"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

niedziela, 28 sierpień 2016 10:39

My czyli ..... mężczyzna i kobieta...

Co może nieść ze sobą, jakie kryje w sobie pułapki, związek między dwojgiem ludzi w trakcie zauroczenia? Bardzo często powtarzamy wtedy słowa "kocham" we wszystkich jego odmianach... „pragnę być z Tobą na zawsze" i jeszcze wiele, wiele innych podobnych, prawie od zawsze. Czy więc to co przeżyłyście, jego uczucie do Was, były nieprawdziwe? Nie wydaje mi się, żeby tak mogło być, przynajmniej nie na początku. Podejrzewam, że zbyt szybko i za bardzo, odkryłyście się przed nim, a on spokojnie usnął w pewności, że ma to, co wydawało mu się, że chciał mieć i nie musi już dalej Was zdobywać. Spotkania stały się rutynowe, w pewnym sensie spowszedniały. Pewnego rodzaju usypiająca monotonia uczuciowa. Przecież pierwotną cechą kobiecej natury ludzkiej jest kuszenie, a męskiej oczywiście zdobywanie.

Mężczyzna od prawieków był i jest klasycznym „myśliwym” i nic , jak dotąd, się nie zmieniło. Zmieniły się tylko okoliczności, natura pozostała. Wcale nie musi tu chodzić o coraz to nowe twarze, ale o ciągłe zdobywanie kobiety, poznawanie coraz to innego smaku. Ważnym jest aby utwierdzając go w tym, że liczy się tylko on, delikatnie podsycać w nim malutką dozę niepewności. Zmuszać go do ustawicznej walki o Was nie mylcie tego z zazdrością, bo to jest już zupełnie co innego. Przecież lubi to każda kobieta. Nie można tylko dać się wtedy uśpić w pewności, że nie musimy już nic robić. Bezgraniczna wiara, moim zdaniem, dotyczy tylko religii i przeznaczenia. Powiecie, że w takim razie miłość jest tylko grą. Może nie tylko i nie tak dosłownie, ale tak, jest grą tyle że innego rodzaju chociaż tak samo się nazywa. Miłość jest grą uczuć i emocji, dającą i zabierającą spokój. Jedne i drugie muszą być stale mieszane. One przecież w nas pulsują, często nie pozwalając nam spokojnie spać. Absolutne, bezgraniczne oddanie bez pozostawienia sobie niezależności jest zagubieniem własnej osobowości, pozbawieniem się twarzy. Zespolenia dwóch ludzkich światów nie można tworzyć pozbawiając się tak ważnych dla nas cech. Jesteśmy wolnymi ptakami, żyjącymi razem, tworzącymi wspólne gniazda, dbającymi o nie,  pomagającymi sobie nawzajem ale zawsze w pewnym sensie wolnymi, innymi, odrębnymi, mającymi własne myśli, własne zdania.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                     

piątek, 19 sierpień 2016 13:06

Życie we dwoje

Dlaczego dwoje zakochanych w sobie ludzi, chcących stworzyć udany związek małżeński nie może z tym sobie potem poradzić? Temat rzeka, ale spróbujmy go przynajmniej troszeczkę ugryźć.

Wydaje nam się, że potrafimy określić dość dokładnie siebie i innych. Przecież  jesteśmy tacy skorzy do wystawiania opinii. Jeżeli to prawda, to dlaczego tak trudno nam jest być razem z kimś? Dlaczego po pewnym czasie bycia razem w stałym związku zaczyna się coś zmieniać, psuć?  Pytań można stawiać więcej, ale nie o to tu chodzi. Otóż, zależy mi na tym, abyśmy spróbowali zrozumieć siebie, swoje emocje, potrzeby i uczucia inaczej, nie z pozycji tylko konsumpcyjnej. To jest ... jakiego mnie Panie Boże stworzyłeś takiego mnie masz i reszta świata albo mnie akceptuje albo ... żegnam. Niektórzy uważają, że wtedy są sobą. Na pewno, w pewnym sensie tak, ale w złym tego słowa znaczeniu. Nie można narzucać siebie, swoich zachowań i emocji innym bez żadnych  późniejszych konsekwencji. Aby to poznać głębiej, moim zdaniem powinniśmy zacząć od uświadomienia sobie ogromnej złożoności problemu. Ja, w wielkim skrócie, widzę to tak.

Każdy z nas jest odrębnym, innym, mniej lub bardziej zamkniętym światem, z bardzo skomplikowanym życiem wewnętrznym. Różnimy się od siebie jak odciski dwóch palców. I jednych i drugich, identycznych, po prostu nie ma. Patrząc na drugiego człowieka musimy to koniecznie sobie uświadomić. Pozornie jesteśmy sobie podobni, ale tylko pozornie. Proponuję zapisać jako punkt pierwszy taką konstatację.

Człowiek jest zamkniętą, umowną, kulą wypełnioną wulkanem emocji, potrzeb, zahamowań, myśli, odczuć itp. tworzącym bardzo skomplikowany system wewnętrznego współistnienia i wzajemnego oddziaływania na siebie i otoczenie.

niedziela, 14 sierpień 2016 16:29

Samotność w samotności - (powtórka)

Zastanawiam się, dlaczego człowiek tak mało wie o swojej samotności. Dlaczego ja, zawsze znaczy tylko ja a on znaczy tylko on i zawsze oba te znaczenia są mniej lub bardziej konfliktowe. Bardzo głęboko w naszej psychice pojęcie my, jest pojęciem matematycznym a nie emocjonalnym, mówiącym o ilości a nie o jedności, nie dającym pewności bezpieczeństwa. Podejście emocjonalne zdarza się nawet często ale jest ono chwilowe i nie wytrzymuje presji upływu czasu. A może jest to wewnętrzna, psychiczna obrona przed całkowitą rezygnacją, zwariowaniem, nie wiem. Ale faktem jest że jesteśmy totalnie wewnętrznie samotni i zupełnie zdani na siebie... Tak naprawdę, to cały świat jest wypełniony samotnymi istnieniami, budującymi rodziny tylko po to aby przetrwał gatunek. Ludźmi, w gruncie rzeczy mniej lub bardziej samotnymi od początku do końca, od narodzin do śmierci. Najpierw w dzieciństwie. Zamknięci w swoich małych wirtualnych, dziecięcych światach, których nikt albo nie chce albo nie potrafi zrozumieć. Skłóceni wewnętrznie z dorosłym otoczeniem mającym zupełnie inne kanony wartości, miłości i piękna. Z absolutną wiarą, że tak musi być, dogmatycznie wierzący w prawdy życia, ufający bezgranicznie innym, zamykający się coraz bardziej w sobie. Potem, w wieku dorastania, z pełną świadomością, że nikt tak do końca ich nie rozumie, zbuntowani lub też zupełnie zrezygnowani i pogodzeni z istniejącym porządkiem rzeczy ale zawsze samotni, zamknięci mniej lub bardziej w sobie.

Pewnego dnia, gdy obudziłem się rano tzn. ok. godziny 11,00 zauważyłem moją szarą komóreczkę pilnie się mnie przyglądającą. Po chwili, gdy nic nie mówiła, zapytałem ją:

- Co takiego się stało że tak mi się przyglądasz? -

Przez moment jeszcze się tylko uśmiechała i po chwili odrzekła:

- Od pewnego czasu przyglądam się tobie i widzę wielki wysiłek na twojej twarzy. Przyznaj się, co takiego głupiego przyszło ci do głowy? -

- Nic, nic. Śniło mi się tylko, że ….że…-

- Nie jąkaj się tylko mów mi całą prawdę – przerwała mi już nieco zdenerwowana – zanim będę musiała to później odkręcać. No więc? –

Muszę szczerze przyznać że traktuje mnie ona tak jak pani Dulska swojego małżonka Felicjana. Jednak, jak dotąd, muszę szczerze przyznać nie wyszło mi to jeszcze na złe.

- Otóż – zacząłem nieśmiało – jak przed chwilą mówiłem, śniło się mi że staram się doradzić jakiejś dziewczynie jak powinna dobierać sobie chłopaka na męża.

- I co? – spytała, moja szara przyjaciółka - udało się ci? – i nie czekając na moją odpowiedź dodała: - to ja teraz im to teraz dokładnie wyjaśnię. -

I nie czekając na to co ja mógłbym mieć do powiedzenia zaczęła swój wywód:

- Kochane , nie dajcie się ponieść zmysłom a przynajmniej nie za bardzo. Wierzcie mi, zęby na tym zjadłam.

Nigdy nie odkrywajcie się i nie oddawajcie się zupełnie do końca. Bądźcie zawsze trochę tajemnicze, trochę nieodgadnione. Co pewien czas przypominajcie im o tym swoim zachowaniem. To na co pozwoliłyście wczoraj i przedwczoraj niech stanie się nagle trudne do osiągnięcia,  ale nie niemożliwe, dziś. Musicie być bardzo delikatnie kapryśne i zmienne. Jeżeli zaczyna ich to denerwować i zaczynają się złościć to znaczy że powinnyście zmienić chłopaka, bo to na pewno nie była to jego strony prawdziwa miłość ale..... Są to cechy bardzo kobiecie, sprawdzone od zawsze. Cechy utrzymujące lekki stan podniecenia, napięcia potrzebnego do ciągłej gotowości stanu emocjonalnego w erotycznym życiu mężczyzny. Jednocześnie rozmawiajcie z nimi dużo co pewien czas delikatnie je przekierowując na sferę waszych potrzeb osobistych, mniej lub bardziej intymnych. Róbcie to delikatnie, powoli i koniecznie z dużym wyczuciem. Tak dawkując możecie zmienić wiele, chociaż nie wszystkie jego cechy, które wam nie odpowiadają dopasowując je do swoich potrzeb. Utrzymując ich w delikatnie podniecającej niepewności tworzycie z nich dobry materiał do przetworzenia. Ale koniecznie z wyczuciem bo nie możecie ich ani zniechęcić ani zmienić na kogoś innego niż tych, których pokochałyście. Całkowita szczerość bez granic, całkowite oddanie się od razu zrobi z was bezbronne, poddane panu i władcy istoty. Jest to rozwiązanie fatalne w skutkach. Absolutnym błędem jest wiara w cudowną, bezgraniczną, wielką, obustronną miłość rozbudzoną i podsycaną cały czas przez wzniosłe uczucia. Z reguły jest to bowiem z ich strony tylko pożądanie połączone z zauroczeniem. Też bardzo piękne ale te uczucia są tylko wstępem a nie finałem. Miłość przez  małe „m” spotykacie na swojej drodze codziennie zaś miłość przez duże „M” musicie sobie, niestety, delikatnie wypracować. Natura wyposażyła nas w miłość tę pierwszą, bazującą na zauroczeniu bo tyle tylko potrzeba do spełnienia wymogu zachowania gatunku. 

piątek, 05 sierpień 2016 10:41

Czego mnie nauczyło życie .....

Wszystko ma swoje miejsce i czas. Co wcale nie znaczy, że powinno się czekać cierpliwie aż to „coś”, co może  zmienić wasze życie w łańcuch pięknych zdarzeń i przeżyć, samo nadejdzie. Oczywiście czasami tak właśnie bywa jednak wcale tak być nie musi. Dziewczyna z natury rzeczy jest kusicielką. To jest w tym wszystkim cudowne i niech tak zostanie. Prowokujcie więc i obserwujcie drzewo jabłoni, (drzewo życia) i pielęgnujcie je swoją czułą obecnością. Ze wszystkich jego kolorowych owoców wybierzcie te, może niekoniecznie najbarwniejsze, ale na pewno najsmaczniejsze i rozkoszujcie się nimi do granic zatracenia. Dobrze wykorzystany czas załagodzi wiele dysonansów, jednak pozbawiony waszej pomocy może też je boleśnie wyostrzyć. Bądźcie więc najlepszymi nauczycielami dla samych siebie. Czasami trzeba być desperatem aby pogodzić serce i rozum.
Takie nauki udało mi się wynieść z mojego życia. Nie są one uniwersalne, ale może cokolwiek z nich stanie się inspiracją do waszego podejścia do życia. Życzę powodzenia....

poniedziałek, 18 lipiec 2016 09:11

Dzieciństwo jakie dajemy .....

W którymś momencie napisałem na Koszmarku, że od losu dostajemy tylko surogaty zdarzeń i sytuacji i od nas tylko zależy czy weźmiemy się w garść, popracujemy nad sobą i stworzymy z tego piękne życie, czy też podejdziemy to nich biernie męcząc się, płacząc i stękając, że los nie dał nam szczęścia. Przecież poza drobnymi wyjątkami, nic dobrego nie przychodzi łatwo, nie przychodzi samo. Nad wszystkim trzeba mocno pracować. Zacznijmy traktować swoje życie jak ukochany ogród, w którym hodujemy piękne kwiaty, o które trzeba cały czas dbać i odpowiednio je pielęgnować aby cały czas przynosiły nam radość.

Takie działanie nie jest aż tak bardzo trudne, a już na pewno nie niemożliwe. Dostaliśmy przecież coś tak cudownego, co nazywamy szarymi komórkami. Możemy je wykorzystywać na różny sposób, pomagając sobie, zmieniając życie na przyjazne nam i naszemu otoczeniu ale również możemy posłużyć się nimi inaczej, szkodząc i sobie, i innym. To jest już nasz wybór. Może nie zawsze świadomy ale na pewno nasz. I to jest te 80%, a więc nasz wpływ na nasze życie.

Jednak musimy również pamiętać, że odpowiednio przygotowując nasze dzieci do życia i to już na samym początku kształtowania się ich charakterów powinniśmy uwrażliwić je na pewne zachowania, nauczyć wybierać z życia to co dobre nie krzywdząc przy tym innych. Ktoś kiedyś powiedział – „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. I tak właśnie jest. Jak ukształtujemy naszą młodzież, tak sobie ona później da radę w swoim życiu. Jeżeli wpoimy w nich pewne podstawowe wartości, mam tu na myśli praktyczne wartości życiowe a nie jakiekolwiek ideologie, to później łatwiej im będzie wybrać swoje drogi przy zakładaniu własnych rodzin i wychowywaniu własnych dzieci.

czwartek, 30 czerwiec 2016 12:42

Dlaczego właśnie Koszmarek...

Zastanawiacie się na pewno, a może i nie, skąd wziął się nick Koszmarek. Po pierwsze tak samo dobry jak każdy inny ale w tym przypadku jest w tym coś więcej. Każdy z nas , a ja na pewno, kiedyś, gdzieś, komuś, w czyimś lub w swoim życiu był lub, co gorsza , jest takim właśnie koszmarkiem.. Dobrze. W ten sposób odciążyłem o ten problem moją, okrutnie przemęczoną jedyną, i z tego powodu rozpieszczoną, szarą komórkę. Jestem bowiem klasycznym przypadkiem ludzkiego jednokomórkowca, tyle że ja się do tego przyznaję a inni.... ale to ich problem. Poza tym nie mam problemów z wewnętrznymi rozterkami, bo niemożliwym jest aby jedna szara komórka mogła kłócić się  sama z  sobą. Mam całkowitą zgodność myśli przez co żyję piękniej i spokojniej.

Co jeszcze - jak wyglądam?

Już Wam opisuję siebie najlepiej jak tylko potrafię. Niski, powiedziałbym nawet mały, gruby, łysy, małe rozlatane oczka, uszy jak koła od drabiniastego wozu, nos jak klamka od zakrystii. Ale za to mam aż dwa ząbki z przodu, co prawda nadpsute , ale dwa i mogę spokojnie się szeroko uśmiechać. Nóżki też dwie, krótkie i pulchniutkie ale za to rączki , o te, to są długie do samej ziemi. To ma swoje dobre strony bo nie muszę się schylać gdy coś chcę podnieść z ziemi.

piątek, 10 czerwiec 2016 10:02

Przyjaciel w naszym życiu ......

Prawdziwy przyjaciel w życiu (mam na myśli człowieka a nie tylko mena) to ktoś, kto potrafi patrzeć na nas bezinteresownie, kto chociaż nie zawsze będzie mógł nam pomóc to jednak wysłucha nas ze zrozumieniem. Czasami jest naszym spowiednikiem a czasami kołem ratunkowym. Czujemy się w jego obecności dziwnie bezpieczni.  Musimy tylko pamiętać, że powinniśmy też być kimś podobnym w stosunku do niego. Określamy w ten sposób również ludzi miłych, z którymi okazjonalnie czujemy się dobrze. Są to ci, których lubimy nawet bardzo, którym można zaufać chociaż trzeba to robić dość rozsądnie, z którymi można tzw. konie kraść.  Takich możemy spotkać dużo częściej, jednak o prawdziwych przyjaciół  jest dużo trudniej. Prawdziwa przyjaźń jest uczuciem podobnym do miłości tyle, że zupełnie pozbawiona erotyczności i prawa do wyłączności. No może nie do końca tak jest, ale z grubsza biorąc jest to coś podobnego. I jedno i drugie jest poza tym dość odporne na wszelkie zawirowania. Dlatego też podobnie do prawdziwej miłości wspomniana przyjaźń o której wiemy, że istnieje, dziwnym trafem bardzo rzadko staje na naszej drodze. Czy więc jest możliwa, uważam że tak, musimy tylko dobrze trafić na tę drugą przyjazną nam połówkę i nie pozwolić jej odejść. Ludzi mniej lub bardziej serdecznych jest wokół nas wcale nie mało, wiem bo zdarzyło się to i dla mnie. Tak więc warto się rozglądać, szukać i otwierać się na podobnych ludzi. Wtedy nagle może się okazać, że życie ma inną barwę i smak że wcale nie musi być takie szare jak się to nam wcześniej wydawało. I nieważna tu jest płeć ani wiek. Takie ograniczenia nie grają tu żadnej roli. Życzę powodzenia i trzeźwych ocen, bo to jest tu bardzo ważne. Przyjaźń podobnie jak miłość sprawdza się potem w czasie i napotykających nas trudnych sytuacjach. Czy to jest prawdą, nie wiem? Jednak moim zdaniem warto spróbować aby to sprawdzić. Jestem zdania, że prawdziwy przyjaciel czy przyjaciółka to naprawdę wielki Skarb.

W czym między innymi tkwi tajemnica chęci zawierania związków małżeńskich?

 Jeżeli spokojnie, bez niepotrzebnych emocji zastanowimy się nad odpowiedzią, to znajdziemy powody dla których wybraliśmy właśnie tę osobę a nie inną i dlaczego właśnie w tym momencie a nie innym. Nierzadko może to być odpowiedź wskazująca nam czym przede wszystkim kierujemy się w takich momentach. A więc zauroczeniem (wygląd, poziom, subtelność i zbudowana na tych podstawach nasza wizja ) oraz pożądaniem (erotyka w szerokim tego określenia pojęciu - bardzo silny bodziec szczególnie w młodym wieku ) , które działając jak najsilniejszy narkotyk nierzadko bardzo skutecznie dominują, zagłuszają w nas głos resztek  rozsądku. Budowany na takiej płaszczyźnie obraz partnera lub partnerki jest obrazem wyimaginowanym a nie rzeczywistym. Idealizujemy go starając się nie dostrzegać tych cech, które nam przeszkadzają, po prostu je lekceważąc. Po jakimś czasie, będąc już w związku małżeńskim, bardzo rozczarowani odkrywającą się przed nami smutną prawdą zadajemy sobie pytanie .. gdzie miałam wtedy oczy? I refleksja, którą powtarzamy innym jak mantrę ... dziewczyno, przyjrzyj się mu lepiej, poznaj jego skrywaną skrzętnie stronę, bo każdy z ludzi taką posiada i dopiero wtedy ewentualnie decyduj się na małżeństwo.

Obserwując siebie i otoczenie można spokojnie stwierdzić, że najczęściej decyzja zawarcia związku jest decyzją spontaniczną, tak jak prawie wszystko co robi się w wieku dojrzewania. Bo dojrzałość, moim zdaniem, to nie ukończenie umownego minimum lat.Uzyskuje się ją dopiero po przeprowadzeniu z życiem przynajmniej kilku bitew, które nierzadko boleśnie uczulają nas potem na to, co może jeszcze spotkać nas i naszych bliskich. W niedojrzałym więc świetle ale pełni wiary zaczynamy budować dom nie mając do tego żadnego przygotowania, bo to wyniesione z domu często jest albo po prostu złe, albo też tylko szczątkowe. Może i uczy nas jak gotować, przygotować przetwory czy sprzątać, jednak najważniejszych rzeczy tj. jak postępować w chwilach kryzysu, jak panować nad sobą, jak wyciszać niepotrzebne emocje bliskich czy chociażby w jaki sposób spowodować aby domownicy wchodząc do domu pozostawiali swoje emocje za drzwiami. Niestety, tego nikt nas, oprócz życia, nie nauczy. Na pytanie  jak więc rozwiązać ten węzeł gordyjski odpowiem tak, najprościej to przeżyć ze sobą w jednym mieszkaniu przynajmniej rok traktując to jak szkołę małżeńskiego przetrwania a potem, po upewnieniu się, że znamy się już prawie jak przysłowiowe łyse konie, ukoronować to zawarciem związku i powiększeniem rodziny. Kierowanie się tylko ciepłymi słówkami z reguły do niczego dobrego nie prowadzi. Słowa są ulotne i wygłaszamy je pod wpływem chwili. Czyny, codzienność nie zawsze kolorowa odziera nas z bajkowego wizerunku jakim staramy się w podobnych sytuacjach otaczać. W innym przypadku dojdziemy do od dawna panującego smutnego przeświadczenia, że jakoś tam będzie. Tylko czy warto zakładać rodzinę na bazie tej zasady? Czasami obserwując innych dochodzę do smutnego wniosku, że najdłuższą drogą na tym świecie jest droga do własnego rozumu. Jedną z przeszkód na niej, jest niezrozumiałe dla mnie przeświadczenie, że jeżeli nie mogę zmienić czegoś w całości to po co się za to brać? Uważam, że gdy uda się chociaż troszeczkę w jakiś sposób wyrównać kamienistą drogę naszego życia tak, aby wędrowanie po niej mniej nas bolało, to już warto to zrobić.

I coś jeszcze, dla tych którym wiara ich zdaniem, nie pozwala na wspólne pożycie przed ślubem. Czy większym grzechem jest sprawdzanie siebie przez jakiś czas aby później żyć zgodnie z przykazaniami, czy skakać głową w dół w nieznane tylko dlatego, że nam się podoba i pociąga, a potem męczyć się mieszając łzy z żalem i nienawiścią? I jaką miłość, jakie wzorce otrzyma od nas dziecko w momencie gdy będzie tego najbardziej potrzebowało? Oczywiście są również, i to wiele, związki szczęśliwe, zawierane pod wpływem ślepych uczuć. Są to jednak, moim zdaniem, wygrane w życiowego totolotka. Możliwości rozwiązań jest wiele i w każdym przypadku szczegóły mogą być różne, tak jak każdy człowiek jest inny. Ja spróbowałem tylko podać formę zmniejszającą element ryzyka. Życie nie jest bajką, ale też nie musi być dla nas piekłem. Każdy jest kowalem własnego losu, przynajmniej w jakiejś jego części. Człowiek jest nad podziw wytrzymałym tworem i jakoś poradzi sobie w takich sytuacjach, tylko czy naprawdę warto się męczyć?