemnej, powoli przestaje istnieć.

On zaczyna marzyć o wolności, o możliwości ustawiania swojego życia tak jak sam teraz tego pragnie, o ustawianiu swojego świata na swój własny sposób, bo uważa, że ma do tego prawo, że należy się mu to jak psu kość. Ona, pogubiona w tym wszystkim, zauważa wzajemne oddalanie się. Brak tak normalnego i szczerego kiedyś uczucia, brak ciepła okazywanego jeszcze niedawno na każdym kroku, a wreszcie chłód pożycia intymnego zmuszają ją do swoistych przemyśleń. Dochodzi do wniosku, że jej też coś się jeszcze od życia należy i zaczyna marzyć po cichu o czułym mężczyźnie, o bliskim związku bez wzajemnych zobowiązań. Żadne z nich nie chce jednak rozwodu, ale chcą coś dla siebie, każde czego innego chociaż w efekcie tego samego, ciepłego uczucia, małego szaleństwa, wzajemnego zrozumienia.

czwartek, 03 marzec 2016 11:50

My i nasze maski ...

My i nasze maski na co dzień, to tylko wstęp do prawdziwego spojrzenia na siebie we wspólnym związku po to, aby na stałe zmienić niektóre swoje odruchy i przyzwyczajenia, dopasowując je do jedynej, tym razem kochanej osoby. Dlaczego jednak na co dzień, nakładając maski robimy to bez bólu zmieniając się tylko pozornie, ale na tyle skutecznie, że świat nam zaczyna wierzyć? Przecież szacunek do kogoś dyktuje nam również jakieś zachowania, na które w tym momencie możemy nie mieć żadnej ochoty. Są to przecież również maski, ale moim zdaniem, są one już tym razem pozytywnym tego stanu zjawiskiem. Tłumaczymy to wszystko sobie tym, że jest to nam potrzebne tak jak powietrze do oddychania, bo sytuacja, bo okoliczności, bo interes, bo ludzie powinni o nas dobrze mówić....itd. Jednak po założeniu rodziny, w jakiś czas po ślubie, wracając do czterech ścian naszego domu zaczynamy powoli zdejmować je tak, jak to robimy z płaszczem czy kapeluszem, wieszając je na wieszaku w kącie. Nierzadko okazuje się wtedy nagle, że po zdjęciu tego naszego zmiennego makijażu maskowego nie jesteśmy już tak piękni, tak powabni, tak pociągający jak przedtem. Nagle ulatuje gdzieś z nas cały nasz spokój, nasza mądrość przestała być już tak oczywista, nasza bezgraniczna deklarowana wcześniej miłość nagle zamienia się w skrajny egoizm.

niedziela, 28 luty 2016 20:51

My i nasze charaktery ....

Zastanawiamy się często, co dzieje się z nami po jakimś czasie wspólnego przebywania razem? Co jest powodem, że stajemy się coraz bardziej podejrzliwi, opryskliwi i nie panując nad własnymi nerwami w krótkim okresie psujemy to, co jeszcze niedawno było takie piękne, takie fascynujące, takie kochane, takie bezdyskusyjnie nasze? Potem ze łzami w oczach zwalamy wszystko na tę drugą osobę, nie próbując nawet popatrzeć na siebie z boku i ocenić ile w tym wszystkim jest naszej winy. Wystarczy przecież przeświadczenie o tym, że ktoś nas wcześniej pokochał i zaakceptował. W takim przypadku wina teraz leży tylko po jego stronie. Bardzo często dobre mniemanie o sobie budujemy opierając się na naszych chęciach, a nie dokonaniach, za to bezspornym winowajcą jest, z reguły, ten ktoś drugi. Czym jest w takim przypadku nasza miłość? Podejrzewam, że bardziej jest to miłość własna, miłość do siebie, traktująca drugą osobę jak własność, czyli jako kogoś, kto nie może zrobić prawie niczego bez naszej akceptacji, za to musi akceptować nasze frustracje, nasze humory, podporządkowywać się naszym decyzjom czyli po prostu kochać nas i już. Moim zdaniem miłość jest rodzajem dobrowolnego kompromisu, dokonywanego z własnego wyboru a nie z konieczności. No może nie do końca z własnego wyboru, bo na uczucia w pewnym momencie nie ma mocnych, i w pewnym momencie stają się pewnego rodzaju koniecznością dyktowaną właśnie nimi. Tak więc „poświęcanie się” kochanej osobie doprowadza do wielu chorych sytuacji w których podporządkowanie siebie często będzie źródłem późniejszych konfliktów wynikających z braku wzajemnego, zaznaczam wzajemnego zrozumienia a w efekcie już wielkiego poczucia krzywdy.

Spotkałem się, w jednym z blogów, z postawionym tak pytaniem. Jaka jest definicja życia i czy w ogóle ona jest możliwa? Spróbowałem odpowiedzieć na swój sposób jak ja to widzę, w komentarzu do posta. Uważam, że powinienem go teraz przytoczyć aby usłyszeć może inną definicję tego, może obalającą sposób mojego postrzegania...a może ja się mylę i nie można sformułować takiej definicji. Z cytowanego komentarza wyciąłem tylko zwroty skierowane do autora pytania, bardziej osobiste, które tutaj nie mają żadnego znaczenia. 

"...Życie – to nasz przedział w wagonie czasu, który nieuchronnie pędzi do stacji przeznaczenia. Nie zawsze jest to wagon klasy pierwszej, czasami bywa, że znajdziemy się w wagonie towarowym. Jest to nasz punkt początkowy, wyjściowy. Przez otwarte okna wpadają do niego różne zdarzenia. Lepsze lub gorsze, bardzo złe i cudowne, miłe i nie miłe. W większości, tylko od nas zależy czy zostawimy wszystkie, czy wybierzemy te najlepsze a resztę z powrotem wyrzucimy na zewnątrz. Zamknięcie okien powoduje brak zdarzeń, śpiączkę. Bierni, szybko zaczynają dusić się w natłoku. Narzekają wtedy na ciężkie życie i twierdzą, że ono ich nie oszczędza. Jeżeli coś nas uwiera w tym tłoku, wyrzućmy, a jeżeli to nie możliwe, spróbujmy przynajmniej przesunąć to tak aby było od nas jak najdalej. Dla tych, którzy od początku zadają sobie trud selekcji, porządkowania zdarzeń, jedzie się lepiej, wygodniej niż tym którzy w jakimś czasie tego nie robili lub też wcale tego nie robią. Niektórym wpadają zdarzenia przekraczające ich wytrzymałość, ci - sami wyskakują przez okna. Silni – zostają. Ci, którzy znaleźli się w wagonie towarowym, w dużym tłoku, a są to w większości ludzie bardzo biedni, mają dużo ciężej i o wiele mniejsze możliwości selekcjonowania zdarzeń, wpływania na ich przebieg, tym nie mniej też je mają. 

Tyle mojej definicji, przyznaję dość specyficznej ale próbowałem podać ją w miarę obrazowej, przystępnej formie...."

Poddaję teraz to pod rozwagę jako materiał wstępny. Chciałbym, abyśmy mogli wspólnie stworzyć taką definicję, bo zawsze warto wiedzieć czy, a jeżeli tak to w jaki sposób możemy wpływać na nasze życie. Uświadamiając to sobie zmuszamy się niejako do wprowadzania w nim korekt, jest to wtedy już działaniem autoobronnym naszej psychiki, naszego instynktu samozachowawczego. Świadomość jest połową sukcesu, drugą połową jest CHCĘ.

 

Obudziłem się dzisiaj raniutko, skoro świt, czyli jak zwykle około godziny jedenastej przed południem. Przetarłem oczy, przeciągnąłem się i czuję, że chyba moja szara komóreczka jeszcze sobie smacznie śpi. Z doświadczenia wiem, że w takich przypadkach nie powinno się drapać w głowę ani nastawiać głośno radia. Popatrzyłem więc tylko w okno, włączyłem pilotem telewizor, wyłączając głos i zacząłem oglądać jakiś program. Nie wiem co to było, ale jakiś pan wyszedł na mównicę i z wielkim przejęciem próbował przekonać, a może wytłumaczyć coś pustej sali, w kącie której snem sprawiedliwego, spał sobie nikomu nie przeszkadzający zmęczony jegomość. Co pewien czas kamera pokazywała jak nieszczęśnik opędzał się ręką od natrętnej muchy, której chyba pomyliły się pory roku i zamiast spać zakłócała tylko spokój innym. Pan na mównicy trzymając jedną rękę w kieszeni, widocznie miał ku temu ważny powód, drugą kreślił jakieś esy w powietrzu , to znowu machał nią z góry na dół lub może odwrotnie, nie wiem. Po chwili wzniósł wzrok ku górze, wyciągnął rękę do pustej sali i palcem wskazującym pokazywał na coś, lub na kogoś komu chyba chciał wydłubać oko. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Po pewnym czasie, jego bezbarwna twarz zmieniła diametralnie swój wygląd wykazując niesamowite podniecenie. Zacząłem zastanawiać się dlaczego on tej drugiej ręki nie wyjmuje z kieszeni? Czy ma to jakieś powiązanie z jego stanem psychicznego rozbudzenia? Gdy oto nagle zaczął walić pięścią w zupełnie niewinną mównicę. To mnie zastanowiło. Co mu zawiniła biedna mównica, że tak się nad nią znęca? I nie wiem, czy to ja mam taką siłę telepatyczną, czy też ów krasomówca skonstatował, że może go ktoś obserwować, bo się nagle uśmiechnął, pogroził dobrodusznie palcem, wzniósł oczy do nieba i wyciągnął ręce do góry jak Piotr Skarga na obrazie Jana Matejki. Do czegoś widocznie musiał się odwoływać lub prosił o grom z jasnego nieba. Tego, niestety, nie wiem, ale tym gestem tak mnie rozbawił, że zacząłem się głośno śmiać. W całym rozbawieniu nie zauważyłem jednak, że od dłuższego czasu przygląda mi się stojąca obok moja mała szara komóreczka.

W pewnej chwili usłyszałem ........ no i z czego się śmiejesz? Sam z siebie się śmiejesz! Przecież ty jesteś dokładnie taki sam. Nic dodać, nic ująć. Czy próbowałeś kiedykolwiek popatrzeć na siebie co wyprawiasz rozmawiając z innymi, a raczej z samym sobą, bo przecież nikomu nie dajesz dojść do głosu.

Pytacie, skąd biorę tematy do moich postów?

Nie będę pisał tego, że siadam...biorę....... myślę ...... klikam itd. itp. Przyjmijmy, że mamy to już za sobą. Powiedzmy że chcę napisać coś o moim maleństwie, mojej szarej komórce. Wiadomo już powszechnie, że jest drobniutka, z dużą główką, rozrabia i czasami pozwala mi się zbłaźnić. To już norma, a przynajmniej ja do tego już przywykłem. Szukając tematu, zajrzałem do księgi cytatów. Znalazłem tam coś takiego, cytuję:.. Całowanie w rękę nagiej kobiety jest stratą czasu (Jerzy Leszczyński). Jak rozwinąć ten temat, skądinąd fascynujący, i jeszcze do fabułki wpleść moje maleństwo. Sprawa po prostu tak karkołomna, że wydaje się wręcz aż niemożliwa. A jednak spróbowałem i zobaczcie co z tego wyszło....

UWAGA!!! To, co zamieściłem poniżej czytacie absolutnie na własne ryzyko. Ja za to żadnej odpowiedzialności na siebie nie biorę!!!!!!!

Na temat, czym przede wszystkim kierują się mężczyźni a czym kobiety, gdy na resztę życia szukają sobie drugich połówek już pisałem i to dość dużo. Uważam jednak, że temat jest na tyle ważny, iż warto go co pewien czas co nieco odkurzyć i ukazać z ciut innej strony. Tym razem poruszę go tylko w zakresie, zakodowanych w nas w tym kierunku, podstawowych zachowań, tzn. takich, z których nie do końca zdajemy sobie nawet sprawę.

Czego więc szuka kobieta w mężczyźnie, co w jej podświadomości, podkreślam podświadomości, decyduje, że wybiera właśnie tego a nie innego?

Wydaje mi się, że jest to dość proste. Mężczyzna kobiecie musi przede wszystkim czymś zaimponować. Może to być intelekt, prezentowana kultura osobista, pozycja społeczna ... etc. Uroda jak również erotyka jest na tym etapie sprawą drugoplanową. A więc gdy już go zauważy i zapamięta na dłużej, zaczyna w swojej wyobraźni tworzyć jego piękny, męski obraz dopisując mu jednocześnie wiele wymarzonych przez siebie cech. Przy czym im dłużej i częściej myśli o nim, tym bardziej zaczyna w to wszystko wierzyć. Na tym etapie „motylki w brzuchu” są już tylko podsumowaniem tego wszystkiego.

Opiera to na tym, że przecież dał jej kwiatek, że prawił miłe komplementy, że zaprosił na romantyczny spacer, bo ładnie mówi, bo jest zadbany i używa dobrej wody kolońskiej ...itd. itp. W tym momencie zaczyna się już nim fascynować, częściej przywoływać go do swojej wyobraźni. Zaczyna też wierzyć, że oto właśnie spotkała marzenie swojego życia i może mu spokojnie zawierzyć swoją przyszłość. Pod wpływem owej fascynacji nazywa go swoją wielką miłością i od tego momentu jej myśli praktycznie są już wypełnione jego osobą.

A mężczyzna, co nim kieruje gdy patrzy na kobietę?