"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Mój punkt widzenia ... z życia brane

Mój punkt widzenia ... z życia brane (434)

Spotykam się na co dzień z opiniowaniem wszystkiego wokół, zresztą sam nie odbiegam od normy. Przecież musimy określić wszystko to co widzimy, uplastyczniając w naszej wyobraźni obraz tego tak jak on wygląda naszym zdaniem. Tak, tylko prawie zawsze, poza niewielkimi wyjątkami, zapominamy potem dodać ... naszym zdaniem, z czego wynika późniejsza powierzchowność naszej oceny, która pozostaje, niestety, podstawą do naszego ustosunkowania się do tej osoby lub zjawiska. Odbieramy to później jak wykładnię czegoś co tak naprawdę może wyglądać zupełnie inaczej. Dodanie tych dwóch słów jest bardzo ważne, ponieważ pozostawia otwarte drzwi do prawdziwego poznania czegoś lub kogoś. Jest to przecież tylko nasze pierwsze wrażenie. Skupmy się teraz na tworzeniu wizerunku człowieka, postrzeganiu go na co dzień, niezależnie od naszych nastrojów i nastawień, od naszych emocji.

Jak oceniamy siebie? Pytanie, wbrew pozorom, nie bezzasadne. I chociaż znamy siebie od zawsze to jednak bardzo mało lub nawet wcale nie zauważamy naszych wad. Owszem, mówimy o nich czasami ale zawsze w kontekście „ jakiego mnie panie stworzyłeś takiego mnie masz". I jeżeli już ktoś nas nie akceptuje to już jego strata, jego problem, bo powinien nas polubić czy też pokochać takimi jakimi jesteśmy. Tłumaczymy, że każdy człowiek ma wady i zalety, ważnym jest tylko to czego w nim jest więcej, o wadze gatunkowej jednych i drugich już z reguły nie pamiętamy. Akceptujemy siebie i już.

Problem zaczyna się w momencie gdy zaczynamy oceniać innych. Najpierw wyławiamy tylko to czego oczekujemy a potem pieczołowicie obraz ten pielęgnujemy rozczarowując się gdy coś nas zaczyna uwierać, gdy zaczynamy poznawać tego kogoś bliżej, dokładniej.  I to też nie byłoby niczym nadzwyczajnym gdyby nie fakt, iż bardzo często zachowania tej drugiej strony są konsekwencją naszego postępowania wobec nich, stawiania ich przed koniecznością wyboru lub nawet obrony przed naszymi zachowaniami, emocjami. Zaraz usłyszę głosy, że to dotyczy obu stron. Oczywiście że tak, tylko odpowiadanie w ten sposób jest już próbą rozmydlenia problemu, oczekiwania tego że ta druga strona spróbuje nas zrozumieć. A my? My wspaniałomyślnie pozwolimy kochać się i już. No cóż, jest to nagminnie przez nas  popełniany błąd. Ale przecież my jesteśmy tak kochający, tak bezradni, tak niewiele oczekujemy, tylko odrobiny ciepła, miłości i zrozumienia ( to też nie cała prawda). Z tą odrobiną to niezupełnie tak, a poza tym nie odpychajmy naszymi humorkami, zachowaniami, naszymi wymogami. W momentach rozżalenia nie zauważamy co dobrego ta osoba dla nas robi, bo jest to przecież rzeczą normalną, jak powietrze. Czegoś jednak nie otrzymaliśmy i to nas już boli niemiłosiernie, narasta do rangi problemu przesłaniając wszystko inne. Wiem, że trudno stać się takim ideałem a wręcz jest to niemożliwe ale próbujmy zmieniać się  a jeżeli już nie to nie dziwmy się, że po jakimś kolejnym wybuchu nie zawsze uzasadnionego żalu lub złości, ta druga strona jeszcze w następnym i kolejnym dniu nie może dojść do siebie i ciągle widzi ten zburzony przez nas obraz.

Pamiętajmy, że najpierw trzeba coś dać aby potem coś dostać. Dając siebie nie tylko dajemy swoje ciało ale również, a nawet przede wszystkim swój charakter a to już jest najczęściej niezła doza pokrzywy ukrytej wśród puchu. Od nas i tylko od nas zależy jak bardzo będzie ona szkodzić w naszym związku.  Miłość polega na dawaniu a nie na braniu i to dotyczy obu stron. Jest to podstawowy warunek aby ciepło i wzajemne zrozumienie trwało długo. Zaznaczam jeszcze raz, to co piszę dotyczy wszystkich bez wyjątku, którym zależy na budowaniu zdrowych związków. Popatrzmy na siebie z boku, czy gdyby ktoś inny tak zachowywał się jak my to jak podeszlibyśmy do tego, jak byśmy go ocenili?

I nie ma tu tłumaczenia, że my to co innego. Nie, my jesteśmy tacy sami jak inni i podlegamy takim samym prawom i ocenom. Jeżeli tego nie zrobimy to nie dziwmy się później że ktoś, na kim nam bardzo zależy, po pewnym czasie zmienia o nas zdanie na gorsze.

Potraktujmy siebie jak zainfekowany program komputerowy, który aby dobrze działał, najpierw trzeba antywirusowym programem przejrzeć a potem wyleczyć. W końcu musimy, tworząc wspólnie system rodzinny, zrobić wszystko aby atmosfera była ciepła, pełna zrozumienia, miłości i, co niemniej ważne, zabezpieczona przed złymi wpływami z zewnątrz.

 Dla jasności dodam, że jest to tylko jeden z podstawowych warunków w rozwiązywaniu naszych problemów. Jeden z wielu, ale o tym innym razem.

A co zrobić jeżeli dajemy siebie, pracujemy nad sobą, nad swoją zmianą a w efekcie jesteśmy tylko wykorzystywani i nie dostajemy nic? Cóż, odpowiedzi nie muszę dawać bo ciśnie się sama na usta. No chyba, że jesteśmy tak bardzo zauroczeni iż nie dopuszczamy nawet myśli o zmianie partnera. Ale to już jest zupełnie inna bajka.

23 Paź 2006

Moje opowiadania, nie zawsze prawdziwe.

Kilka dni temu odwiedziłem moich bardzo dobrych znajomych. Jak zwykle w takich sytuacjach, rozmawialiśmy o różnych sprawach. Trochę o życiu, trochę o komputerze, o nieszczęsnej polityce jednym słowem o wszystkim, co doskwiera, co przeszkadza lub też, czym możemy się pochwalić. W pewnym momencie do naszej rozmowy włączyła się bardzo młoda osoba, dokładniej ich córka. Nazwijmy ją A. Po usłyszeniu kilku jej opinii o dzisiejszej rzeczywistości, o problemach młodzieży moja jedynaczka, szara komóreczka, z zaciekawieniem zaczęła się najpierw dokładniej przysłuchiwać i obserować mnie w jaki sposób bardzo nieporadnie próbuję pokazać, że też mam coś do powiedzenia na te tematy a potem, nie mogąc znieść mojej indolencji, puknęła mnie w głowę, że aż echo poszło, i wycedziła przez zęby:... Lepiej siedź cicho, bo już zaczynam się wstydzić za ciebie. Absolutnie nie mogę pozwolić abyś mnie w oczach innych tak kompromitował...

Co rzekłszy, maleństwo jak gdyby nic wdrapało się na moje kolana, usiadło wygodnie, przypatrzyło się rozmówczyni, uśmiechnęło się szeroko potem podrapało się w główkę i machając łapką co miało oznaczać .... teraz ja, teraz ja .. przejęło ode mnie pałeczkę w dalszej dyskusji. Obserwowałem ją z boku i muszę powiedzieć uczciwie, dawno nie widziałem mojego malucha w takich opałach. Dwoiło się i troiło, przewartościowywało swoje prawdy, przestawiało na półkach wiedzę o życiu, między innymi o tzw. buncie każdego młodego pokolenia, korygując ją pod wpływem bardzo logicznych, spokojnych i rzeczowych wypowiedzi A.

14 Paź 2006

Moje opowiadania, nie zawsze prawdziwe.

Chodząc bo blogach oraz czytając komentarze na mojej stronie spotkałem wiele ciekawych wypowiedzi na tematy dotyczące naszych notorycznie popełnianych błędów, czy to w sferze miłosnych uniesień i późniejszych konsekwencji z tego wynikających, czy też chociażby naszych codziennych, zwykłych problemów. Np. kłótni, których powodem często nie jest to co rzucamy sobie nawzajem w oczy ale wcześniejsze, mniej lub bardziej uzasadnione, narastanie agresji powodowanej najczęściej naszą nadpobudliwością lub żalem do całego świata, że coś, że ktoś, że innym to ... a nam nie, lub chociażby, że ktoś nas zawiódł, ktoś, bo my to oczywiście nikogo nigdy nie zawodzimy... itd. Zacząłem zastanawiać się dlaczego tak jest, dlaczego tak trudno nam czegoś się nauczyć. Czegoś, co mogłoby być dowodem na to, że nie dostaliśmy cudownej możliwości rozumowania, za karę. Wiedząc jednak, że sam sobie z tym problemem nie poradzę, postanowiłem zwrócić się o pomoc w rozwikłaniu tego dylematu do mojej jedynaczki, najczęściej chrapiącej spokojnie w jakimś trudno dostępnym kącie. Muszę powiedzieć, że szukałem dość długo, bo jak się okazuje uciekając przed nękającymi ją pytaniami  z mojej strony, schowała się za książki stojące na półce. Tego nie mogłem przewidzieć. W pewnym jednak momencie, prawie zrezygnowany, gdy chciałem już dać jej spokój, usłyszałem dziwne chrapnięcie dobiegajace właśnie z tamtej strony. Bojąc się o całość książek, czy przypadkiem jakaś mysz nie pozwala sobie za wiele i nie nadużywa mojej gościnności, odsunąłem szybko grubą encyklopedię i ...... zobaczyłem moje maleństwo leżące na boczku, z podkurczonymi nóżkami i łapką podłożoną pod główkę. Patrzyłem na nią nieco zdziwiony i z tego wszystkiego prawie zapomniałem już o co mi tak naprawdę chodziło. Niestety, ona, zdenerwowana takim nagłym przebudzeniem, przesłaniając łapką oczka przed wpadającym przez okno rażącym promieniem światła słonecznego warknęła z wyraźną pretensją w głosie:

- o co chodzi? Dlaczego nie dasz mi się spokojnie wyspać? Zawsze muszę być na twoje zawołanie. Uwierz mi,  staje się to już denerwujące. ..

08 Paź 2006

Moje opowiadania, nie zawsze prawdziwe.

Dzisiaj działo się ze mną coś nie tak. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Kręciłem się w kółko ciągle coś gubiąc. Przekładałem różne rzeczy z miejsca na miejsce sam nie wiem po co, zupełnie bez sensu. W pewnym momencie zauważyłem jakąś dziwną lekkość, inną niż przedtem. Okazała się nią, wstyd się przyznać, pustka w mojej głowie. No tak, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Moja szara mała przyjaciółka kolejny raz wystawiła mnie do wiatru. Po pewnym czasie, gdy nie wracała zacząłem się nieco denerwować. Nigdy jeszcze nie zostawiała mnie na tak długo. Zacząłem więc szukać. Nie powiem, że trwało to krótko. Po jakimś czasie, nie mogąc odnaleźć jej w domu wpadłem na dziwny pomysł, aby poszukać jej na stryszku. Właściwie to tam nic nie ma, oczywiście oprócz moich starych książek częściowo nadgryzionych zębem czasu, a może myszy, porozwalanych po kątach. I co? Kurcze, wszystkiego mógłbym się spodziewać tylko nie tego. Zobaczyłem moje maleństwo, a właściwie jej nóżki wystające z gromady książek w kącie tego dziwnego, zapomnianego pomieszczenia. Niepokojąc się o jej stan, zajrzałem powoli w głąb tej sterty. W końcu nawet ona mogła nie wytrzymać takiej dozy kurzu. Co jak co, ale pilnowanie jej jest jedną z moich podstawowych powinności - pomyślałem. Odetchnąłem jednak z ulgą gdy zobaczyłem jak z wypiekami na twarzy, przyklejona noskiem do pożółkłej kartki pożera ją wzrokiem. Było to jakieś wydawnictwo techniczne sprzed lat, a dokładniej artykuł mówiący o wszechświecie i naszej roli w degradacji środowiska naturalnego na ziemi.

02 Paź 2006

Moje opowiadania, nie zawsze prawdziwe.

Opowiem Wam o tym, co spotkało mnie dzisiaj. Właściwie to sam nie wiem czy to się zdarzyło naprawdę, czy działo się tylko w mojej wyobraźni? Ale do rzeczy. W środku nocy obudził mnie jakiś dziwny niepokój. Otwieram oczy i nic, wszystko wokół jest w takim stanie, w jakim je wieczorem pozostawiłem tzn. w tak zwanym artystycznym nieładzie. Przez okno sączy się tylko delikatne światło księżyca. Już miałem przewrócić się na drugi bok i wpaść w morfeuszowe objęcia, gdy kątem oka zauważyłem coś malutkiego, siedzącego na brzegu tapczanu. Była to moja mała szara komórka podpierająca rączką główkę. Zdziwiłem się co nie co. Usiadłem więc obok i pytam: - co się dzieje, dlaczego nie śpisz? - Popatrzyła na mnie tak jakoś dziwnie a w oczkach pojawiło się coś, co mogło oznaczać żal, smutek a może zatroskanie tym co się wokół dzieje. A może też wszystko razem? Siedzieliśmy tak przez kilka minut, gdy nagle zaczęła cicho mówić.

- Wy ludzie, koniecznie chcecie zobaczyć to czego nie ma, zupełnie nie zauważając tego co jest, co was bezpośrednio dotyka. Potem oceniając to bardzo powierzchownie i bazując na własnych domysłach tworzycie przedziwne wizje ocen. Przyjmując je później jako, domniemane niestety, fakty doprowadzacie w efekcie do swoich mniejszych lub większych dramatów.
28 Wrz 2006

Moje opowiadania, nie zawsze prawdziwe.

Któregoś dnia, a było to jakiś czas temu, moja mała szara komórka, zdziwiona moją ciągłą bezczynnością, moją negacją własnej osobowości, a co za tym idzie również sensu działania, wyszła przed monitor, usiadła na klawiaturze i zakładając jedną nóżkę na drugą, patrząc na mnie z wyrzutem, zapytała:.... ..Czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego co robisz? Swoim złym humorem, brakiem optymizmu zarażasz innych. Nieodwracalnie wyrzucasz dni z kalendarza swojego życia pozostawiając je nie zapisane, wykreślone z pamięci. Czy uważasz, że stać ciebie na taką rozrzutność, takie życiowe marnotrawstwo?

Popatrzyłem na nią zdziwiony, że nagle mnie zauważyła. Przecież zdarza mi się to co jakiś czas, prawie cyklicznie. Tyle tylko, że owe cykle są nierównomiernie rozrzucone w czasie a zdarzenia zróżnicowane w natężeniu.

 ......Zostaw mnie w spokoju, odpowiedziałem, muszę to przetrawić w sobie jak zły obiad. Poodbija mi się i przejdzie, spokojnie.