"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Koszmarek

Koszmarek

Bardzo łatwo zatracić granice pomiędzy karierą a rodziną. A tak naprawdę, na szczęście dotyczy to nielicznej ilości kobiet. Oczywiście są takie kobiety, które mają inne predyspozycje i szukają samorealizacji w świecie biznesu czy chociażby np. wojsku, straży pożarnej, sportach ekstremalnych, policji itd. Dlaczego wymieniłem właśnie te dziedziny? Chciałem zaznaczyć w ten sposób inność zamiłowań czy też pragnień od powszechnie spotykanych. Biznes to troszeczkę coś innego, tym niemniej też nie to w czym przeciętne kobiety mogą się czuć dobrze. Jest to świat drapieżny, zakłamany, podstępny, świat twardej walki o rynek. I nie to jest tu jeszcze najważniejsze. W życiu nie ma nic za darmo. Powszechnie wiadomo, że pracując w biznesie trzeba mu poświęcać dużo więcej czasu i uwagi niż w normalnej pracy i dodając do tego jeszcze stałe napięcie nerwowe, mamy już powolne wykańczanie psychicznie. Bardzo częstym efektem tego oczywiście jest brak czasu dla własnej rodziny, nierzadko nawet ucieczka od jej stworzenia. Poza tym codzienne zmęczenie, niewspółmiernie większe niż zmęczenie każdą inną pracą, nie pozwala na wykrzesanie z siebie tej ilości ciepła czy chociażby zainteresowania bliskimi, jaką kobieta może i powinna dać. I chociaż życie współczesne zmusza je do większego angażowania się  w zdobywanie pieniędzy, to jednak, moim zdaniem, poza nielicznymi wyjątkami, tzw. kariera zawodowa /nie mylić z pracą / wypacza ich charaktery, ich subtelność, tę bardzo kobiecą delikatną niepewność, może świadomą a może nie, tego nie wiem, to chyba wiedzą tylko same kobiety. Kobieta nie ma nadmiernego zapasu sił i czasu, w związku z czym nie może swobodnie nim dysponować nie krzywdząc przy tym własnej rodziny i siebie samej. Nieciekawa jest rola kobiet we współczesnym świecie, jednak uważam, że każda powinna być świadoma priorytetów jakie sobie sama ustawia. Bo zawsze jest coś za coś, to tylko kwestia własnego wyboru, najlepiej świadomego, bo ponoszone później koszta mogą niestety być kiedyś bardzo bolesne.

niedziela, 21 styczeń 2018 16:50

Konflikt pokoleniowy... spojrzenie z boku

Spotykamy się na co dzień z określeniem specyficznego zachowania młodzieży  określanym mianem buntu pokoleniowego. Jest to zjawisko cykliczne, powtarzające się w każdym kolejnym pokoleniu, które było, jest i będzie, czy to się nam podoba czy też nie. Zawsze podchodziłem do tego dość obojętnie. Tłumaczyłem to sobie kolejnym dopustem bożym polegającym na konflikcie skostniałych stereotypów zbudowanych na podstawie doświadczenia nabytego, odpowiednio zaklasyfikowanego przez tzw. pokolenie ludzi dojrzałych z beztroskimi szaleństwami wieku młodości, dla którego każdy powód do tego jest dobry, które wszystko ma, jak to mówią, gdziesik. I nawet chyba coś w tym jest na rzeczy, tylko oczywiście nie koniecznie z takich powodów, bo zauważcie sami. Każde następne pokolenie coś zmienia, usprawnia, modyfikuje, niektóre sprawy przewraca do góry nogami, tworzy nowe poglądy i normy zachowań. Nie można jednak tego zrobić bez przeprowadzenia generalnych porządków. Dzięki temu to co jeszcze kilkadziesiąt a nawet kilkanaście lat temu było normą dzisiaj może stać się anachronicznym zabytkiem mającym wartość tylko emocjonalną, muzealną ale nie praktyczną. Zacząłem zastanawiać się skąd się to bierze, co jest tego przyczyną? Popatrzmy na to z boku.

Aby nie trwać w stagnacji trzeba co jakiś czas łamać ustalone stereotypy, budować i wchodzić na nowe tory, sprawdzając czy nie da się czegoś zamienić czymś nowszym, lepszym, co pozostawi nasz ślad w kolejnej zmiennej rzeczywistości i wniesie coś świeżego zanim, z czasem oczywiście, stanie się kolejnym stereotypem, kolejną zaszłością. W ten sposób zamyka się koło małej historii. Pozostaje bliźniacza powtarzalność sytuacji. Jakie to dziwne, bo najpierw ktoś się buntuje, aby po jakimś czasie będąc już po drugiej stronie barykady przeżywać to znowu jeszcze raz, tym razem jednak już z własnymi dziećmi jako przeciwnikami.

Aby jednak to się stało potrzebne jest kolejne młode pokolenie, które buntując się przeciw zastanym normom najpierw je odrzuci, by potem tworząc nowe rozwiązania niektóre z nich uznać za słuszne, niektóre zaś wcześniej skorygować, zanim je zaakceptuje na nowo. Do tego wszystkiego doda jeszcze własne, na tę chwilę rewolucyjnie innowacyjne. To jest właśnie, bardzo ogólnie ujmując, klasyczny mechanizm postępu w pełnym tego słowa znaczeniu. I dotyczy to każdej dziedziny życia. 

Od pewnego czasu obserwuję to, co dzieje się w naszym kraju i z przerażeniem dochodzę do wniosku, że nasze niesamowicie aktywne grupy polityczne zaczyna opanowywać jakiś amok. Walka o głosy wyborców, o zaistnienie za wszelką cenę w mediach i na arenie politycznej niejako wymusza na nich zupełnie paranoidalne pociągnięcia. W programie „Co z tą Polską?” prowadzonym przez T. Lisa nie wytrzymał nerwowo nawet tak bardzo opanowany prof. Bartoszewski i użył domyślnie w stosunku do jednego z czołowych, naszych polityków takich określeń jak: nabzdyczony, nadęty i jeszcze kilku innych niemniej dosadnych. To już zmusza do myślenia. Zacząłem więc analizować zdarzenia z ostatniego okresu i nie powiem, że miałem jakiekolwiek powody do uspokojenia swoich podejrzeń. Wręcz przeciwnie. Weźmy na przykład wkręcanie religii do polityki.

Od dawna wiadomo, że polityka jest jednym z największych bagien w którym aby przeżyć, trzeba być niezłym dyplomatą. A tych u nas niestety dzisiaj brak. Religia zaś i jej zasady, to sprawa sumienia każdego z nas, sprawa naszej wiary. Dostaliśmy od Stwórcy wolną wolę i rozum po to, aby rozróżniać co jest dobre a co złe by potem korygować nasze zachowania, poglądy, podejmowane decyzje. I oto nagle zjawia się „ Silna Grupa pod Wezwaniem”, która chce nas ubezwłasnowolnić i zmusić do takiego postępowania jak chcą oni, twierdząc, że opierają się na słowach głów kościoła, na kanonach prawd wiary i że w ten sposób wszystkich nas hurtem uszczęśliwią, bo jesteśmy ślepymi i głupimi jawnogrzesznikami. Poza tym nie zwracają wcale uwagi na to, że w naszym kraju żyją również ludzie innych wiar. Nie spytam już o demokrację, bo to temat do zupełnie innych rozważań.

Swego czasu w trakcie rozmowy o ochronie życia od momentu poczęcia jeden z polityków przed kamerą telewizyjną na zadane mu pytanie:   - "U kobiety w ciąży, z tego powodu nastąpiło nagłe zagrożenie życia. Jak powinien postąpić lekarz, kogo według pana powinien ratować?" odpowiedział bez chwili zastanowienia: -  " powinien ratować płód" - koniec cytatu. 

czwartek, 11 styczeń 2018 16:42

Nasze pochopne oceny ......

Jakże często wypowiadamy się na różne tematy w tym również a może przede wszystkim , dotyczące ocen innych ludzi. Nie znając szczegółów  wystawiamy prawie natychmiast nasze opinie. Potem twierdzimy, że nasze przemyślenia są obiektywne i dotyczą tylko naszych wrażeń. Jednak w momencie gdy przekazujemy je w formie oceny przynajmniej jednej osobie, przestają już być prywatnymi ocenami. Stają się wtedy naszym szufladkowaniem ocenianych. Wiem, nie jesteśmy doskonali, jednak zakładając, że potrafimy myśleć, a tak nam się przynajmniej wydaje, to bez wcześniejszego, dokładnego poznania całej sprawy nie wypowiadajmy ich za szybko. Najczęściej w takich sytuacjach malując barwnie czyjś obraz, podchodzimy do niego emocjonalnie i sztampowo. Rozumiem, taki właśnie mamy  odruch. Emocje i powszechnie panująca kulturowa  ocena zachowań, nie zawsze mieszcząca się  w obowiązujących zwyczajowych regułach, czynią nas takimi a nie innymi. Podejrzewam tylko, że dotyczy to w mniejszym lub większych stopniu, praktycznie prawie wszystkich.

Najbardziej drażliwym tematem jest człowiek,  jego życie i ocena tego wszystkiego przez innych. Nie wiem, czy zdarzyło się wam ocenianie kogoś na podstawie pierwszego wrażenia, na podstawie skrótowych, lakonicznych informacji. O samej formie opisywania późniejszych własnych wrażeń już nie wspomnę. Nierzadko bowiem są one pozbawione jakichkolwiek zasad dobrego wychowania. To wszystko różni nas i dzieli na myślących, w tym kulturalnych i pozostałych.

Na co dzień przyzwyczajeni jesteśmy do kierowania się panującymi zwyczajowymi regułami. Generalnie biorąc jest to sprawdzona norma. Pod jednym wszak warunkiem, że zależnie od okoliczności przepuszczamy je przez pozbawiony emocji filtr obiektywności, a nie tylko akceptując je dlatego, że my tak to widzimy, tak odczuwamy a więc uważamy, że musi to być bezsprzecznie obiektywną prawdą. Owszem, „prawdą” jest, ale naszą,   bardzo subiektywną. Takie podejście do sprawy jest bardzo często powodem do kłótni, do wzajemnych antagonizmów. Później życie pozostawia w nas niesmak, poczucie niezasłużonej krzywdy i wielki żal, że to ludzie nas nie lubią.

Każdy z nas żyje według własnych, wyuczonych lub nabytych zasad, najczęściej z powodu wrodzonego lenistwa i egoizmu bezkrytycznie poddając się im budujemy w ten sposób własne gradacje oceny dobra i zła. Do życia podchodzimy więc bardzo subiektywnie i takie też są nasze wygłaszane później oceny. Powoduje to ustawianie siebie w roli oskarżyciela, sędziego i kata jednocześnie. A jak jest faktycznie? Odpowiedzcie sobie sami.   

Usiłując zrozumieć osobowość ludzkiej natury, w tym oczywiście również jej kwieciście pokręconej kobiecej części, dochodziłem do różnych niesamowitych, często zaskakujących odkryć. Najczęściej wyważałem przy tym otwarte drzwi. Otwarte może dla innych, ale jak się okazuje nie dla mnie. Wiem, że nie wystawiam sobie w ten sposób dobrego świadectwa. Nie przejmuję się tym jednak za bardzo i dalej z wielkim uporem staram się wierzyć szkiełku i oku, którymi to precjozami posługuje się moja jedyna, mała, szara komóreczka. Co z tego wynikło spróbuję podsumować w krótkim opowiadaniu jak to moim zdaniem kiedyś powstał stwór zwany człowiekiem i co z tego wynikło.

Pewnego dnia Stwórca Wszechrzeczy utrudzony nieco dokonaną pracą nad tworzeniem szczęśliwości zwanej światem usiadł w cieniu rajskiego drzewa aby odpocząć. Zastanowił się przez chwilę nad tym, jakiego dokonał dzieła, podrapał się w głowę, rozejrzał się dookoła i nagle dotarło do niego, że atmosfera jest jakaś dziwna. Zauważył mianowicie, że wszystkie zwierzęta przyglądały mu się pilnie. Pierwszy odezwał się osioł i z nie najmądrzejszą miną zadał, jak na osła, całkiem niegłupie pytanie:

- Panie, czy będziesz jak dotąd dbał i pilnował nas stale tworząc jednocześnie coraz to nowsze egzemplarze, gdy te już się nieco zniszczą?

Zastanowił się Stwórca nad przedstawionym dylematem:

- No jasne, przecież dotąd to było proste, muszę jednak znaleźć jakiś sposób, który wyręczy mnie w samodzielnym już kopiowaniu tego, co stworzyłem.

Pomyślał, pomyślał i zmieniając nieco to i owo stworzył kopię tego co już było. Tchnął w nie dar dawania życia i cieszenia się kolejnym potomstwem.

- No tak, ale doglądać tego zwierzyńca codziennie to chyba już nie wytrzymam (pomyślał). Muszę wynaleźć coś nowego. Coś, co będzie miało rozum dzięki któremu będzie mogło zarządzać moją ziemską  trzodą. 


Jak pomyślał tak uczynił. Zaczął więc tworzyć człowieka. Jak się później okazało był to człowiek - mężczyzna. Jednak jak to bywa z każdym pierwowzorem, nie był on doskonały. Poza tym niemałą „zasługę” w tym dziele miał kręcący się wokół i, jak się później okazało, skutecznie przeszkadzający diabeł. Tak się przymilał, tak zagadywał Mistrza, że Ten zupełnie bezwiednie skopiował niektóre przywary i niedoskonałości z upierdliwego czarta.

Jak się później okazało nienajlepszy gatunek użytego materiału spowodował, że bardzo szybko wypychał mu się zwisający później brzuch, włosy jakoś nie chciały się długo trzymać na głowie, garbił się i myślał tylko o „jednym”, chociaż to też tylko do czasu. Poza tym szybko przestawał dbać o swój wygląd uważając widocznie to za coś bardzo niemęskiego.  Oczywiście nie wszystkie te cechy powtarzały się we wszystkich egzemplarzach. Jednak do dzisiaj na pytanie czym różni się mężczyzna od diabła, znawcy tematu odpowiadają przysięgając na wszystkie świętości, że ten pierwszy jest nieco przystojniejszy od drugiego.

To co Stwórca zrobił dalej było już konsekwencją zrozumienia popełnionego błędu przy tworzeniu owego, wiekopomnego dzieła. Wzorując się więc na tym, czego dokonał wcześniej i chcąc chociaż troszeczkę osłodzić sobie niesympatyczne wrażenie wyglądu owego pierwszego człowieka, postanowił dać sobie możliwość cieszenie się pięknem drugiego, już poprawionego egzemplarza. No i oczywiście obdarzyć ją umiejętnością niesienia cudu dawania życia. Był to bowiem w przeciwieństwie do pierwszego, człowiek – kobieta, w skrócie zwany po prostu kobietą.

Zaczął więc zbierać potrzebne materiały do nowej, skorygowanej już rzeźby. Z wyglądu zdecydował się stworzyć coś, co będzie oprócz zewnętrznego piękna (w zabieganiu o które jego właścicielki przekroczyły później wszelkie możliwe granice zdrowego rozsądku), miało w sobie dużo subtelności, ciepła, coś co potrafi wytrzymać wiele przeciwności losu, co będzie wypełnione cierpliwością i uczuciem. Doszedł bowiem do wniosku, że właśnie te cechy będą jej absolutnie potrzebne do wychowania przyszłego potomstwa. Jednak jak się później okazało, i jedno i drugie (mężczyzna i kobieta) nie potrafili tego ani zrozumieć, ani odpowiednio docenić. Nie wyczuli bowiem do czego co służy.

Kobieta zaczęła więc otaczać partnera nadmierną czułością i nadskakiwaniem myśląc, że ten to doceni. I tu go przeceniła. Mężczyznę zaś dzięki takiemu traktowaniu dopadło totalne rozleniwienie. Efektem tego po jakimś czasie totalnie przestał zwracać uwagę na swoją gołębicę, jak ją wcześniej nazywał, oczekując od niej, oprócz dbania o jego wygody, więcej niż mogła mu w tej sytuacji dać. Nie mogła na przykład dać mu powodów do nowego zauroczenia. No bo jak tu zauroczyć się kimś, kogo znamy od podszewki i kto wcale nie jest dla nas nikim nowym, chociaż również niekoniecznie  jeszcze starym?

W ten sposób w mężczyźnie powstało uczucie zwane zazdrością, w którym „pies ogrodnika” gra jedną z ważniejszych, może nawet głównych ról. U kobiet zaś, takie zachowanie było często wynikiem zatapiania się we własnej, niekontrolowanej wyobraźni, w którą wierzą one bardziej niż w zdrowy rozsądek. Chociaż owego rozsądku w różnym stopniu, nierzadko brak jest bardzo i jednej i drugiej stronie.

W ten właśnie sposób przy czynnym współudziale obu stron został ustanowiony patryarchat, który po wielu różnych burzliwych zmianach panuje jednak do dziś.

Najczęściej popełnianym współczesnym grzechem głównym jest dziwnie przewrotne, bezsensowne myślenie. A mianowicie on myśli, że ona po ślubie się nie zmieni. Ona zaś wierzy, że on po ślubie zmieni się na pewno. Mówi się, że każda wiara czyni cuda. Jednak chyba nie w tym przypadku.

czwartek, 02 listopad 2017 15:48

Demokracja, wolność słowa a kultura...

Z pewnego punktu widzenia mamy ciekawe czasy. No bo jak można nazwać wszystkie sprzeczności którymi nas dzisiaj się karmi? Jak daleko możemy posunąć się szermując wolnością słowa i przekazu? Przecież wolność słowa jest jednym ze składników demokracji. Gdzie w takim razie leży jej granica? Jak ma się do tego przykładowo, publikowanie karykatur Mahometa czy też Papieża? Czy jest to  wolność konstytucyjna, należna wszystkim jak psu kość, czy też zwykły brak kultury i poszanowania cudzych przekonań i wierzeń, depcząc ich świętości religijne? Mnóstwo pytań ciśnie się na usta. Powie zaraz ktoś, że uogólniam. Tak, to prawda, ale robię to po to, abyśmy sami powoli mogli dojść do szczegółów, do wyznaczenia pewnych norm, które powinny nas ograniczać w pędzie do nieograniczonej wolności, aby nie doszło do anarchii obyczajowej, zbyt daleko posuniętej swobody, która zatrze delikatną granicę pomiędzy tym co można, a tym co zaczyna dzielić ludzi na wrogie sobie obozy. Ja mam na ten temat własne zdanie, bynajmniej nie odosobnione i nazwałbym to może mniej delikatnie ale za to dosadniej, niestety, jest to określenie nie parlamentarne w związku z czym przemilczę.

                                      

Ciekawe, że można też w niektórych przypadkach odnaleźć tu również znamiona nie najlepiej  ukrywanego nacjonalizmu i prowokacji. No bo pomyślcie, czy sam fakt istnienia terrorystów zagrażających w jakiś sposób pokojowi na świecie, może tłumaczyć podburzanie do nienawiści wobec wszystkich islamistów nawet jeżeli dotyczy to radykalnych odłamów religijnych? Nie wszyscy z nich są terrorystami, bo jest to przecież tylko mały procent tych ludzi. Fakt, dotykający nas boleśnie, ale czy dlatego można obrażać wszystkich wierzących bez wyjątku? Podkreślam jeszcze raz, chodzi mi o bezkarność swobodnego obrażania tego co jest dla pewnych grup świętością, bo w sytuacjach zagrożenia publicznego pewne restrykcje wobec tych grup są oczywiście bezdyskusyjne. Zaraz usłyszę, że nikt tu nikogo nie podburza, a przynajmniej nie było to wcale jego zamiarem, i że jest to tylko wyrażenie sprzeciwu przeciwko dławieniu wolności należnej. Może i tak, tylko jakie wywołuje to skutki, poza tym jakie są tego konsekwencje polityczne? Czy tak trudno to przewidzieć? Coraz częściej zatracamy subtelną granicę pomiędzy (zakazem) nie mogę, a (kulturą) nie powinienem. I zrozumiałbym nawet to, gdyby nie delikatny problem braku tej małej psychicznej blokady przed przekroczeniem ogólnie uznawanych norm współżycia między ludźmi, poszanowania ich przekonań, zasad i wierzeń. Ciekawe, że sami tego pragniemy, ale niestety, najczęściej tylko w jednym kierunku, do siebie. 

sobota, 01 lipiec 2017 14:27

Jak się szybko nie zestarzeć?....

Ostatnio wiele rozmawiałem na tematy młodości i starzenia się. Poznałem wiele różnych racji, wiele punktów widzenia i odczuwania tego zjawiska. Muszę powiedzieć, że namieszało mi to nieźle w głowie. No bo albo się jest młodym, albo się jest starym. No może jeszcze coś tam po środku. Tym niemniej już samo przejście w tzw. dorosłość, przyjmowanie pewnych kanonów że coś nam już nie wypada, jest też formą starzenia się. W takim razie kiedy kończy się młodość a zaczyna się powolny proces starzenia? Nie mogąc rozwiązać tego problemu zwróciłem się z tym pytaniem do mojej szarej komóreczki. I wiecie co? Lepiej żebym tego nigdy nie robił. Nawtykała mi od idiotów, imbecyli i były to te łagodniejsze określenia, bo innych tu już z powodów cenzury administratora, nie przytoczę. I na koniec podsumowała to wszystko w ten sposób:

-Czy ty /tu wypikane/ nie masz innych problemów? Jeżeli tak to chyba jesteś najszczęśliwszym, co jest zupełnie niemożliwe, albo też najgłupszym człowiekiem na świecie. Najszczęśliwszym, bo oprócz tego nie masz nic co mogłoby przykuć twoją uwagę, co mogłoby ciebie zdołować, w co nie wierzę bo wiem, ewentualnie najgłupszym, bo poddajesz się niczym nie uzasadnionej dominacji błahego problemu nie zauważając wokół większych, ważniejszych. I to mi do ciebie pasuje.

Muszę powiedzieć, że nie tego po niej się spodziewałem. Jednak po chwili gdy zauważyłem jej dziwnie niesymetryczną z jednej strony buzię, zrozumiałem. Ból zęba tłumaczy wszystko. Poszukałem więc czegoś, co kiedyś kupiłem w aptece na usunięcie takiej dolegliwości i z naparstkiem wody podałem cierpiącej.

Aby spokojnie odczekać na zadziałanie położyłem się i zatopiłem w myślach. Po jakimś czasie poczułem lekkie szturchnięcie. Otworzyłem oczy. Przede mną stał mój mały szary potworek ale tym razem już się uśmiechał. Wyglądało to tak dziwnie, że parsknąłem śmiechem. Uważacie ze nie powinienem? No dobrze, to wyobraźcie sobie tego stworka na krótkich, krzywych, chudziutkich nóżkach z niewielkim tułowiem za to dużą główką i odstającymi nienaturalnie uszkami pomiędzy którymi zamiast dwóch oczek było tylko jedno, bo drugie znikło pod wielką opuchlizną. I toto wytrąca was z ciepłych marzeń i jeszcze się krzywo uśmiecha. Wiem, to nieładnie śmiać się z cudzego nieszczęścia, ale chyba rozumiecie, taki widok może albo przerazić, albo rozśmieszyć. U mnie było właśnie to drugie.

-Co tak ciebie ubawiło? – zapytała nie zmieszana. I nie czekając na moją odpowiedź ciągnęła dalej:

Zastanawiałem się długo jakie miejsce w naszym życiu mają nasze tęsknoty? A w ogóle co to jest tęsknota? Czy jest zjawiskiem pozytywnym czy negatywnym? A może zupełnie obojętnym i my, spokojnie być może potrafilibyśmy się bez niej obejść? Pytań jest wiele. Podejrzewam, że odpowiedzi, tak jak z miłością, jest też tyle ilu jest ludzi. Spróbujmy jednak, chociażby w małej części, jakoś to ugryźć.

Na początku zajrzałem do Encyklopedii Powszechnej. I tu zaskoczenie. Encyklopedia milczy tak, jak gdyby tęsknota była czymś tak rzadkim, że nie warto o niej wspominać. W wielu innych wydawnictwach również brak informacji. Dopiero w Słowniku Poprawnej Polszczyzny jest coś niecoś na ten temat, co prawda mówi się tu tylko o składni i znaczeniu, ale zawsze to coś. No cóż, nie pozostawało mi nic innego niż zwrócenie się z tym problemem do mojej małej szarej komóreczki z prośbą, aby mi wyjaśniła czy to jest tylko nasza emocja, czy może już jakieś uczucie? A może i jedno i drugie? A tak z innej strony. Czasami jakoś dziwnie do tego ustosunkowujemy się patrząc na kogoś, kto jest smutny, popadający niekiedy nawet w depresję, bo tęskni za kimś, za czymś, za domem rodzinnym, ojczyzną, spokojem czy chociażby za tym co było i minęło już dawno a do czego można wrócić tylko we wspomnieniach...etc. Nie chcąc jednak zdenerwować mojej jedynaczki zmęczonej ciężką pracą ( tak ostatnio twierdzi, chociaż ja nie wiem czym mogła się tak zmęczyć?) spróbowałem małej prowokacji, oczywiście w celu zwrócenia na siebie jej uwagi. Położyłem się więc w moim małym pokoiku na tapczanie, otworzyłem szeroko okno, wpuściłem świeże powietrze i czekałem na to, co się stanie.

Na dłuższą metę wiadomo, przeziębienie, katar, może grypa, ale z doświadczenia wiem, że moje maleństwo jest na niskie temperatury mniej odporne ode mnie. I nie myliłem się. Po kilku minutach coś się zaczęło nerwowo poruszać na półce z książkami i na poduszkę leżącą obok mnie wyskoczyła ze zmierzwionym włosem i szaleństwem w oczkach, trzęsąca się z chłodu znajoma mi istotka. Pukając nerwowo mnie w czoło wrzasnęła piskliwym głosikiem:

środa, 07 czerwiec 2017 14:02

Matematyka i ....... życie

O moim wykształceniu wolę nie pisać, zresztą jest to nieistotne. Z zamiłowania jestem „matematykiem” z wielkim szacunkiem do języka polskiego. W dzieciństwie interesowała mnie bardzo logiczność wywodów starych filozofów. Właśnie to później odnalazłem w matematyce. Moja stara, kochana nauczycielka tego przedmiotu w technikum, która zasypiała spokojnie na klasówkach i pozwalała posługiwać się w trakcie pisania książkami twierdziła, że nie warto zaśmiecać wszystkimi formułkami i wzorami sobie głowy. Powinno się jednak wiedzieć gdzie i w jakich w książkach można je odnaleźć. Przekładając to na język dzisiejszy i porównując do komputera, to według Jej teorii, w naszych głowach powinny znajdować się, oprócz najczęściej używanych mądrości, przede wszystkim skróty, linki do informacji zamkniętych w odpowiednich wydawnictwach. Oczywiście wszystkich tych informacji powinno się wcześniej pilnie uczyć, aby wiedzieć w jaki sposób je, w odpowiednim momencie w życiu, wykorzystać. Wszystkiego i tak nie da się zapamiętać, a więc zaśmiecanie pamięci próbą skomasowania ich wszystkich w naszej głowie jest bezsensowne.

Jestem Jej wdzięczny za to, że nauczyła mnie logiki analitycznego, matematycznego myślenia. Każdy problem w życiu można rozłożyć na czynniki pierwsze, wyeliminować rzeczy nie istotne i odnaleźć jego słaby punkt. Takie podejście do tematu pozwala na ominięcie naszych negatywnych emocji i ustalenie słabych punktów, które należy usunąć. Mam nadzieję, że kiedyś wreszcie nauczymy się podchodzić do naszego życia jak lekarz do chorego pacjenta, który aby usunąć skutek stara się odnaleźć przyczynę choroby i zlikwidować ją. On nie chodzi wściekły z tego powodu spisując nas na straty. Sięga do swojej pamięci, nierzadko też do książek i analizując objawy szuka przyczyn.