"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

niedziela, 28 luty 2016 20:51

My i nasze charaktery ....

Zastanawiamy się często, co dzieje się z nami po jakimś czasie wspólnego przebywania razem? Co jest powodem, że stajemy się coraz bardziej podejrzliwi, opryskliwi i nie panując nad własnymi nerwami w krótkim okresie psujemy to, co jeszcze niedawno było takie piękne, takie fascynujące, takie kochane, takie bezdyskusyjnie nasze? Potem ze łzami w oczach zwalamy wszystko na tę drugą osobę, nie próbując nawet popatrzeć na siebie z boku i ocenić ile w tym wszystkim jest naszej winy. Wystarczy przecież przeświadczenie o tym, że ktoś nas wcześniej pokochał i zaakceptował. W takim przypadku wina teraz leży tylko po jego stronie. Bardzo często dobre mniemanie o sobie budujemy opierając się na naszych chęciach, a nie dokonaniach, za to bezspornym winowajcą jest, z reguły, ten ktoś drugi. Czym jest w takim przypadku nasza miłość? Podejrzewam, że bardziej jest to miłość własna, miłość do siebie, traktująca drugą osobę jak własność, czyli jako kogoś, kto nie może zrobić prawie niczego bez naszej akceptacji, za to musi akceptować nasze frustracje, nasze humory, podporządkowywać się naszym decyzjom czyli po prostu kochać nas i już. Moim zdaniem miłość jest rodzajem dobrowolnego kompromisu, dokonywanego z własnego wyboru a nie z konieczności. No może nie do końca z własnego wyboru, bo na uczucia w pewnym momencie nie ma mocnych, i w pewnym momencie stają się pewnego rodzaju koniecznością dyktowaną właśnie nimi. Tak więc „poświęcanie się” kochanej osobie doprowadza do wielu chorych sytuacji w których podporządkowanie siebie często będzie źródłem późniejszych konfliktów wynikających z braku wzajemnego, zaznaczam wzajemnego zrozumienia a w efekcie już wielkiego poczucia krzywdy.

Spotkałem się, w jednym z blogów, z postawionym tak pytaniem. Jaka jest definicja życia i czy w ogóle ona jest możliwa? Spróbowałem odpowiedzieć na swój sposób jak ja to widzę, w komentarzu do posta. Uważam, że powinienem go teraz przytoczyć aby usłyszeć może inną definicję tego, może obalającą sposób mojego postrzegania...a może ja się mylę i nie można sformułować takiej definicji. Z cytowanego komentarza wyciąłem tylko zwroty skierowane do autora pytania, bardziej osobiste, które tutaj nie mają żadnego znaczenia. 

"...Życie – to nasz przedział w wagonie czasu, który nieuchronnie pędzi do stacji przeznaczenia. Nie zawsze jest to wagon klasy pierwszej, czasami bywa, że znajdziemy się w wagonie towarowym. Jest to nasz punkt początkowy, wyjściowy. Przez otwarte okna wpadają do niego różne zdarzenia. Lepsze lub gorsze, bardzo złe i cudowne, miłe i nie miłe. W większości, tylko od nas zależy czy zostawimy wszystkie, czy wybierzemy te najlepsze a resztę z powrotem wyrzucimy na zewnątrz. Zamknięcie okien powoduje brak zdarzeń, śpiączkę. Bierni, szybko zaczynają dusić się w natłoku. Narzekają wtedy na ciężkie życie i twierdzą, że ono ich nie oszczędza. Jeżeli coś nas uwiera w tym tłoku, wyrzućmy, a jeżeli to nie możliwe, spróbujmy przynajmniej przesunąć to tak aby było od nas jak najdalej. Dla tych, którzy od początku zadają sobie trud selekcji, porządkowania zdarzeń, jedzie się lepiej, wygodniej niż tym którzy w jakimś czasie tego nie robili lub też wcale tego nie robią. Niektórym wpadają zdarzenia przekraczające ich wytrzymałość, ci - sami wyskakują przez okna. Silni – zostają. Ci, którzy znaleźli się w wagonie towarowym, w dużym tłoku, a są to w większości ludzie bardzo biedni, mają dużo ciężej i o wiele mniejsze możliwości selekcjonowania zdarzeń, wpływania na ich przebieg, tym nie mniej też je mają. 

Tyle mojej definicji, przyznaję dość specyficznej ale próbowałem podać ją w miarę obrazowej, przystępnej formie...."

Poddaję teraz to pod rozwagę jako materiał wstępny. Chciałbym, abyśmy mogli wspólnie stworzyć taką definicję, bo zawsze warto wiedzieć czy, a jeżeli tak to w jaki sposób możemy wpływać na nasze życie. Uświadamiając to sobie zmuszamy się niejako do wprowadzania w nim korekt, jest to wtedy już działaniem autoobronnym naszej psychiki, naszego instynktu samozachowawczego. Świadomość jest połową sukcesu, drugą połową jest CHCĘ.

 

Obudziłem się dzisiaj raniutko, skoro świt, czyli jak zwykle około godziny jedenastej przed południem. Przetarłem oczy, przeciągnąłem się i czuję, że chyba moja szara komóreczka jeszcze sobie smacznie śpi. Z doświadczenia wiem, że w takich przypadkach nie powinno się drapać w głowę ani nastawiać głośno radia. Popatrzyłem więc tylko w okno, włączyłem pilotem telewizor, wyłączając głos i zacząłem oglądać jakiś program. Nie wiem co to było, ale jakiś pan wyszedł na mównicę i z wielkim przejęciem próbował przekonać, a może wytłumaczyć coś pustej sali, w kącie której snem sprawiedliwego, spał sobie nikomu nie przeszkadzający zmęczony jegomość. Co pewien czas kamera pokazywała jak nieszczęśnik opędzał się ręką od natrętnej muchy, której chyba pomyliły się pory roku i zamiast spać zakłócała tylko spokój innym. Pan na mównicy trzymając jedną rękę w kieszeni, widocznie miał ku temu ważny powód, drugą kreślił jakieś esy w powietrzu , to znowu machał nią z góry na dół lub może odwrotnie, nie wiem. Po chwili wzniósł wzrok ku górze, wyciągnął rękę do pustej sali i palcem wskazującym pokazywał na coś, lub na kogoś komu chyba chciał wydłubać oko. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Po pewnym czasie, jego bezbarwna twarz zmieniła diametralnie swój wygląd wykazując niesamowite podniecenie. Zacząłem zastanawiać się dlaczego on tej drugiej ręki nie wyjmuje z kieszeni? Czy ma to jakieś powiązanie z jego stanem psychicznego rozbudzenia? Gdy oto nagle zaczął walić pięścią w zupełnie niewinną mównicę. To mnie zastanowiło. Co mu zawiniła biedna mównica, że tak się nad nią znęca? I nie wiem, czy to ja mam taką siłę telepatyczną, czy też ów krasomówca skonstatował, że może go ktoś obserwować, bo się nagle uśmiechnął, pogroził dobrodusznie palcem, wzniósł oczy do nieba i wyciągnął ręce do góry jak Piotr Skarga na obrazie Jana Matejki. Do czegoś widocznie musiał się odwoływać lub prosił o grom z jasnego nieba. Tego, niestety, nie wiem, ale tym gestem tak mnie rozbawił, że zacząłem się głośno śmiać. W całym rozbawieniu nie zauważyłem jednak, że od dłuższego czasu przygląda mi się stojąca obok moja mała szara komóreczka.

W pewnej chwili usłyszałem ........ no i z czego się śmiejesz? Sam z siebie się śmiejesz! Przecież ty jesteś dokładnie taki sam. Nic dodać, nic ująć. Czy próbowałeś kiedykolwiek popatrzeć na siebie co wyprawiasz rozmawiając z innymi, a raczej z samym sobą, bo przecież nikomu nie dajesz dojść do głosu.

Pytacie, skąd biorę tematy do moich postów?

Nie będę pisał tego, że siadam...biorę....... myślę ...... klikam itd. itp. Przyjmijmy, że mamy to już za sobą. Powiedzmy że chcę napisać coś o moim maleństwie, mojej szarej komórce. Wiadomo już powszechnie, że jest drobniutka, z dużą główką, rozrabia i czasami pozwala mi się zbłaźnić. To już norma, a przynajmniej ja do tego już przywykłem. Szukając tematu, zajrzałem do księgi cytatów. Znalazłem tam coś takiego, cytuję:.. Całowanie w rękę nagiej kobiety jest stratą czasu (Jerzy Leszczyński). Jak rozwinąć ten temat, skądinąd fascynujący, i jeszcze do fabułki wpleść moje maleństwo. Sprawa po prostu tak karkołomna, że wydaje się wręcz aż niemożliwa. A jednak spróbowałem i zobaczcie co z tego wyszło....

UWAGA!!! To, co zamieściłem poniżej czytacie absolutnie na własne ryzyko. Ja za to żadnej odpowiedzialności na siebie nie biorę!!!!!!!

Na temat, czym przede wszystkim kierują się mężczyźni a czym kobiety, gdy na resztę życia szukają sobie drugich połówek już pisałem i to dość dużo. Uważam jednak, że temat jest na tyle ważny, iż warto go co pewien czas co nieco odkurzyć i ukazać z ciut innej strony. Tym razem poruszę go tylko w zakresie, zakodowanych w nas w tym kierunku, podstawowych zachowań, tzn. takich, z których nie do końca zdajemy sobie nawet sprawę.

Czego więc szuka kobieta w mężczyźnie, co w jej podświadomości, podkreślam podświadomości, decyduje, że wybiera właśnie tego a nie innego?

Wydaje mi się, że jest to dość proste. Mężczyzna kobiecie musi przede wszystkim czymś zaimponować. Może to być intelekt, prezentowana kultura osobista, pozycja społeczna ... etc. Uroda jak również erotyka jest na tym etapie sprawą drugoplanową. A więc gdy już go zauważy i zapamięta na dłużej, zaczyna w swojej wyobraźni tworzyć jego piękny, męski obraz dopisując mu jednocześnie wiele wymarzonych przez siebie cech. Przy czym im dłużej i częściej myśli o nim, tym bardziej zaczyna w to wszystko wierzyć. Na tym etapie „motylki w brzuchu” są już tylko podsumowaniem tego wszystkiego.

Opiera to na tym, że przecież dał jej kwiatek, że prawił miłe komplementy, że zaprosił na romantyczny spacer, bo ładnie mówi, bo jest zadbany i używa dobrej wody kolońskiej ...itd. itp. W tym momencie zaczyna się już nim fascynować, częściej przywoływać go do swojej wyobraźni. Zaczyna też wierzyć, że oto właśnie spotkała marzenie swojego życia i może mu spokojnie zawierzyć swoją przyszłość. Pod wpływem owej fascynacji nazywa go swoją wielką miłością i od tego momentu jej myśli praktycznie są już wypełnione jego osobą.

A mężczyzna, co nim kieruje gdy patrzy na kobietę?

piątek, 29 styczeń 2016 12:45

O pierwoludku ciąg dalszy .....

O pierwoludku już pisałem, ale jak on i jemu podobni sprawdzają się urządzając naszą demokratyczną rzeczywistość? O tym może jeszcze kilka słów.

A więc, w międzyczasie ktoś wymyślił, że człowieka i świat stworzył najzwyczajniej przypadek. Natychmiast nazwano to wynikiem pierwszego wybuchu atomowego, czy jakoś tak. No cóż, jak to mówią jest demokracja i każdemu wolno pleść co mu ślina na język przyniesie. Z powodu powstałej w ten sposób luki w kwestii wiary i wystąpiła konieczność stworzenia czegoś silniejszego od nas. Pojawił się więc prawie natychmiast kult pieniądza (czytaj Pieniądz jest Bogiem). W skrócie PJB. Co diametralnie zmieniło osobowość owego nieszczęsnego myśliciela. Jego pozycję wśród innych pierwoludków tego gatunku, zaczęła nagle określać posiadana kwota w banku. W przypadku braku takowej, albo też zbyt małej jej wielkości, wspomniany staje się natychmiast członkiem najniższej kasty, w dumnie brzmiącym nomen omen, tzw. społeczeństwie demokratycznym.

A faktycznie to, z przypadającej mu jego części wspomnianej już demokracji, ma prawo do bezpłatnego oddychania i „jakoś tam sobie radzenia”. Aha, ma jeszcze prawo do pracy, ale tylko prawo, bo możliwości to już w wielu przypadkach praktycznie wcale nie ma. Jak twierdzą fachowcy jest to konieczność zachowania zdrowej gospodarki państwa. I jeszcze jedno, bardzo ważne. Otóż ma podstawowe prawo, ba, wręcz obowiązek prawny do życia (zamach samobójczy, w szerszym tego słowa pojęciu, jest czynem karalnym). Ale już jak to ma zrobić aby przeżyć powietrzem, napłodzić i utrzymać przy tym jeszcze dzieci, tego już prawo niestety nie mówi. Ma po prostu je przestrzegać i już.

Wieczne posądzanie o coś co nie miało miejsca. „Rzucanie” w siebie słowami, które przede wszystkim mają boleć, psychicznie zabijać. Wymyślanie argumentów nieprawdziwych, nie mających żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości, ważne aby tylko dobrze, a więc ostro brzmiały, aby mocno zabolały. Czy to może być, albo inaczej, czy to jest zdrowym rozładowaniem narastających w związku konfliktów? A tak przecież przynajmniej twierdzą niektórzy znani psycholodzy. Rozumiem, że jest to sposób na rozładowanie naszego skumulowanego napięcia nerwowego, że jest to dla nas rodzaj naszego odreagowania. Jednak czy taki sposób nie jest jednocześnie tworzeniem nowych , kolejnych pokładów złych emocji w kimś, do kogo to wszystko kierujemy? Czy przypadkiem w ten sposób nie tworzymy samonakręcającej się spirali wzajemnej niechęci a z czasem i w efekcie nienawiści? Przypomina mi to gorący garnek, który musimy gdzieś przenieść. I zamiast pomyśleć chwilę nad tym, jak to zrobić bezboleśnie a więc np. wziąć szmatkę aby nie poparzyć sobie rąk, z uporem staramy się przekazywać go sobie nawzajem. W ten sposób może i doniesiemy nieszczęsny garnek tam gdzie trzeba, ale przy tym oboje poparzymy sobie ręce. Taka jest nasza mądrość życiowa, przykre.