"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

W czym między innymi tkwi tajemnica chęci zawierania związków małżeńskich?

 Jeżeli spokojnie, bez niepotrzebnych emocji zastanowimy się nad odpowiedzią, to znajdziemy powody dla których wybraliśmy właśnie tę osobę a nie inną i dlaczego właśnie w tym momencie a nie innym. Nierzadko może to być odpowiedź wskazująca nam czym przede wszystkim kierujemy się w takich momentach. A więc zauroczeniem (wygląd, poziom, subtelność i zbudowana na tych podstawach nasza wizja ) oraz pożądaniem (erotyka w szerokim tego określenia pojęciu - bardzo silny bodziec szczególnie w młodym wieku ) , które działając jak najsilniejszy narkotyk nierzadko bardzo skutecznie dominują, zagłuszają w nas głos resztek  rozsądku. Budowany na takiej płaszczyźnie obraz partnera lub partnerki jest obrazem wyimaginowanym a nie rzeczywistym. Idealizujemy go starając się nie dostrzegać tych cech, które nam przeszkadzają, po prostu je lekceważąc. Po jakimś czasie, będąc już w związku małżeńskim, bardzo rozczarowani odkrywającą się przed nami smutną prawdą zadajemy sobie pytanie .. gdzie miałam wtedy oczy? I refleksja, którą powtarzamy innym jak mantrę ... dziewczyno, przyjrzyj się mu lepiej, poznaj jego skrywaną skrzętnie stronę, bo każdy z ludzi taką posiada i dopiero wtedy ewentualnie decyduj się na małżeństwo.

Obserwując siebie i otoczenie można spokojnie stwierdzić, że najczęściej decyzja zawarcia związku jest decyzją spontaniczną, tak jak prawie wszystko co robi się w wieku dojrzewania. Bo dojrzałość, moim zdaniem, to nie ukończenie umownego minimum lat.Uzyskuje się ją dopiero po przeprowadzeniu z życiem przynajmniej kilku bitew, które nierzadko boleśnie uczulają nas potem na to, co może jeszcze spotkać nas i naszych bliskich. W niedojrzałym więc świetle ale pełni wiary zaczynamy budować dom nie mając do tego żadnego przygotowania, bo to wyniesione z domu często jest albo po prostu złe, albo też tylko szczątkowe. Może i uczy nas jak gotować, przygotować przetwory czy sprzątać, jednak najważniejszych rzeczy tj. jak postępować w chwilach kryzysu, jak panować nad sobą, jak wyciszać niepotrzebne emocje bliskich czy chociażby w jaki sposób spowodować aby domownicy wchodząc do domu pozostawiali swoje emocje za drzwiami. Niestety, tego nikt nas, oprócz życia, nie nauczy. Na pytanie  jak więc rozwiązać ten węzeł gordyjski odpowiem tak, najprościej to przeżyć ze sobą w jednym mieszkaniu przynajmniej rok traktując to jak szkołę małżeńskiego przetrwania a potem, po upewnieniu się, że znamy się już prawie jak przysłowiowe łyse konie, ukoronować to zawarciem związku i powiększeniem rodziny. Kierowanie się tylko ciepłymi słówkami z reguły do niczego dobrego nie prowadzi. Słowa są ulotne i wygłaszamy je pod wpływem chwili. Czyny, codzienność nie zawsze kolorowa odziera nas z bajkowego wizerunku jakim staramy się w podobnych sytuacjach otaczać. W innym przypadku dojdziemy do od dawna panującego smutnego przeświadczenia, że jakoś tam będzie. Tylko czy warto zakładać rodzinę na bazie tej zasady? Czasami obserwując innych dochodzę do smutnego wniosku, że najdłuższą drogą na tym świecie jest droga do własnego rozumu. Jedną z przeszkód na niej, jest niezrozumiałe dla mnie przeświadczenie, że jeżeli nie mogę zmienić czegoś w całości to po co się za to brać? Uważam, że gdy uda się chociaż troszeczkę w jakiś sposób wyrównać kamienistą drogę naszego życia tak, aby wędrowanie po niej mniej nas bolało, to już warto to zrobić.

I coś jeszcze, dla tych którym wiara ich zdaniem, nie pozwala na wspólne pożycie przed ślubem. Czy większym grzechem jest sprawdzanie siebie przez jakiś czas aby później żyć zgodnie z przykazaniami, czy skakać głową w dół w nieznane tylko dlatego, że nam się podoba i pociąga, a potem męczyć się mieszając łzy z żalem i nienawiścią? I jaką miłość, jakie wzorce otrzyma od nas dziecko w momencie gdy będzie tego najbardziej potrzebowało? Oczywiście są również, i to wiele, związki szczęśliwe, zawierane pod wpływem ślepych uczuć. Są to jednak, moim zdaniem, wygrane w życiowego totolotka. Możliwości rozwiązań jest wiele i w każdym przypadku szczegóły mogą być różne, tak jak każdy człowiek jest inny. Ja spróbowałem tylko podać formę zmniejszającą element ryzyka. Życie nie jest bajką, ale też nie musi być dla nas piekłem. Każdy jest kowalem własnego losu, przynajmniej w jakiejś jego części. Człowiek jest nad podziw wytrzymałym tworem i jakoś poradzi sobie w takich sytuacjach, tylko czy naprawdę warto się męczyć? 

środa, 25 maj 2016 14:26

Związek małżeński .......

Wiele z problemów poruszanych na łamach Koszmarka przeżyłem osobiście. Nauczyły mnie więcej niż można by się było tego spodziewać. Teraz czasami zdarza mi się, że jakieś nie znane mi bliżej osoby, które chciałyby się "nauczyć pływać", bo są samotne, bo mają kłopoty życiowe, bo coś je spotkało i nie wiedzą jak sobie z tym poradzić, a może nawet i wiedzą tylko nie są tego pewne, a więc że takie osoby szukając kogoś, kto chciałby je wysłuchać trafiają na koszmarkową stronę. Po pewnym czasie okazuje się, że niektóre z nich nabierają pewności siebie i wiedzą już jaką mają iść drogą, bo coś do nich dotarło, bo coś zrozumiały, na przykład że o miłość trzeba "walczyć" a dokładniej, trzeba ją pielęgnować jak piękne kwiaty w ogrodach ludzkich uczuć, bo inaczej zwiędną. Bo przecież miłość rodzi miłość, chociaż oczywiście też nie zawsze tak jest. Wiadomo, jak to w życiu. W nim niczego nie można zaniedbać, niczego nie można zlekceważyć i co najważniejsze, niczego nie możemy być do końca pewni.

W związkach zaś coś takiego jak tzw. "obowiązek małżeński" nie ma prawa funkcjonować, bo jeżeli zaczynamy to traktować w ten sposób, to powoli zabijamy cudowność tego, co w sobie kryje, czego dotyczy. Nikt nie jest własnością drugiego człowieka nawet jeżeli podpisał akt małżeński. Taki dokument jest tylko usankcjonowaniem prawnym, ale nie uczuciowym. Każdy człowiek jest psychicznie wolny. W tej materii nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek przymusu. Jestem bo chcę i dlatego właśnie jestem szczęśliwy. Związek mnie nie krępuje, bo dzięki niemu nie szukam nikogo więcej, bo spełniam się w tej jednej, jedynej osobie, bo nauczyłem się z nią nawzajem siebie rozumieć i dzięki temu oboje czujemy się bezpieczni i spełnieni.

Jednak nie można ani na chwilę zapominać, że swój związek budujemy przez całe życie. Każdego dnia wzmacniamy jego fundamenty i wymieniamy zmurszałe części ścian, które nas chronią przed grożącymi nam niebezpieczeństwami.

Spytał mnie kiedyś pewien dostojnik, starcze, żyjesz już bardzo długo, powiedz mi, po co w ogóle żyjemy, daj mi chociaż jeden dowód sensu naszego istnienia. Odparłem tedy.

Odpowiedz proszę, na takie pytanie – czy spotkałeś w życiu radość, czy masz żonę, potomstwo ? Tak, odparł zdziwiony, że pytam go o takie drobiazgi w porównaniu do jego wątpliwości. Odpowiedziałeś właśnie na swoje pytanie. Czy to Ci nie wystarczy? Nie - odrzekł. Przecież ty nie masz żony , potomstwa i nigdy nie widziałem ciebie radosnego. Czy zastanawiałeś nad sensem swojego istnienia? Tak, odrzekłem, bo inaczej kto odpowiadałby na takie pytania, mógłbyś wtedy nie wiedzieć po co żyjesz.

Co rzekłszy, zasnąłem spokojnie, gdyż owe myślenie okrutnie mnie wyczerpało.

Duo cum faciunt idem, non est idem - gdy dwaj robią to samo, to nie jest to samo.

czwartek, 05 maj 2016 16:07

Media i ................... manipulacja.

Manipulacja tak w mediach jak również w polityce jest jasna. Pomijam tzw. manipulację nieświadomą, będącą coraz rzadszym zjawiskiem a polegającą na przekazywaniu ocen uznawanych za jedynie słuszne, wypowiedzi niekompetentnie wyjmowanych z ważnego dla nich kontekstu czy też przytaczaniu opinii, które odpowiadają świadomości poszczególnych dziennikarzy. Na takie informacje biorę zawsze poprawkę i staram się sprawdzić co mówią inni. Czy w ten sposób zawsze odnajduję prawdę? Oczywiście nie zawsze, często dopiero po jakimś czasie okazuje się, że wyglądało to jeszcze inaczej. Gorzej, że coraz częściej spotykamy się z manipulacją zamierzoną.

 

Trudno jednak do wszystkiego podchodzić z zupełnym brakiem zaufania. Media dzisiaj, to nie tylko ukryta czwarta władza, to przede wszystkim wielki biznes oparty na bazie przekazywanych w odpowiednich formach informacji i wykorzystujący je do swoich partykularnych celów. I nie ma co się dziwić, że coraz częściej odbiegają od ideału. Nigdy biznes, pomimo haseł, nie był uczciwy, obiektywny, przekazujący całą prawdę. Zawsze będzie kierował się przede wszystkim własnym, jak największym, zyskiem. I tu się zapętlamy. Pozostaje więc tylko spokojne śledzenie zdarzeń, wyciąganie wniosków z tego co się wokół nas dzieje i pozostawienie emocji na mniej ważne sprawy, bo one tutaj nam na pewno nie pomogą. Musimy sobie uświadomić, że nikt nam wszystkiego zupełnie szczerze i bezinteresownie nie przekaże. Właśnie umiejętność manipulowania jest warunkiem do powiększania dodatkowych zysków właścicieli mediów.

środa, 27 kwiecień 2016 22:42

Nostalgiczne, smutne refleksje ...

Tym razem zamieszczam tekst mojej ukochanej ballady. Jej tytuł - „Pieśń o czekaniu”. Autorem i kompozytorem jej jest Grzegorz Tomczak. Kiedyś udało mi się nagrać ją na dyktafon, a potem spisałem tekst. Nagranie było fatalnej jakości i po kilku odtworzeniach nie do użycia. Dlaczego akurat ta ballada? Dlaczego akurat dzisiaj? Dopadły mnie refleksje, takie głębsze, ale nie dołujące. Refleksje o przemijaniu wszystkiego, o umowności piękna i brzydoty, dobra i zła i w końcu o ułomności odbioru przez nas życia, postrzegania i oceny tego, co ono nam daje na co dzień, w czym nas umiejscawia.

Tekst tej ballady obnaża nas ukazując nasze wnętrza, do których zaglądamy tylko wtedy gdy jesteśmy sami, niewidziani przez nikogo, gdy kręci się nam w oku łza wspomnień a w sercu robi się tak jakoś dziwnie słodko. Właśnie ta ulotność chwili, a właściwie zrozumienie jej, zmusza do zastanowienia się nad sobą, nad tym co możemy jeszcze zrobić w życiu i czego nie możemy stracić. Na temat tego tekstu można by napisać pracę magisterską, ale nie o to mi chodzi. Sami go zresztą przeczytajcie go spokojnie i powoli. Spróbujcie go czytać tak, jak gdyby to były Wasze myśli, Wasze wspomnienia. Wczujcie się w niego, to nie jest zwykły tekst, to tekst o nas. O mnie, o Tobie i wielu, wielu innych mijających nas na ulicy, zamyślonych, zagubionych, zestresowanych. Zastanówcie się więc spokojnie a może uda się Wam zrozumieć, że nie możecie marnować więcej drogocennych chwil skazując swoje marzenia te większe i te mniejsze, na banicję.

Narodzeni tyle razy,

W stu kołyskach wychowani,

Na dzień nowy, noc spokojną

Wciąż czekamy i czekamy.

 .

Urodzeni tyle razy,

Że już lata nam się plączą,

Podliczamy nasze winy

Kreśląc papier ręką drżącą.

 .

Ośmieszeni tyle razy,

Że już śmiech nam nie przystoi,

Po cichutku powtarzamy

Każde słowo które boli.

 .

Do tysięcy drzwi stukamy,

Które wczoraj wiatr zatrzasnął.

I pochodnie rozpalamy,

Które nim zaświecą, zgasną.

 .

Nazbyt wiele już zostało

Gniewnych słów wypowiedzianych,

Na wieczyste spamiętanie

Przybijemy je do ściany.

 .

I zmęczeni usiądziemy,

W oczy sobie popatrzymy

Oczekując, aż się znowu

Narodzimy, narodzimy.

 

poniedziałek, 11 kwiecień 2016 21:04

Uchodźcy i .... pytanie?

Uchodźcy i pytanie, czy źródło tego zamieszania z nimi nie leży przypadkiem w różnicy kultur? Różnica wyznawanych religii jest, przynajmniej moim zdaniem, tylko częścią szerzej rozumianej właśnie owych kultur narodowych. Spróbujmy więc inaczej.

Wyobraźmy sobie że to olbrzymie rzesze chrześcijan z państw europejskich ucieka do krajów, w których panuje islam. Ciekawe czy mieszkańcy tamtych krajów przeszliby do porządku dziennego nad tym, co niosą ze sobą nasze kultury, nasze zwyczaje? Czy nasze swobodne, dość luźne często też niewybredne poglądy na modę, sposób życia, noszenia się na co dzień, na traktowania siebie nawzajem nie stałby się zarzewiem do walk z napływem tzw. europejskich „uchodźców”? A jeszcze gdybyśmy przy tym chcieli aby szanowano nasze prawo kulturowe i zaczęto powszechnie zachowywać się zgodnie z nim, to co by się stało? Prawdopodobnie dokładnie to samo, co dzieje się dzisiaj z muzułmanami w europejskich krajach. Chociaż wydaje się mi, że jednak byłoby, dużo, dużo gorzej. Bo my przynajmniej staramy się uszanować ich zasady ale oni naszych już nie koniecznie. A przecież to oni są gośćmi u nas. I w tym, moim zdaniem, tkwi sedno problemu.

Litować się nad biedą i ludzkim nieszczęściem, oczywiście w miarę możliwości, można a nawet trzeba jednak nie powinno się przy tym niszczyć samego siebie, własnej kultury, niszczyć własnego narodu. Chcecie pomagać uchodźcom ze wschodu, zbierajcie pieniądze w całej Unii i nie tylko i wysyłajcie je do nich, ale nie róbcie światowego śmietnika kultur, które powstały i istniały od wieków, każda w swoim miejscu, w zgodzie z naturą i własną utworzoną między innymi, na bazie uznawanych religii, narodową kulturą.

Terroryzm to już zupełnie inna sprawa, nie wynikająca z głoszonych zasad religijnych ale posługująca się nimi jako narzędziem ogłupiającym ludzi. Jeżeli nie da się tego w jakiś sposób powstrzymać to czarno widzę naszą przyszłość. Chociaż w szczęśliwe rozwiązanie tego problemu przestaję powoli wierzyć. Potrzeba by tu mnóstwa dobrej woli i zdrowego rozsądku, a tego jak widać dzisiaj brak. Czyżby miałby to być koniec porządku ziemskiego świata a początek nieopisanego chaosu spychającego świat ku samozagładzie? Oby nie, oby nie…..

Taki jest, mój, oczywiście bardzo osobisty, punkt widzenia....

 

piątek, 01 kwiecień 2016 11:37

W starym kinie ...

Żyć tylko wspomnieniami to jak być w wiecznej śpiączce.

Każdy z nas ma swoje stare kino. Od czasu do czasu zachodzimy do niego i zależnie od wyboru czy nastroju oglądamy odłożone na półkę mniej lub bardziej zakurzone filmy wspomnień cofając w ten sposób szybko mijający czas. Archiwa tych materiałów odłożone na półki z czasem starzeją się, o niektórych nawet coraz częściej zapominamy. Gdy więc po jakimś czasie staramy się do nich wrócić i zdejmujemy z tych mocno zakurzonych półek to okazuje się, że jakość ich często jest już trudna do dokładnego odtworzenia. Pojawiają się wtedy różne wątpliwości dotyczące wielu istotnych szczegółów.

Nierzadko zdarza się, że oglądając coś, co kiedyś budziło w nas subiektywnie negatywne emocje, dzisiaj postrzegamy w zupełnie innym, często wręcz nawet pozytywnym świetle. Dziwmy się wtedy, że daliśmy się ponieść naszemu EGO, że nie potrafiliśmy popatrzeć na to innym, spokojnym wzrokiem i nie krzywdzić w ten sposób kogoś, a w skutkach również i siebie.

Bywają też wspomnienia piękne, pozwalające nam na przeżywanie nostalgii ciepłej, przenoszące nas do czasów minionych dające w ten sposób chwile cichej radości nierzadko przyprawione łezką w oku. Wydaje mi się, że przede wszystkim zależy to od naszych wrażliwości i subtelności a nie od słabości, jak to niektórzy twierdzą.

Taki właśnie etap jesiennej nostalgii dopadł mnie teraz. Wchodzę więc codziennie do mojego starego kina i oglądam to, co już minęło, co zmienił czas i to, co zmieniłem sam. Reakcje są różne, zależnie od chwili czy też od grubości pokrywającego wspominane zdarzenia, kurzu. Uważam jednak, że warto co jakiś czas, podkreślam, tylko co jakiś czas, poddać się takiej wspomnieniowej transformacji w czasie i złożyć kwiaty pamięci na śladach tego, co nas kiedyś spotkało, co dawało nam wtedy tyle radości i chęci do życia.

wtorek, 29 marzec 2016 10:02

Świat myśli ....

Proponuję utworzenie nowej zakładki tematycznej pod nazwą ...świat myśli. Poruszalibyśmy tam tematy rozumienia różnych problemów postrzeganych pod różnymi kątami. Na co dzień, hołdując przyzwyczajeniom, opieramy się w swoich opiniach na otaczających nas stereotypach, będących wynikiem średniej arytmetycznej opartej na najczęściej spotykanych doświadczeniach jakiejś grupy osób.

I w tym tkwi cały problem. Bo w ten sposób wystawiamy najczęściej nasze szybkie i naszym zdaniem bezdyskusyjne, oceny sytuacji. Nie próbujemy nawet zrozumieć, że dotykające nas sytuacje i zdarzenia, są w wielu szczegółach inne od pozostałych. Jesteśmy jednym z kolorowych szkiełek w kalejdoskopie życia, które kręcąc się powoli, co chwilę zmienia nasze otoczenie, jednocześnie zmieniając nasze w nim miejsce. Każdy problem można i powinno się rozważać wychodząc z różnych punktów widzenia. Do żadnego zdarzenia nie można przypisać jednej i niepodważalnej prawdy. Dlatego dobrze byłoby nauczyć się patrzeć i oceniać własne sprawy bardzo indywidualnie, może nawet i wychodząc z ogólnego punktu ich widzenia, jednak wprowadzając poprawki na szczegóły dotyczące tylko nas. Chciałbym abyśmy nauczyli się, oceniając własne problemy, patrzeć na nie bez emocji.

Tematy mogą się powielać i dotyczyć wszystkiego, bez wyjątku. Może to pozwoli nam wreszcie zrozumieć złożoność, wydających się nam prostymi, spraw.

 

piątek, 18 marzec 2016 18:53

Czy słuchać rad innych ludzi ?

Rady rodziny i przyjaciół powinniśmy traktować jako ich sposób na rozwiązanie naszych problemów. Ich punkt widzenia, ale wcale niekoniecznie nasz. Problemów, o których wiedzą tylko tyle, ile im przekazaliśmy albo ile sami zaobserwowali najczęściej bardzo subiektywnie, pobieżnie. Mogą bowiem znać je tylko częściowo. Jest to więc ich ocena, podyktowana ich punktem widzenia, ich potrzebami, oczekiwaniami od życia, ich charakterami, ocena wynikająca z ich emocjonalnego podejścia do tematu. Na to powinniśmy brać poprawki.

Absolutnie jest to tylko ich punkt widzenia. Czy słuszny? To już zależy od nas i od tego na ile potrafimy samodzielnie myśleć próbując radzić sobie jakoś w życiu. Bo to my powinniśmy wybrać drogę, która doprowadzi do rozwiązania problemu. A więc czy słuchać rad innych?

Oczywiście tak. Powinniśmy jednak wprowadzić do nich nasze poprawki, bo to my wiemy najlepiej co tak naprawdę nas boli i dlaczego. Czasami jednak uczenie się na własnych błędach jest bardziej skuteczne niż najlepsze rady bliskich. Jednak, próbując jak najmniej zgubić z radości życia wolę, przynajmniej od czasu do czasu, uczyć się na błędach innych. Mniej boli. I chociaż jest to trudniejsze i bardziej ryzykowne. Jednak gdy się uda daje niesamowitą satysfakcję. Naplątałem? Może trochę, tym niemniej warto to przemyśleć..

Marzenia miewamy różne. Jedni mają je wielkie inni skupiają się na drobnych, ale dających niemniej radości, bo wbrew pozorom najważniejszym jest to, jak potrafimy się cieszyć z czegoś, a nie jaka jest tego waga gatunkowa. Powinniśmy jednak uważać na to o czym zaczynamy marzyć, czego pragnąć, do realizacji czego uparcie zaczynamy dążyć. Życie nas uczy, że niczego nie ma za darmo, że za wszystko musimy kiedyś zapłacić, na wszystko musimy sami „zapracować”.. Czy tak jest na pewno? Przeanalizujmy to na takim przykładzie…

...................................................................................

Małżeństwo przykładne jak wiele innych. Kochają się, no może bez szaleństwa, ale szanują się nawzajem. Powiedzmy że mają dzieci, dom, pracę i w miarę wspólne zainteresowania. Są wobec siebie wyrozumiali.

Jednak po iluś tam latach wspólnego pożycia zaczyna im czegoś brakować, coś się zdewaluowało, spowszedniało. Tzw. chemię diabli wzięli. Rutyna codziennego wspólnego pożycia, męcząca praca i wzajemne mniej lub bardziej uzasadnione podejrzenia, dały o sobie znać pozostawiając żale, delikatne znudzenie i traktowanie większości zbliżeń jako spełnianie obowiązków małżeńskich. Zamykają się w sobie. Zmęczeni związkiem, ubezwłasnowolnieni, zaczynają czuć powiększające się oddalanie swoich światów wewnętrznych. Ich intymność, będąca kiedyś napędem do wielkich uniesień, bezgranicznej miłości wzajemnej, powoli przestaje istnieć.

On zaczyna marzyć o wolności, o możliwości ustawiania swojego życia tak jak sam teraz tego pragnie, o ustawianiu swojego świata na swój własny sposób, bo uważa, że ma do tego prawo, że należy się mu to jak psu kość. Ona, pogubiona w tym wszystkim, zauważa wzajemne oddalanie się. Brak tak normalnego i szczerego kiedyś uczucia, brak ciepła okazywanego jeszcze niedawno na każdym kroku, a wreszcie chłód pożycia intymnego zmuszają ją do swoistych przemyśleń. Dochodzi do wniosku, że jej też coś się jeszcze od życia należy i zaczyna marzyć po cichu o czułym mężczyźnie, o bliskim związku bez wzajemnych zobowiązań. Żadne z nich nie chce jednak rozwodu, ale chcą coś dla siebie, każde czego innego chociaż w efekcie tego samego, ciepłego uczucia, małego szaleństwa, wzajemnego zrozumienia.