"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Mój punkt widzenia ... z życia brane

Mój punkt widzenia ... z życia brane (449)

Spotykam się na co dzień z opiniowaniem wszystkiego wokół, zresztą sam nie odbiegam od normy. Przecież musimy określić wszystko to co widzimy, uplastyczniając w naszej wyobraźni obraz tego tak jak on wygląda naszym zdaniem. Tak, tylko prawie zawsze, poza niewielkimi wyjątkami, zapominamy potem dodać ... naszym zdaniem, z czego wynika późniejsza powierzchowność naszej oceny, która pozostaje, niestety, podstawą do naszego ustosunkowania się do tej osoby lub zjawiska. Odbieramy to później jak wykładnię czegoś co tak naprawdę może wyglądać zupełnie inaczej. Dodanie tych dwóch słów jest bardzo ważne, ponieważ pozostawia otwarte drzwi do prawdziwego poznania czegoś lub kogoś. Jest to przecież tylko nasze pierwsze wrażenie. Skupmy się teraz na tworzeniu wizerunku człowieka, postrzeganiu go na co dzień, niezależnie od naszych nastrojów i nastawień, od naszych emocji.

Jak oceniamy siebie? Pytanie, wbrew pozorom, nie bezzasadne. I chociaż znamy siebie od zawsze to jednak bardzo mało lub nawet wcale nie zauważamy naszych wad. Owszem, mówimy o nich czasami ale zawsze w kontekście „ jakiego mnie panie stworzyłeś takiego mnie masz". I jeżeli już ktoś nas nie akceptuje to już jego strata, jego problem, bo powinien nas polubić czy też pokochać takimi jakimi jesteśmy. Tłumaczymy, że każdy człowiek ma wady i zalety, ważnym jest tylko to czego w nim jest więcej, o wadze gatunkowej jednych i drugich już z reguły nie pamiętamy. Akceptujemy siebie i już.

Problem zaczyna się w momencie gdy zaczynamy oceniać innych. Najpierw wyławiamy tylko to czego oczekujemy a potem pieczołowicie obraz ten pielęgnujemy rozczarowując się gdy coś nas zaczyna uwierać, gdy zaczynamy poznawać tego kogoś bliżej, dokładniej.  I to też nie byłoby niczym nadzwyczajnym gdyby nie fakt, iż bardzo często zachowania tej drugiej strony są konsekwencją naszego postępowania wobec nich, stawiania ich przed koniecznością wyboru lub nawet obrony przed naszymi zachowaniami, emocjami. Zaraz usłyszę głosy, że to dotyczy obu stron. Oczywiście że tak, tylko odpowiadanie w ten sposób jest już próbą rozmydlenia problemu, oczekiwania tego że ta druga strona spróbuje nas zrozumieć. A my? My wspaniałomyślnie pozwolimy kochać się i już. No cóż, jest to nagminnie przez nas  popełniany błąd. Ale przecież my jesteśmy tak kochający, tak bezradni, tak niewiele oczekujemy, tylko odrobiny ciepła, miłości i zrozumienia ( to też nie cała prawda). Z tą odrobiną to niezupełnie tak, a poza tym nie odpychajmy naszymi humorkami, zachowaniami, naszymi wymogami. W momentach rozżalenia nie zauważamy co dobrego ta osoba dla nas robi, bo jest to przecież rzeczą normalną, jak powietrze. Czegoś jednak nie otrzymaliśmy i to nas już boli niemiłosiernie, narasta do rangi problemu przesłaniając wszystko inne. Wiem, że trudno stać się takim ideałem a wręcz jest to niemożliwe ale próbujmy zmieniać się  a jeżeli już nie to nie dziwmy się, że po jakimś kolejnym wybuchu nie zawsze uzasadnionego żalu lub złości, ta druga strona jeszcze w następnym i kolejnym dniu nie może dojść do siebie i ciągle widzi ten zburzony przez nas obraz.

Pamiętajmy, że najpierw trzeba coś dać aby potem coś dostać. Dając siebie nie tylko dajemy swoje ciało ale również, a nawet przede wszystkim swój charakter a to już jest najczęściej niezła doza pokrzywy ukrytej wśród puchu. Od nas i tylko od nas zależy jak bardzo będzie ona szkodzić w naszym związku.  Miłość polega na dawaniu a nie na braniu i to dotyczy obu stron. Jest to podstawowy warunek aby ciepło i wzajemne zrozumienie trwało długo. Zaznaczam jeszcze raz, to co piszę dotyczy wszystkich bez wyjątku, którym zależy na budowaniu zdrowych związków. Popatrzmy na siebie z boku, czy gdyby ktoś inny tak zachowywał się jak my to jak podeszlibyśmy do tego, jak byśmy go ocenili?

I nie ma tu tłumaczenia, że my to co innego. Nie, my jesteśmy tacy sami jak inni i podlegamy takim samym prawom i ocenom. Jeżeli tego nie zrobimy to nie dziwmy się później że ktoś, na kim nam bardzo zależy, po pewnym czasie zmienia o nas zdanie na gorsze.

Potraktujmy siebie jak zainfekowany program komputerowy, który aby dobrze działał, najpierw trzeba antywirusowym programem przejrzeć a potem wyleczyć. W końcu musimy, tworząc wspólnie system rodzinny, zrobić wszystko aby atmosfera była ciepła, pełna zrozumienia, miłości i, co niemniej ważne, zabezpieczona przed złymi wpływami z zewnątrz.

 Dla jasności dodam, że jest to tylko jeden z podstawowych warunków w rozwiązywaniu naszych problemów. Jeden z wielu, ale o tym innym razem.

A co zrobić jeżeli dajemy siebie, pracujemy nad sobą, nad swoją zmianą a w efekcie jesteśmy tylko wykorzystywani i nie dostajemy nic? Cóż, odpowiedzi nie muszę dawać bo ciśnie się sama na usta. No chyba, że jesteśmy tak bardzo zauroczeni iż nie dopuszczamy nawet myśli o zmianie partnera. Ale to już jest zupełnie inna bajka.

15 Gru 2006

Czy zastanawialiście się kiedyś skąd się wzięło powiedzenie, że rewolucja zjada swoje dzieci? Przecież tego nikt nie wymyślił tylko dlatego, że ładnie brzmi, że jest takie poetyckie, takie patetyczne. Jest to prawda historyczna, prawda życiowa. Oczywiście, rewolucja francuska, Robespierre i inni, to dzisiaj wie prawie każdy. Czy jednak sam mechanizm nie jest w historii dziejów w jakiś sposób powtarzany? Spróbujmy to przeanalizować. Może dojdziemy do jakichś wniosków, które nam coś uświadomią? Może będziemy bardziej pewni siebie, pewni tego, że możemy walczyć o coś, nie pozwalając przy tym bezkarnie sobą manipulować?
A więc, aby porwać ludzką społeczność, naród, do walki o coś, tworzy się, bazując na jakimkolwiek ogólnym niezadowoleniu, grupę jednoczącą wszystkich hasłami mającymi w treści pojęcia wolności, sprawiedliwości i równości. To sztampa, powtarzająca się za każdym razem. Potem wybiera się spośród nich "trybunów ludowych". Ludzi skazanych z góry na usunięcie gdy się uda całe przedsięwzięcie, ewentualnie na "męczenników za sprawę" gdyby się coś nie udało. Ludzi pozbawionych chęci zysku, naprawdę wierzących w sprawę i chcących uczciwych zmian, ludzi ideowych, charyzmatycznych, nie znających kompromisów, takich z którymi mogą się wszyscy, a przynajmniej większość, identyfikować

14 Gru 2006

(Prawie z życia wzięte).

W pewnym niedużym, mocno schorowanym miasteczku zjawił się pewnego, nie najpiękniejszego dnia ktoś, kto twierdził, że jest świetnym lekarzem. Po kilku dniach zjawił się następny i za kilka dni kolejny. Każdego z nich wkrótce otoczyło grono, nie koniecznie wiernych, wyznawców uzdrowicielskiej siły, jakoby  w nich drzemiącej. Wszyscy głośno twierdzili, że są wspaniałymi lekarzami i tylko oni potrafią leczyć, oczywiście każdy to mówił tylko o sobie, natomiast o innych twierdził, że są nieudacznikami i partaczami. W mieście, jako że było bardzo biedne poza drobnymi wyjątkami, zamieszkiwali sami ubodzy ludzie.

Pewnego dnia jeden z nich, mocno zbolały, nie mając innego wyjścia wybrał się do jednego z nich po poradę lekarską i po leki.

- Przyszedłem do pana z tym co mnie boli panie doktorze. Jest to moja bieda - powiedział. - Jednak choruje na nią większość mieszkańców miasteczka. - dodał.

06 Gru 2006

Niestety, tym razem absolutnie prawdziwe.

Czasami zastanawiam się, dlaczego tak zwane kłopoty przejściowe okresu transformacji, odbijające się na egzystencji olbrzymiej ilości ludzi w Polsce, nie dotykają tak samo dotkliwie naszych polityków, którzy w przeciwieństwie do reszty narodu mają stale waloryzowane wysokie  dochody, bardzo dobrą opiekę zdrowotną czyli w jakimś stopniu zapewniony niezły byt. Nie dotyczą też ich żadne konsekwencje za popełniane błędy, za złożone wcześniejsze niespełnione obietnice. Oczywiście nie mam tu na myśli tych nielicznych, przyłapanych na omijaniu litery prawa, którzy świadomie popełnili przestępstwa a do tego jeszcze byli członkami partii opozycyjnych. Zauważmy dla przykładu, że za skonstruowanie chorego prawa nikt nie odpowiada, chociaż doskonale wiemy, że jest dalekie od powszechnie głoszonej idei, od założeń kryjących się w podstawach jego tworzenia.

27 Lis 2006

Moje opowiadanie, nie zawsze prawdziwe.

Następnego dnia po rozmowie z leniwym staruszkiem, gdy tylko usłyszałem pierwsze pianie koguta siedzącego na płocie u sąsiada a słońce zaczęło budzić wszystko wokół, wstałem, wyszedłem na dwór i przeciągając się popatrzyłem na wielkie drzewo rosnące na brzegu wsi tuż pod lasem. Spał tam w swojej dziupli właśnie ów stary, leniwy filozof. W tym momencie przypomniała mi się jego opowieść, może prawdziwa a może i nie, o spotkaniu ze Stwórcą wszystkiego. Za każdym razem, gdy opowiadał mi o różnych podobnych zdarzeniach, robił to tak przekonywująco, że wydawało mi się to absolutnie prawdziwe. Do dziś miewam jeszcze wiele wątpliwości, prawda to czy ironia starca obserwującego życie? Ale wracając do rzeczy. Otóż, wstałem w miarę wcześnie i po porannym oporządzeniu niewielkiego dobytku w mojej zagrodzie powoli ruszyłem nad rzeczkę przepływającą niedaleko starego dębu. Usiadłem na brzegu zatapiając się w myślach. Przypomniałem sobie ostatnią opowieść staruszka o stworzeniu świata a w tym również człowieka. Pochłonęły mnie obrazy w mojej wyobraźni. Nie wiem ile czasu tak siedziałem, ale musiało to być chyba długo, bo słońce zaczęło się już zbliżać do zenitu. Gdy nagle poczułem czyjąś dłoń na moim ramieniu. Obejrzałem się. Obok a właściwie tuż przede mną stał Ktoś, byłem o tym święcie przekonany a jednak trudno byłoby mi teraz dokładnie opisać to zjawisko, które wtedy widziałem. Była to bowiem półprzezroczysta postać, cała otoczona dziwną mgielną aureolą, od której biło jakieś niesamowite ciepło i przeogromny spokój. W pierwszej chwili wydało mi się, że stoi przede mną stary, leniwy filozof, którego wizerunek widziany na tle bardzo jasnej tarczy słonecznej jawi mi się właśnie w ten dziwny sposób. Jednak po bliższym przyjrzeniu się szybko zauważyłem różnicę. Włosy i broda były też długie, siwe ale w przeciwieństwie do mojego staruszka bardzo uporządkowane, wijące się jak nienaturalnie zakręcone promienie. Oczy, w których odbijało się wszystko jak w zaczarowanym lustrze miały taką głębię, że wydawało się iż można tam wejść i iść, iść, do granic czegoś niewytłumaczalnego. A głos który usłyszałem był  czymś, z czym się nigdy jeszcze wcześniej nie spotkałem, niski, głęboki, a jednocześnie bardzo kojący, delikatny, pulsujący dziwną, niezrozumiałą dla mnie energią. Mówił nie otwierając ust, a jednak słyszałem Go bardzo wyraźnie i dokładnie.

21 Lis 2006

Moje opowiadania, nie zawsze prawdziwe.

Któregoś dnia podszedłem do starego drzewa.  Echem po ścianach wielkiej dziupli odbijało się chrapanie staruszka, aż liście na gałęziach lekko drżały. Zajrzałem Wyglądał cudownie. Góra siwych włosów, splątanych ze sobą ze środka których wynurzał się jak wielki burak, okrąglutki czerwony nos. Wąsy, broda i włosy stanowiły tutaj jedną tajemniczą całość i gdyby nie ów wspaniały nos, można by długo dociekać, co to może być?

W pewnej chwili, usłyszałem kichnięcie i ukazały się dwa oczka, troszeczkę jeszcze przykryte włosami, zaspane dwie źrenice, które patrzą na mnie podejrzliwie, obserwując co robię. Po chwili, jakgdy nic nadzwyczajnego się nie działo,  staruszek powoli usiadł, przetarł miejsce w którym powinny być oczy, bo włosy znowu wszystko mu zakryły i wcale nie zdziwiony spytał:

- Jakie bogi ciebie tutaj sprowadzają, hę?

Zaskoczony trochę pytaniem, zmieszałem się ale po chwili odparłem:- Mistrzu, bardzo lubię twoje opowieści a szczególnie te, w których opowiadasz o swoich spotkaniach ze Stwórcą wszystkiego. Opowiedz mi coś jeszcze, proszę. 

Długo się zastanawiał, wreszcie odrzekł:

- Dobrze, ale tym razem będzie to długa opowieść. Muszę bowiem wszystko ci wyłuszczyć dokładnie, bo nie było to zwyczajne spotkanie.

Poczem rozsiadł się wygodnie i tak zaczął.: