"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

Opierając się przede wszystkim na własnych doświadczeniach,, od dłuższego już czasu rozmyślam o różnych naszych ułomnościach. Z większością z nich najzwyczajniej w świecie godzimy się. Czasami robimy to świadomie, czasami nieświadomie  co jednak nie przeszkadza nam godzić się na ich w nas obecność. A gdy już zdarzy się, że nagle boleśnie nas dotkną, to natychmiast usiłujemy dopiąć do nich jakąś wygodną filozofię, tłumaczącą ich istnienie. Najczęściej jest to twierdzenie, że „nikt przecież nie jest doskonały”, że „jakiego mnie panie Boże stworzyłeś takiego mnie masz” albo chociażby, że „każdy uczy się na własnych błędach”. Oczywiście można tu tworzyć różne teorie. W tworzeniu ich mamy niezaprzeczalnie wielki talent. Napisałem, że każdy się na nich czegoś uczy, a już przynajmniej powinien to zrobić. Czy jednak na pewno tak jest? Czy na pewno każdego z nas, takie zdarzenia czegoś uczą?

I tu zaczynają się schody. Oczywiście,  że w moim twierdzeniu o naszej umiejętności wyciągania właściwych wniosków i wypływającej z nich nauki, jest tylko jakaś część prawdy, ale tylko część i to bardzo niewielka. Jednak nie opierajmy się na niej, bo natychmiast przypiszemy ją bezkrytycznie całkowicie sobie. A to byłoby już dużym nadużyciem. Najczęściej bowiem szukamy jakiegoś winnego naszej sytuacji, a jeżeli już nie znajdujemy takiego to zwalamy wszystko na los, który zupełnie niewiadomo dlaczego tak okrutnie nas w ten sposób doświadczył. Ktoś kiedyś powiedział, że „każdy z nas popełnia błędy, ale tylko głupiec popełnia je dwa razy”. Wychodząc z tego założenia, mogę z czystym sumieniem spokojnie stwierdzić, że świat jest po brzegi zapełniony różnymi głupcami. 

Co się dzieje z tą miłością? Dlaczego nie wytrzymuje próby czasu? Dlaczego uczucia wygasają a w zastraszającym tempie rosną negatywne emocje?
Takie pytania stawiamy sobie bardzo często. Jednak niezmiernie rzadko próbujemy odpowiedzieć sobie co jest tego prawdziwą przyczyną zadawalając się "naszą prawdą", prawdą skrajnie subiektywną, naszym sposobem oceniania stanu rzeczy, będąc w jednej osobie prokuratorem, obrońcą i sędzią, obrońcą naszym, bo strona przeciwna nie ma w tym momencie prawa do obrony, ona jest tylko oskarżonym. Oczywiście my dajemy siebie, swoje uczucie przy tym jesteśmy kryształowo czyści, nas trzeba akceptować takimi jakimi jesteśmy ponieważ sami siebie przecież akceptujemy (inni mają większe wady), natomiast ta druga strona jest absolutnie winna, bo zawiodła nas i już. Tak najczęściej interpretujemy zaistniałe fakty rozdmuchując w sobie żal, niepomni związku przyczynowoskutkowego. Spróbujmy to przeanalizować, każdy w sobie. Ja to zrobię, oczywiście też subiektywnie, ale postaram się mocno uogólniając, popatrzeć na to z boku tak jak gdyby to mnie absolutnie nie dotyczyło.
Kiedy zaczyna się gra w życiowego pokera? Piszę tu oczywiście o związku dwojga ludzi. 

Otóż, już w momencie poznania, pierwszego spotkania. Nie jesteśmy wtedy naturalni, stajemy się aktorami specyficznego spektaklu. Ja to nazywam tańcem łabędzia. Będąc zainteresowanymi drugą osobą budujemy swój wizerunek, często niezupełnie świadomie, odruchowo, bardzo układny. Staramy się zrobić jak najlepsze wrażenie. 

środa, 04 styczeń 2017 19:36

Nasza samotność .....

Czy, i jeżeli tak to na ile, jesteśmy potrzebni innym? Zadałem sobie to pytanie i poczułem się nagle bardzo dziwnie. Zdałem sobie bowiem sprawę, że jesteśmy postrzegani i zapamiętywani na tyle na ile możemy się komuś przydać. Jedni o nas pamiętają krócej inni dłużej, ale zawsze efektem jest powolne oddalanie, osamotnienie. Z przerażeniem, patrząc na siebie, stwierdziłem, że ja również nie odbiegam zbyt wiele od tego stereotypu. No może w trochę mniejszym stopniu, ale jestem taki sam i podświadomie posługuję się takimi samymi kryteriami oceny.Myślę, że w jakiejś części jest to efektem sytuacji, czasów jakie nastąpiły, ale tylko w jakiejś części, bo jednak cała reszta tkwi mocno w nas samych. A może jest to również konsekwencją naszej samoobronnej konstrukcji psychicznej przetrwania za wszelką cenę, istnienia jak najdłużej płynąc oceanem życia? Kompleks tonącego? Może i tak. Może czujemy się podświadomie właśnie takimi pływakami wrzuconymi do wody w której dopiero z konieczności zaczynamy uczyć się pływać jednocześnie ratując siebie przed utonięciem?

środa, 14 grudzień 2016 08:50

Nasze dzieciństwo ......

W którymś momencie napisałem na Koszmarku, że od losu dostajemy tylko surogaty zdarzeń i sytuacji i od nas tylko zależy czy weźmiemy się w garść, popracujemy nad sobą i stworzymy z tego piękne życie, czy też podejdziemy to nich biernie męcząc się, płacząc i stękając, że los nie dał nam szczęścia. Przecież poza drobnymi wyjątkami, nic dobrego nie przychodzi łatwo, nie przychodzi samo. Nad wszystkim trzeba mocno pracować. Zacznijmy traktować swoje życie jak ukochany ogród, w którym hodujemy piękne kwiaty, o które trzeba cały czas dbać i odpowiednio je pielęgnować aby cały czas przynosiły nam radość.

Takie działanie nie jest aż tak bardzo trudne, a już na pewno nie niemożliwe. Dostaliśmy przecież coś tak cudownego, co nazywamy szarymi komórkami. Możemy je wykorzystywać na różny sposób, pomagając sobie, zmieniając życie na przyjazne nam i naszemu otoczeniu ale również możemy posłużyć się nimi inaczej, szkodząc i sobie, i innym. To jest już nasz wybór. Może nie zawsze świadomy ale na pewno nasz. I to jest te 80%, a więc nasz wpływ na nasze życie.

Jednak musimy również pamiętać, że odpowiednio przygotowując nasze dzieci do życia i to już na samym początku kształtowania się ich charakterów powinniśmy uwrażliwić je na pewne zachowania, nauczyć wybierać z życia to co dobre nie krzywdząc przy tym innych. Ktoś kiedyś powiedział – „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. I tak właśnie jest. Jak ukształtujemy naszą młodzież, tak sobie ona później da radę w swoim życiu. Jeżeli wpoimy w nich pewne podstawowe wartości, mam tu na myśli praktyczne wartości życiowe a nie jakiekolwiek ideologie, to później łatwiej im będzie wybrać swoje drogi przy zakładaniu własnych rodzin i wychowywaniu własnych dzieci

środa, 30 listopad 2016 04:47

Pieśń o ludzkiej tęsknocie

„Drzewo wspomnień

z połamanymi gałęziami,

na których powoli usychają liście

pełne nabrzmiałych emocji,

nie rozumianej, głupiej tęsknoty,

i żalu za czymś, co dawno umarło.

Wiatr czasu

powoli je wysusza,

i krusząc na drobne kawałki

przesiewa przez sito zapomnienia.

I tyle tylko pozostaje

w naszej dziurawej pamięci.

Bo przecież nie chcemy pamiętać prawdy,

chcemy znowu marzyć.

I nic że to boli,

jest przecież takie piękne.”

Wspomnienia często budzą w nas niebezpieczne uczucie tęsknoty za czymś lub za kimś. Oczywiście nie dotyczy to czasowych rozstań z budzącą w nas, owo uczucie, sytuacją. Powinniśmy więc, moim zdaniem, uświadomić sobie wreszcie, że przecież wycięte z tzw. pełnego kontekstu i pomieszane w nich zdarzenia naiwnie budują iluzoryczny obraz czegoś, co jest tylko mocno odfiltrowaną z ciemnej ich strony, kolorową kopią. Czy warto więc wspominać i budzić w sobie niepotrzebne, przykre emocje?

Wspomnienia, mniej lub bardziej, są tylko kalejdoskopem, pokruszonych zębem czasu zdarzeń, który nawet delikatnie poruszony, za każdym kolejnym razem ukazuje troszeczkę inny obraz, niepełnej, przefiltrowanej, często nierealnej tzw. rzeczywistości, w efekcie doprowadzając do idealnej wręcz, wizji. I za taką właśnie wizją z czasem zaczynamy tęsknić. W przypadku włączenia się naszych emocji jest to więc raczej obraz kolejnych marzeń a nie bezstronnych, obiektywnych faktów. Można tu oczywiście dyskutować, ale moim zdaniem uczucie tęsknoty za utratą czegoś lub kogoś, charakteryzujące się emocjonalnym wspominaniem, jest „wirusem” powodującym w naszych pamięciach i wyobraźniach trudny do wytrzymania ból, który często potrafi bardzo skutecznie, chociaż czasowo, kaleczyć naszą psychikę. Oczywiście nie zawsze i nie w każdym przypadku (co z całą mocą podkreślam) tym niemniej tak się właśnie zdarza i to nawet nie tak rzadko.

Kołysanka dla dziobaków….

Już bajeczki koniec

Bajki poszły spać

W kącie usnął konik

Rano musi wstać.

Grzecznie w swym łóżeczku

Śpi pluszowy miś,

Kotek wypił mleczko

I o myszce śni.

Więc i ty swą główkę

W poduszeczkę złóż

W senną swą wędrówkę

Ruszaj z nami już.

Jest to kołysanka napisana na zakończenie sztuki dla dzieci ( ta kołysanka nie była jednak opublikowana ) "W dolinie Muminków” do której pisałem teksty i muzykę. Pierwowzorem jednak były moje dzieci, które nazywałem wtedy właśnie dziobakami.

poniedziałek, 14 listopad 2016 06:28

Leniwy filozof i wspomnienia

Cogito ergo sum......

 

Poprosiłem leniwego filozofa aby opowiedział mi coś ze swego życia. Zastanowił się chwilę, nagle poczerwieniał i po chwili odrzekł, dobrze, więc słuchaj :

- Otóż, kiedyś, mój znajomy filozof spytał Stwórcę. Panie, po coś dał mi wspomnienia? Na co Pan odrzekł krótko, po to, abyś nie popełniał dwa razy tych samych błędów, a po chwili zastanowienia dodał, tylko nie pytaj po co ci dałem rozum?

( dodam od siebie, że mój przyjaciel nigdy nie znał żadnego innego filozofa ) 

Cogito ergo sum...trudne pytania...

 

Nurtowała mnie pewna myśl i nie mogłem sobie z nią poradzić. Wybrałem się więc do staruszka, który mieszkał tuż za miasteczkiem w dziupli starego drzewa a wszyscy zwali go leniwym filozofem. Leniwym, bo bardzo lubił spać. Podchodząc do drzewa zauważyłem go, jak przeciągał się z rękami uniesionymi do góry a wiatr, z jego siwych włosów, utworzył lekką mgiełkę wokół głowy. Wyglądał tak jak gdyby wołał kogoś lub pytał o coś. Zaaferowany tym widokiem, zatrzymałem się a gdy wcale nie zwracał  na mnie uwagi, chrząknąłem. Nie było to głośne ale staruszek, o dziwo, usłyszał, a może to był tylko przypadek. Popatrzył na mnie i spytał  ..... Widzę, że coś ciebie dręczy. Powiedz, a może będę mógł ci pomóc.

niedziela, 30 październik 2016 22:04

Zazdrość i pies ogrodnika..... temat do dyskusji

Czy zastanawialiśmy się kiedykolwiek co to jest zazdrość? Najczęściej po prostu poddajemy się jej  wpływom odnosząc się do konkretnej osoby. Bywają również inne, odnoszące się do rzeczy, stanów posiadania czy też powodzenia jednak mnie interesują te dotyczące bezpośrednio nas, naszych uczuć, naszych zachowań. Tu można spokojnie troszeczkę bliżej sprecyzować czym ona jest. A więc jest to uczucie konsekwentnie traconego zaufania do kogoś, tworzącego się  na bazie naszych charakterów, stopnia wrażliwości, oczekiwań i wyobraźni oraz zachowania lub też tylko uzyskanych jakimś cudem informacji na temat domniemanego "przestępcy". Zupełnie spokojnie można też stwierdzić, że ilu jest ludzi tyle jest jej zabarwień. To prawda, jednak patrząc na to bardzo z grubsza można wyodrębnić pewne najczęściej powtarzające się cechy. 

A więc przede wszystkim  powinno się uzmysłowić sobie czy obiektu zazdrości przypadkiem nie traktujemy jak naszej własności. Bo wtedy ten ktoś może zupełnie podświadomie szukać przynajmniej namiastki tego, czego nie ma w swoim związku. Sytuacja gdy nasze zachowanie na co dzień zimne, budzi się nagle w momencie poczucia zagrożenia utratą w jakiejś części wyłączności posiadania, jest sytuacją bardzo przykrą dla obu stron i najczęściej mającą smutne konsekwencje. Jest to typowy kompleks psa ogrodnika, co to sam nie zje i komuś nie da. Nierzadko jest tak, że nawet zauważamy nasz błąd w postępowaniu jednak nasza ambicja nie pozwala nam na widoczne naprawienie go. W takich sytuacjach po jakimś czasie skutki mogą przejść nasze smutne przewidywania. Musimy sobie dosadnie wytłumaczyć, że żaden podpisany kontrakt ślubny, żadne związanie się z drugą osobą nie daje nam gwarancji, pewności że wstępne obietnice zostaną dotrzymane bez względu na  czas i jakiekolwiek okoliczności. Taką gwarancję możemy przez lata wypracować sobie sami. 

czwartek, 20 październik 2016 17:30

Temat do dyskusji .......

„ Nic nie jest proste ...... NIC....." Zacytowałem tu krótkie podsumowanie zawarte w komentarzu do treści jednego z moich artykułów. Dlaczego? Bo chcę porozmawiać na poruszony tam temat. Problem powtarzający się bardzo często w życiu wielu ludzi. Brzmi tak samo ale szczegóły, za każdym razem, są różne, tak jak różni są ludzie, ich charaktery i potrzeby. Jak różne są w nich subtelności, które z kolei ustalają w naszych podświadomościach granice wytrzymałości, poza którymi wyrasta, jak pokrzywa, wzajemna niechęć. Nie będę tu pisać jak powinniśmy wzajemnie się poznawać zanim podejmiemy decyzję o stworzeniu rodziny, bo jest to temat na oddzielny artykuł. I nie chodzi tu o małżeńską przysięgę, w życiu odgrywa ona rolę tylko hasłową. Spróbuję jednak trochę uprościć drogę do znalezienia odpowiedzi na pytania postawione w komentarzu. Pytania na które odpowiedzieć sobie możemy tylko my we własnych rozważaniach.

Najpierw musimy odrzucić balast myślowy ustalając gradację ważności.

Zacznijmy jednak od określenia tego co mamy na myśli mówiąc miłość przez duże „M". Otóż, to uczucie jest formą wczuwania się w potrzeby i emocje drugiej strony, przyjmowanie ich jako swoich, życie nimi i spełniania ich w miarę możliwości. Jest zaznaczana przez duże „M", gdy jest podobnie odwzajemniona. Taka miłość nie przemija, ona może tylko umrzeć zamieniając się w wielką, serdeczną przyjaźń, pozbawioną seksu. Dlaczego umrzeć? Bo nigdy już potem nie wraca, co może stać się w przypadku przemijania. Miłość jednostronna jest miłością niespełnioną, połowiczną, przynoszącą najczęściej nieszczęście. Miłość obopólna tworzy jedność uczuciową i w efekcie wzajemne zrozumienie. Czasami sytuacja życiowa zmusza takich dwoje ludzi do rozstania. Miłość ma w sobie i zauroczenie i najczęściej potrzebę seksu, natomiast  odwrotnie tak być nie musi. Tyle na temat, co mam na myśli mówiąc miłość a nie np. zauroczenie.