"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

Kołysanka dla dziobaków….

Już bajeczki koniec

Bajki poszły spać

W kącie usnął konik

Rano musi wstać.

Grzecznie w swym łóżeczku

Śpi pluszowy miś,

Kotek wypił mleczko

I o myszce śni.

Więc i ty swą główkę

W poduszeczkę złóż

W senną swą wędrówkę

Ruszaj z nami już.

Jest to kołysanka napisana na zakończenie sztuki dla dzieci ( ta kołysanka nie była jednak opublikowana ) "W dolinie Muminków” do której pisałem teksty i muzykę. Pierwowzorem jednak były moje dzieci, które nazywałem wtedy właśnie dziobakami.

poniedziałek, 14 listopad 2016 06:28

Leniwy filozof i wspomnienia

Cogito ergo sum......

 

Poprosiłem leniwego filozofa aby opowiedział mi coś ze swego życia. Zastanowił się chwilę, nagle poczerwieniał i po chwili odrzekł, dobrze, więc słuchaj :

- Otóż, kiedyś, mój znajomy filozof spytał Stwórcę. Panie, po coś dał mi wspomnienia? Na co Pan odrzekł krótko, po to, abyś nie popełniał dwa razy tych samych błędów, a po chwili zastanowienia dodał, tylko nie pytaj po co ci dałem rozum?

( dodam od siebie, że mój przyjaciel nigdy nie znał żadnego innego filozofa ) 

Cogito ergo sum...trudne pytania...

 

Nurtowała mnie pewna myśl i nie mogłem sobie z nią poradzić. Wybrałem się więc do staruszka, który mieszkał tuż za miasteczkiem w dziupli starego drzewa a wszyscy zwali go leniwym filozofem. Leniwym, bo bardzo lubił spać. Podchodząc do drzewa zauważyłem go, jak przeciągał się z rękami uniesionymi do góry a wiatr, z jego siwych włosów, utworzył lekką mgiełkę wokół głowy. Wyglądał tak jak gdyby wołał kogoś lub pytał o coś. Zaaferowany tym widokiem, zatrzymałem się a gdy wcale nie zwracał  na mnie uwagi, chrząknąłem. Nie było to głośne ale staruszek, o dziwo, usłyszał, a może to był tylko przypadek. Popatrzył na mnie i spytał  ..... Widzę, że coś ciebie dręczy. Powiedz, a może będę mógł ci pomóc.

niedziela, 30 październik 2016 22:04

Zazdrość i pies ogrodnika..... temat do dyskusji

Czy zastanawialiśmy się kiedykolwiek co to jest zazdrość? Najczęściej po prostu poddajemy się jej  wpływom odnosząc się do konkretnej osoby. Bywają również inne, odnoszące się do rzeczy, stanów posiadania czy też powodzenia jednak mnie interesują te dotyczące bezpośrednio nas, naszych uczuć, naszych zachowań. Tu można spokojnie troszeczkę bliżej sprecyzować czym ona jest. A więc jest to uczucie konsekwentnie traconego zaufania do kogoś, tworzącego się  na bazie naszych charakterów, stopnia wrażliwości, oczekiwań i wyobraźni oraz zachowania lub też tylko uzyskanych jakimś cudem informacji na temat domniemanego "przestępcy". Zupełnie spokojnie można też stwierdzić, że ilu jest ludzi tyle jest jej zabarwień. To prawda, jednak patrząc na to bardzo z grubsza można wyodrębnić pewne najczęściej powtarzające się cechy. 

A więc przede wszystkim  powinno się uzmysłowić sobie czy obiektu zazdrości przypadkiem nie traktujemy jak naszej własności. Bo wtedy ten ktoś może zupełnie podświadomie szukać przynajmniej namiastki tego, czego nie ma w swoim związku. Sytuacja gdy nasze zachowanie na co dzień zimne, budzi się nagle w momencie poczucia zagrożenia utratą w jakiejś części wyłączności posiadania, jest sytuacją bardzo przykrą dla obu stron i najczęściej mającą smutne konsekwencje. Jest to typowy kompleks psa ogrodnika, co to sam nie zje i komuś nie da. Nierzadko jest tak, że nawet zauważamy nasz błąd w postępowaniu jednak nasza ambicja nie pozwala nam na widoczne naprawienie go. W takich sytuacjach po jakimś czasie skutki mogą przejść nasze smutne przewidywania. Musimy sobie dosadnie wytłumaczyć, że żaden podpisany kontrakt ślubny, żadne związanie się z drugą osobą nie daje nam gwarancji, pewności że wstępne obietnice zostaną dotrzymane bez względu na  czas i jakiekolwiek okoliczności. Taką gwarancję możemy przez lata wypracować sobie sami. 

czwartek, 20 październik 2016 17:30

Temat do dyskusji .......

„ Nic nie jest proste ...... NIC....." Zacytowałem tu krótkie podsumowanie zawarte w komentarzu do treści jednego z moich artykułów. Dlaczego? Bo chcę porozmawiać na poruszony tam temat. Problem powtarzający się bardzo często w życiu wielu ludzi. Brzmi tak samo ale szczegóły, za każdym razem, są różne, tak jak różni są ludzie, ich charaktery i potrzeby. Jak różne są w nich subtelności, które z kolei ustalają w naszych podświadomościach granice wytrzymałości, poza którymi wyrasta, jak pokrzywa, wzajemna niechęć. Nie będę tu pisać jak powinniśmy wzajemnie się poznawać zanim podejmiemy decyzję o stworzeniu rodziny, bo jest to temat na oddzielny artykuł. I nie chodzi tu o małżeńską przysięgę, w życiu odgrywa ona rolę tylko hasłową. Spróbuję jednak trochę uprościć drogę do znalezienia odpowiedzi na pytania postawione w komentarzu. Pytania na które odpowiedzieć sobie możemy tylko my we własnych rozważaniach.

Najpierw musimy odrzucić balast myślowy ustalając gradację ważności.

Zacznijmy jednak od określenia tego co mamy na myśli mówiąc miłość przez duże „M". Otóż, to uczucie jest formą wczuwania się w potrzeby i emocje drugiej strony, przyjmowanie ich jako swoich, życie nimi i spełniania ich w miarę możliwości. Jest zaznaczana przez duże „M", gdy jest podobnie odwzajemniona. Taka miłość nie przemija, ona może tylko umrzeć zamieniając się w wielką, serdeczną przyjaźń, pozbawioną seksu. Dlaczego umrzeć? Bo nigdy już potem nie wraca, co może stać się w przypadku przemijania. Miłość jednostronna jest miłością niespełnioną, połowiczną, przynoszącą najczęściej nieszczęście. Miłość obopólna tworzy jedność uczuciową i w efekcie wzajemne zrozumienie. Czasami sytuacja życiowa zmusza takich dwoje ludzi do rozstania. Miłość ma w sobie i zauroczenie i najczęściej potrzebę seksu, natomiast  odwrotnie tak być nie musi. Tyle na temat, co mam na myśli mówiąc miłość a nie np. zauroczenie.

sobota, 24 wrzesień 2016 09:48

Czy zawsze rewolucja zjada swoje dzieci?.....

Czy zastanawialiście się kiedyś skąd się wzięło powiedzenie, że rewolucja zjada swoje dzieci? Przecież tego nikt nie wymyślił tylko dlatego, że ładnie brzmi, że jest takie poetyckie, takie patetyczne. Jest to prawda historyczna, prawda życiowa. Spróbujmy to przeanalizować. Może dojdziemy do jakichś wniosków, które nam coś uświadomią? Może będziemy bardziej pewni siebie, pewni tego, że możemy walczyć o coś, nie pozwalając przy tym bezkarnie sobą manipulować?

A więc, aby porwać ludzką społeczność, naród, do walki o coś, tworzy się, bazując na jakimkolwiek ogólnym niezadowoleniu, grupę jednoczącą wszystkich hasłami mającymi w treści pojęcia wolności, sprawiedliwości i równości. To sztampa, powtarzająca się za każdym razem. Potem wybiera się spośród nich „trybunów ludowych”. Ludzi skazanych z góry na usunięcie gdy się uda całe przedsięwzięcie, ewentualnie na „męczenników za sprawę” gdyby się coś nie udało. Ludzi pozbawionych chęci zysku, naprawdę wierzących w sprawę i chcących uczciwych zmian, ludzi ideowych, charyzmatycznych, nie znających kompromisów, takich z którymi mogą się wszyscy, a przynajmniej większość, identyfikować. Po pomyślnym zakończeniu pierwszego etapu, gdy panuje jeszcze ogólna euforia, odsuwa się mniej lub bardziej delikatnie, niepotrzebnych już działaczy i tworzy się grupę kierowniczą dążącą powoli do przejęcia sterów władzy. Następnie tłumacząc wszystkim, że teraz musimy przejść przez okres transformacji, zmuszający nas do zaciśnięcia pasa, zmiany przepisów dostosowujących gospodarkę do nowej rzeczywistości, doprowadza się do bardzo trudnych do odwrócenia zmian, na które, niestety, mają wpływ tylko nieliczni. Dodajmy zmian korzystnych przede wszystkim dla samych zainteresowanych, trzymających stery władzy lub będących bardzo blisko nich. Cała reszta narodu jest w tym czasie już tylko potrzebna między innymi dla zaspokajania potrzeb związanych z okresowymi wyborami dla jednej lub częściej kilku różnych partii, nie mających bezpośredniego związku z walką na pierwszej linii w trakcie wcześniejszej rewolucji. Nie będę już pisał jak przy tym dzielą finanse pomiędzy siebie i resztę narodu, jak prawo widzi i traktuje ich a jak innych, bo to już zupełnie inny temat. Jaki z tego wniosek?

piątek, 16 wrzesień 2016 19:49

My i nasze emocje ....

Pokazanie naszych emocji jest rodzajem szaleństwa tanecznego, w pewnym sensie wybuchem na który nie zawsze i nie wszędzie możemy sobie pozwolić., a w pracy to już na pewno nie. Ukrywanie siebie przed innymi powodowane jest różnymi względami. Po pierwsze, nie możemy się obnażać publicznie przed innymi, niewielu by to doceniło. Po drugie, nasze wewnętrzne JA jest wielkością bardzo wrażliwą i stale zmienną, musimy je więc ukrywać przed innymi, bo tworzy nasz wirtualny, bardzo osobisty świat, do którego zawsze możemy schować się, gdy czujemy jakieś zagrożenie. A takie sytuacje zdarzają się i to wcale nie rzadko. No i oczywiście musimy je pilnie obserwować, aby postępujące zmiany nie podążały w niewłaściwym kierunku. I po trzecie, życie jest przygodą w której bierzemy czynny udział dopasowując się do obowiązujących reguł gry. Sheakspeare kiedyś napisał, życie jest sceną a my jesteśmy tylko aktorami na niej / dosłownie: ..świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają/. Trudno grać nie ubierając się w cudze szaty, gdy nasze nie pasują do narzuconego scenariusza. A ten też się stale zmienia. Z panującym stereotypem dotyczącym mężczyzn nie do końca mogę się zgodzić, bo mężczyzna jest też normalnym /no może nie zawsze/ człowiekiem. Ma swoje lepsze i gorsze chwile, tyle, że może nie tak często roztkliwia się jak kobiety. Ale to już są indywidualne cechy każdego charakteru. Poza tym, przynajmniej moim zdaniem, mężczyzna to nie płeć, to charakter. 

poniedziałek, 12 wrzesień 2016 09:43

My czyli ...... mężczyzna i kobieta (2)

Dlaczego dwoje kochających się ludzi i mających dzieci w pewnym momencie rozstają się, chociaż miała to być miłość na dobre i złe, przecież tak bardzo byli sobą oczarowani, zakochani, owładnięci pożądaniem?

Po pierwsze i najważniejsze ... Miłość jest zjawiskiem żywym, wiecznie pulsującym. Jest ogniem który nas rozpala, ogrzewa w różnych okresach życia, w różnym stopniu pozwalając na utrzymanie w nas koniecznej odpowiedniej temperatury uczuć. Właśnie dlatego wymaga od nas ustawicznego pielęgnowania jej. Inaczej też to wygląda w wieku dojrzałym a inaczej w wieku młodym.

Otóż, dwoje ludzi w apogeum miłosnego uniesienia, ja to nazywam wzajemnego zauroczenia, a okres ten potrafi być wcale nie krótki zależnie od wrażliwości obojga, przysięgają sobie miłość na dobre i złe do końca świata. Przy tym robią to naprawdę szczerze wierząc, że tak będzie zawsze, że nic tego nie może zmienić. Zakładają wspólny dom, planowo, czasami nie planowo, powiększają rodzinę i zaczynają popadać powoli w rutynę. Po pewnym czasie zaczynają traktować to, o co wcześniej tak zabiegali, jako obowiązek małżeński który im się po prostu należy, który też z tego samego powodu, muszą spełnić. Przestają o cokolwiek zabiegać. Zdarza się, że delikatnie coś sobie, z mniej lub bardziej kąśliwym podtekstem, w trakcie rozmów powiedzą widząc zawsze winę pogarszającego się stanu rzeczy oczywiście w drugiej stronie, rzadziej w obojgu. Wieczorem kładą się we wspólnym łóżku, o które kiedyś tak bardzo zabiegali a teraz ich już bardziej dzieli niż łączy. Dlaczego? Bo nie muszą wcale zabiegać o swoje względy. No, ewentualnie o w miarę dobry nastrój ale to zupełnie inna bajka. Pozostała już tylko tolerancja i wzajemny szacunek, oczywiście w tym lepszym wariancie, ze względu na siebie, na to co przeżyli, na dzieci, na ..... itd. Dołóżmy jeszcze różne stany zdenerwowania po powrotach z pracy, rozłożone nierównomiernie i sytuacje z tym związane, gdy jedna strona oczekuje zrozumienia drugiej strony, która też w jakiś sposób nie może sobie poradzić ze swoimi emocjami będącymi efektem stresowego życia. Praca, pieniądze, zdrowie, niepewność jutra powodują zmęczenie psychiczne, rozstrój nerwowy. Zaczyna się wszystko to co pięknie budowali wierząc, że im to wyjdzie na pewno lub też, że jakoś to będzie, najpierw stygnąć, powszednieć a potem powoli pękać i walić. Zaczynają oddalać się od siebie.

Jak, w takim razie, przerwać ten tworzący się horror? Czy jest to możliwe?

niedziela, 28 sierpień 2016 10:39

My czyli ..... mężczyzna i kobieta...

Co może nieść ze sobą, jakie kryje w sobie pułapki, związek między dwojgiem ludzi w trakcie zauroczenia? Bardzo często powtarzamy wtedy słowa "kocham" we wszystkich jego odmianach... „pragnę być z Tobą na zawsze" i jeszcze wiele, wiele innych podobnych, prawie od zawsze. Czy więc to co przeżyłyście, jego uczucie do Was, były nieprawdziwe? Nie wydaje mi się, żeby tak mogło być, przynajmniej nie na początku. Podejrzewam, że zbyt szybko i za bardzo, odkryłyście się przed nim, a on spokojnie usnął w pewności, że ma to, co wydawało mu się, że chciał mieć i nie musi już dalej Was zdobywać. Spotkania stały się rutynowe, w pewnym sensie spowszedniały. Pewnego rodzaju usypiająca monotonia uczuciowa. Przecież pierwotną cechą kobiecej natury ludzkiej jest kuszenie, a męskiej oczywiście zdobywanie.

Mężczyzna od prawieków był i jest klasycznym „myśliwym” i nic , jak dotąd, się nie zmieniło. Zmieniły się tylko okoliczności, natura pozostała. Wcale nie musi tu chodzić o coraz to nowe twarze, ale o ciągłe zdobywanie kobiety, poznawanie coraz to innego smaku. Ważnym jest aby utwierdzając go w tym, że liczy się tylko on, delikatnie podsycać w nim malutką dozę niepewności. Zmuszać go do ustawicznej walki o Was nie mylcie tego z zazdrością, bo to jest już zupełnie co innego. Przecież lubi to każda kobieta. Nie można tylko dać się wtedy uśpić w pewności, że nie musimy już nic robić. Bezgraniczna wiara, moim zdaniem, dotyczy tylko religii i przeznaczenia. Powiecie, że w takim razie miłość jest tylko grą. Może nie tylko i nie tak dosłownie, ale tak, jest grą tyle że innego rodzaju chociaż tak samo się nazywa. Miłość jest grą uczuć i emocji, dającą i zabierającą spokój. Jedne i drugie muszą być stale mieszane. One przecież w nas pulsują, często nie pozwalając nam spokojnie spać. Absolutne, bezgraniczne oddanie bez pozostawienia sobie niezależności jest zagubieniem własnej osobowości, pozbawieniem się twarzy. Zespolenia dwóch ludzkich światów nie można tworzyć pozbawiając się tak ważnych dla nas cech. Jesteśmy wolnymi ptakami, żyjącymi razem, tworzącymi wspólne gniazda, dbającymi o nie,  pomagającymi sobie nawzajem ale zawsze w pewnym sensie wolnymi, innymi, odrębnymi, mającymi własne myśli, własne zdania.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                     

piątek, 19 sierpień 2016 13:06

Życie we dwoje

Dlaczego dwoje zakochanych w sobie ludzi, chcących stworzyć udany związek małżeński nie może z tym sobie potem poradzić? Temat rzeka, ale spróbujmy go przynajmniej troszeczkę ugryźć.

Wydaje nam się, że potrafimy określić dość dokładnie siebie i innych. Przecież  jesteśmy tacy skorzy do wystawiania opinii. Jeżeli to prawda, to dlaczego tak trudno nam jest być razem z kimś? Dlaczego po pewnym czasie bycia razem w stałym związku zaczyna się coś zmieniać, psuć?  Pytań można stawiać więcej, ale nie o to tu chodzi. Otóż, zależy mi na tym, abyśmy spróbowali zrozumieć siebie, swoje emocje, potrzeby i uczucia inaczej, nie z pozycji tylko konsumpcyjnej. To jest ... jakiego mnie Panie Boże stworzyłeś takiego mnie masz i reszta świata albo mnie akceptuje albo ... żegnam. Niektórzy uważają, że wtedy są sobą. Na pewno, w pewnym sensie tak, ale w złym tego słowa znaczeniu. Nie można narzucać siebie, swoich zachowań i emocji innym bez żadnych  późniejszych konsekwencji. Aby to poznać głębiej, moim zdaniem powinniśmy zacząć od uświadomienia sobie ogromnej złożoności problemu. Ja, w wielkim skrócie, widzę to tak.

Każdy z nas jest odrębnym, innym, mniej lub bardziej zamkniętym światem, z bardzo skomplikowanym życiem wewnętrznym. Różnimy się od siebie jak odciski dwóch palców. I jednych i drugich, identycznych, po prostu nie ma. Patrząc na drugiego człowieka musimy to koniecznie sobie uświadomić. Pozornie jesteśmy sobie podobni, ale tylko pozornie. Proponuję zapisać jako punkt pierwszy taką konstatację.

Człowiek jest zamkniętą, umowną, kulą wypełnioną wulkanem emocji, potrzeb, zahamowań, myśli, odczuć itp. tworzącym bardzo skomplikowany system wewnętrznego współistnienia i wzajemnego oddziaływania na siebie i otoczenie.