"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

"...myślę, więc jestem..."....czyli....przypowieści leniwego filozofa....

Któregoś dnia, idąc po wodę do strumienia spotkałem, chociaż trudno to nazwać spotkaniem, właściwie to potknąłem się o śpiącego pod krzewem leniwego filozofa. Spoza krzewu wystawały tylko stopy i one właśnie były powodem całego zdarzenia.

Wybudzony ze słodkiego, sennego niebytu staruszek usiadł, przetarł zaspane, prawie niewidoczne spod spadających na twarz długich siwych włosów, oczy. Po czym, wielce zdziwiony zapytał:

- A w czym to przeszkadzały ci moje nogi, że musiałeś właśnie o nie się potknąć?

- Mistrzu – odpowiedziałem – przepraszam, ale byłem tak zamyślony, że nie zauważyłem wystających zza krzewu twoich sandałów. Poza tym, nigdy wcześniej ich tu nie było a tę ścieżkę znam już na pamięć, mogłem więc pozwolić sobie na luksus zamyślenia na pustej ścieżce. Wszak właśnie tutaj sam często przemyśliwujesz dochodząc do zaskakujących, niecodziennych wniosków?

Starzec widocznie rozbudził się już zupełnie, bo popatrzył na mnie dobrotliwie, potem podrapał się w głowę, westchnął i rzekł:

– Przepraszam ciebie, ale gdy kładłem się moje nogi nie wystawały spoza krzewu. Widocznie stało się to gdy spałem. Zwrócę im na to uwagę - zażartował. Ale mówiłeś coś o swoim głębokim zamyśleniu? Powiedz więc, co ciebie gnębi, a może uda mi się pomóc w rozwiązaniu twoich problemów?

piątek, 06 listopad 2015 12:57

Demagogia czyli ... boso ale w ostrogach.

Któregoś dnia słuchając I programu PR usłyszałem dość dziwną wypowiedź w której ktoś bardzo przekonywująco tłumaczył dlaczego nie powinno się kupować sztucznych choinek. W pierwszym momencie nawet mnie przekonał. Była mowa o olbrzymim zagrożeniu jakim są one dla środowiska, bo rozkładają się mnóstwo lat /setki lub tysiące/ tworząc jego degradację, zaś spalane zatruwają powietrze itd. Wszystko to prawda ale nie do końca. Sztuczne choinki kupuje się raz na ileś tam lat i do tego tylko jeden raz w roku. Teraz popatrzmy na przemilczany problem wyrobów plastykowych. Torby jednorazowe, reklamowe, worki jako opakowania zbiorcze, pudełka, zabawki, butelki....etc. Dopiero tu znajdujemy wielkie zagrożenie dla środowiska. Kupowane i wyrzucane codziennie, co się z nimi dzieje? Wiem, część z nich idzie do powtórnego przetworzenia, ale tylko część. A co z resztą takich śmieci? Zagrożenie, i tu i tu nazywa się tak samo, tylko jego procent w obu przypadkach jest zupełnie inny. I wydaje mi się, że dzisiaj prawie wszystko co wnosi ze sobą cywilizacja jest zagrożeniem, do nas należy wybór tych najmniejszych. W najlepszym przypadku wkłada się wszystko do jednego worka wystawiając taką samą ocenę. Czy to nie demagogia?

.....

Oglądam słucham tego co przekazują nam media i cholera zaczyna mnie już powoli nosić. Coraz częściej usiłuje się nam wciskać różne bzdury jako niepodważalne fakty, dokumentując to wszystko wyjętymi z szerszego kontekstu szczegółami wypaczającymi całą prawdę. Z drugiej strony, dzieje się to przecież od kilkudziesięciu lat i powinienem już przywyknąć do takiego stanu rzeczy. Kurcze, staram się zobojętnieć, ale jakoś mi to nie wychodzi. Wiem, taki sposób budowania w narodzie miłości do jedynie słusznej drogi i do jedynie słusznych prawd znamy z nie tak odległej historii. Tym razem mamy powtórkę z rozrywki, chociaż z małą zmianą w treści podmiotowej. Bo nie chodzi o miłość do..., ale o nienawiść do tego samego zresztą. Wtedy się ogłupiało, tym razem też jest nie inaczej. Czasami nawet dochodzę do wniosku, że bez demagogii, to chyba świat dzisiaj nie mógłby istnieć. Jak sami twierdzą wszystkie cele są słuszne i uczciwe. Czy na pewno? Przypatrzmy się temu bliżej.

poniedziałek, 26 październik 2015 11:36

Komunikat dotyczący Święta Zmarlych....

Cogito ergo sum....?

„...myślę, więc jestem...”.....czyli....przypowieści leniwego filozofa....

zamiast przypowieści krótki komunikat.

Otóż, w związku z najbliższymi dniami związanymi z nostalgicznym podejściem do mijającego nas życia, mój przyjaciel z dziupli, stwierdził , że nie odezwie się w tych dniach ani słowem, albowiem w tym czasie, oprócz zasłużonego snu, będzie kontemplować i korygować, w ciszy spadających liści rozrzucanych lekkim powiewem wiatru, znane i nieznane prawdy dotyczące istnienia wszechświata oraz też rozmyślać o marnościach żywota ludzkiego.

To jest jego wersja.

A ja, na ile go znam to wiem, że będzie chrapał aż będzie dudniło, bo to bardzo kocha i koniecznie musi odespać straszny wysiłek włożony w myślenie w ostatnich dniach. Przy okazji mam nadzieję zmniejszy trochę swój wielki brzuch którego dorobił się, powodowany szczególnym łakomstwem będąc rozpieszczanym przez życzliwych mu ludzi. A że lenistwo jest jego przywarą wrodzoną, przekazywaną z ojca na syna, nie zada w ten sposób gwałtu swojej naturze.

Prosił poza tym, abym przekazał, iż po tak pracowitym okresie uda się na zasłużony kontemplacyjny odpoczynek ku pokrzepieniu ciała oraz odbudowania równowagi duchowej.

Mam nadzieję, że mu się to uda albowiem faktem jest, że pełen brzuch przeszkadza w studiowaniu – plenus venter non studet libenter

...i to jest niepodważalna prawda.

(...kurcze blade, wcale nie wyszedł taki krótki, ten komunikat ....)

....tym niemniej z wielkim poważaniem – Koszmarek

W audycji czterech pór roku programu pierwszego Polskiego Radia któregoś dnia usłyszałem temat dnia rzucony w eter do tzw. dyskusji, a mianowicie ...

Jakie pytania powinniśmy zadać naszym partnerom przed podjęciem decyzji o wejściu z nim (lub z nią) w związek małżeński aby potem, w decydującej dla nas chwili móc spokojnie wypowiedzieć swoje sakramentalne TAK?

Moim zdaniem takie pytania jeżeli mają dotyczyć naszego charakteru nie mają racji bytu, ponieważ chyba nikt nie przyzna się tak wprost do swoich skrzętnie ukrywanych wad. W przeciwnym przypadku takie pytanie w dużym uproszczeniu brzmiałoby ... kochanie, powiedz co przede mną ukrywasz, czym przykrym mnie po ślubie zaskoczysz lub też czego złego mogę w przyszłości od ciebie oczekiwać? Rozumiem, że podstawą związku małżeńskiego jest miłość a więc oddanie, ufność i szczerość. Ale czy tak bywa często, świadomie nie pytam czy tak jest, bo w takiej sytuacji narzuca się od razu pytanie, skąd bierze się tyle nieszczęśliwych małżeństw? Czyżby tylu ludzi wcześniej nie zadawało sobie takich właśnie pytań? Niestety, to wszystko wygląda zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażamy.

Zauroczenie połączone z pożądaniem potocznie nazywamy miłością i jakże często na tej podstawie podejmujemy ważne decyzje uważając, że wszystko się w życiu ułoży, że jakoś tam będzie bo on ... bo ona ...itd. I chociaż zupełnie szczerych rozmów nie ma (one tylko czasami bywają) to powinniśmy jednak starać się wyczuć kiedyś taki moment i próbować w miarę dużo rozmawiać ze sobą nawzajem, o swoim życiu, o najskrytszych marzeniach, o naszych oczekiwaniach, o tym co my chcemy dać, co chcielibyśmy wspólnie stworzyć, jak widzimy naszą przyszłość itd. Powinniśmy to robić z wielkim wyczuciem chwili, pobudzając do szczerości, w momentach zupełnego wyluzowania i nie wszystko od razu. A potem jeszcze w trakcie narzeczeństwa, pomieszkać razem, poprowadzić wspólne gospodarstwo przez jakiś okres, powiedzmy rok. To wcale nie jest długo i żadnych poważnych zasad tu nie łamiemy. Przecież olbrzymia większość i tak to czyni dużo wcześniej, tyle że z tzw. doskoku i w ukryciu.

sobota, 10 październik 2015 11:39

Kochać - jak to łatwo powiedzieć......

Na stronach Koszmarka można znaleźć wiele moich, zaznaczam bardzo subiektywnych wypowiedzi na ten temat. Nie jestem znawcą tego tematu, nie mogę więc wypowiadać się autorytatywnie. Mogę jednak popatrzeć na to zjawisko z punktu widzenia przeciętnego człowieka.

Zacznijmy więc od tego jak i dlaczego wyposażyła nas matka natura. Podobnie do wszystkich innych stworzeń na ziemi mamy w sobie zaprogramowany podstawowy odruch podtrzymania gatunku. Właściwie to niczym nie różni się on od podstawowych cech innych stworzeń. Kobiety mają biologiczną potrzebę wyglądania atrakcyjnie, im bardziej tym lepiej. W ten sposób zwracają na siebie uwagę mężczyzn, którzy z kolei mają biologicznie zaprogramowany samczy odruch ich „zdobywania”. W konsekwencji z natury rzeczy starają się latać z „kwiatka na kwiatek” i …..

Jednak aby zbytnio nie rozgrzeszać nadużywania tych biologicznych cech dostaliśmy również tzw. rozumy czyli szare komórki i w ten sposób została przywrócona pewna równowaga. Jednak czy na pewno? To pytanie pozostawia w sobie dużo niedopowiedzeń. Bowiem każdy z nas jest w mniejszym lub większym procencie różny od pozostałych. Nasze światy (czyt. charaktery) różnią się od siebie jak przysłowiowe odciski palców. Świadomość tego zjawiska, a więc zrozumienie tych zależności pozwala nam na tworzenie wspólnych światów, w których usiłujemy co prawda z różnym skutkiem, tym niemniej staramy się jednak tworzyć wspólną płaszczyznę porozumienia w zakładanych związkach.

Miłość, rozumiana potocznie, jest tylko biologicznie buzującą w nas chemią i po pewnym czasie przemija pozostawiając po sobie mniejszy lub większy niesmak i żal za tzw. „straconym” czasem.

środa, 30 wrzesień 2015 10:04

Jak to jest z tymi uogólnieniami?

Bardzo często, bazując na kilku naszych smutnych doświadczeniach, najpierw budujemy uogólnienia, potem wyciągamy z nich wnioski, by na koniec stwierdzić, że wszyscy są tacy sami, że świat jest podły a życie jest do bani. Zastanawiam się skąd się to bierze? Przecież potrafimy myśleć logicznie, postrzegać różnice między dobrem a złem, wyczuwać subtelności różnych zachowań ludzkich. Wydaje mi się, że cały problem tkwi w naszych emocjach a właściwie w kierowaniu się nimi przy ocenie sytuacji czy też ludzi. Emocje powinny powoli narastać i wyzwalać się w finalnym momencie, powinny być efektem jakiegoś działania a nie powodem do niego, punktem wyjścia. Wszyscy wiemy, że emocje są złym doradcą, dlaczego więc tak często dajemy się im ponieść, odsuwając rozsądek, logikę spokojnego myślenia na dalszy plan? Ktoś powie, że nie można podchodzić do życia, do różnych sytuacji życiowych z zimnym wyrachowaniem. Oczywiście że tak, bo byłoby to przegięcie w drugą stronę dające w efekcie równie złe rozwiązania. Jednak powinniśmy nad wszystkim spokojnie panować, a przynajmniej starać się, być tego świadomym. I jeżeli pomimo wszystko damy się ponieść naszym emocjom, to cały żal za nieudane zdarzenie pozostawmy sobie i nie odbijajmy tego na bliskich, na naszym otoczeniu.

Często olbrzymią pułapką jest nasze rozżalenie na kogoś, na coś, na jakąś sytuację która nas spotkała. Mówimy wtedy, że życie nam dokopało, że cały świat jest przeciw nam. Uogólniamy. Nie dodajemy tylko, że to jest nas własny świat, świat naszych uczuć, świat naszego brutalnie potraktowanego wewnętrznego Ja. Świat, który jest wewnętrznie zamknięty w naszych emocjach, w naszych charakterach, który w swojej ocenie ma niewiele wspólnego z pozostałymi ludźmi, ze światem zewnętrznym.

Kobiety według mnie, w swojej podstawowej postaci, są apoteozą miłości. Ale jak wszystko na świecie, one też są różne. Niektóre są kobietami tylko z racji swojej płci . Cóż, jak się okazuje, natura i tutaj nie zawsze bywa doskonała. Jednak dla mnie, kobieta ma w sobie coś nadludzkiego. Daje życie, potem je kształtuje, nie zważając na ponoszone przy tym straty, przesuwając jednocześnie swoje potrzeby, swoje niespełnione marzenia na dalszy plan. W przypadku mężczyzny, którego kocha, często postępuje bardzo podobnie. Odnajduje swoje szczęście w szczęściu ukochanego człowieka. I nie zgodzę się z tym, że są to wyjątki które potwierdzają regułę iż jest inaczej. Po prostu, my tego na co dzień nie widzimy, bo nikt o tym nie mówi głośno, bo nie są to kobiety z „gatunku” tzw. przebojowych. Na pytanie, czy znam takie kobiety, odpowiem tak; oczywiście że znam, inaczej nie pisałbym o tym w ten sposób. Powiem więcej, uważam, że olbrzymia większość kobiet jest właśnie taka, tylko chowają to w sobie bardzo głęboko, bo nie jest to dzisiaj, przepraszam, „trendy”. Z określeniem „anioła”, nie do końca bym się zgodził, bo prawdą jest, że kobieta ma w sobie, co prawda coś boskiego, ale jednocześnie naturalnie ludzkiego. Boskiego – o tym pisałem wcześniej, naturalnie ludzkiego, bo ma swoje wady, swoje humorki a czasami brak zrozumienia smutnej rzeczywistości wokół nas, co stawia ją na równi z innymi śmiertelnikami. Określenie „anioł”, stawiałoby ją na piedestale ideału, zaś coś boskiego, wbrew pozorom, dodaje jej tylko jedną z cech ideału. W jednym się zgadzam, jak anioł stoi na straży ogniska domowego. Co prawda nie zawsze i nie każda, ale mówimy tu o kobietach z krwi i kości, no i może troszeczkę na pograniczu naszych marzeń.

wtorek, 15 wrzesień 2015 08:49

Dorośli to przeterminowane dzieci ....

 

"myślę więc jestem....."

Dzisiaj nie budziłem leniwego staruszka. Niech sobie pośpi, może mu przyśni się coś nowego? Coś, co będzie mógł znowu nam opowiedzieć. Przyjemnie jest patrzeć gdy tak spokojnie śpi. Widocznie nie ma wokół żadnego zagrożenia. A może jest on za bardzo ufny, może go jeszcze nie spotkało nic złego, że tak spokojnie jak dziecko śpi pod swoim drzewem? Nie, wydaje mi się jednak, że staruszek rozmawia we śnie ze Stwórcą Wszystkiego i mam nadzieję, że po takiej rozmowie wróci do nas i znowu nam coś będzie chciał przekazać.

Myśli ciężko zamknąć w sobie, nawet gdy śpimy to też tworzą one jakiś obraz, jakąś wizję którą potem, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, próbujemy wcielić w życie mówiąc, że przyszedł nam do głowy jakiś pomysł. Dziecko to przecież robi od momentu gdy zaczyna, na swój sposób, logicznie myśleć. A kim my jesteśmy, my dorośli ludzie? Odpowiem słowami Simone de Beauvoir’a .. ”..kto to jest dorosły człowiek? Dziecko z bagażem lat...” Pominę podtekst płynący z cytatu ale jest tu jeszcze coś na co chciałbym zwrócić uwagę.