"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Mój punkt widzenia ... z życia brane

Mój punkt widzenia ... z życia brane (411)

Spotykam się na co dzień z opiniowaniem wszystkiego wokół, zresztą sam nie odbiegam od normy. Przecież musimy określić wszystko to co widzimy, uplastyczniając w naszej wyobraźni obraz tego tak jak on wygląda naszym zdaniem. Tak, tylko prawie zawsze, poza niewielkimi wyjątkami, zapominamy potem dodać ... naszym zdaniem, z czego wynika późniejsza powierzchowność naszej oceny, która pozostaje, niestety, podstawą do naszego ustosunkowania się do tej osoby lub zjawiska. Odbieramy to później jak wykładnię czegoś co tak naprawdę może wyglądać zupełnie inaczej. Dodanie tych dwóch słów jest bardzo ważne, ponieważ pozostawia otwarte drzwi do prawdziwego poznania czegoś lub kogoś. Jest to przecież tylko nasze pierwsze wrażenie. Skupmy się teraz na tworzeniu wizerunku człowieka, postrzeganiu go na co dzień, niezależnie od naszych nastrojów i nastawień, od naszych emocji.

Jak oceniamy siebie? Pytanie, wbrew pozorom, nie bezzasadne. I chociaż znamy siebie od zawsze to jednak bardzo mało lub nawet wcale nie zauważamy naszych wad. Owszem, mówimy o nich czasami ale zawsze w kontekście „ jakiego mnie panie stworzyłeś takiego mnie masz". I jeżeli już ktoś nas nie akceptuje to już jego strata, jego problem, bo powinien nas polubić czy też pokochać takimi jakimi jesteśmy. Tłumaczymy, że każdy człowiek ma wady i zalety, ważnym jest tylko to czego w nim jest więcej, o wadze gatunkowej jednych i drugich już z reguły nie pamiętamy. Akceptujemy siebie i już.

Problem zaczyna się w momencie gdy zaczynamy oceniać innych. Najpierw wyławiamy tylko to czego oczekujemy a potem pieczołowicie obraz ten pielęgnujemy rozczarowując się gdy coś nas zaczyna uwierać, gdy zaczynamy poznawać tego kogoś bliżej, dokładniej.  I to też nie byłoby niczym nadzwyczajnym gdyby nie fakt, iż bardzo często zachowania tej drugiej strony są konsekwencją naszego postępowania wobec nich, stawiania ich przed koniecznością wyboru lub nawet obrony przed naszymi zachowaniami, emocjami. Zaraz usłyszę głosy, że to dotyczy obu stron. Oczywiście że tak, tylko odpowiadanie w ten sposób jest już próbą rozmydlenia problemu, oczekiwania tego że ta druga strona spróbuje nas zrozumieć. A my? My wspaniałomyślnie pozwolimy kochać się i już. No cóż, jest to nagminnie przez nas  popełniany błąd. Ale przecież my jesteśmy tak kochający, tak bezradni, tak niewiele oczekujemy, tylko odrobiny ciepła, miłości i zrozumienia ( to też nie cała prawda). Z tą odrobiną to niezupełnie tak, a poza tym nie odpychajmy naszymi humorkami, zachowaniami, naszymi wymogami. W momentach rozżalenia nie zauważamy co dobrego ta osoba dla nas robi, bo jest to przecież rzeczą normalną, jak powietrze. Czegoś jednak nie otrzymaliśmy i to nas już boli niemiłosiernie, narasta do rangi problemu przesłaniając wszystko inne. Wiem, że trudno stać się takim ideałem a wręcz jest to niemożliwe ale próbujmy zmieniać się  a jeżeli już nie to nie dziwmy się, że po jakimś kolejnym wybuchu nie zawsze uzasadnionego żalu lub złości, ta druga strona jeszcze w następnym i kolejnym dniu nie może dojść do siebie i ciągle widzi ten zburzony przez nas obraz.

Pamiętajmy, że najpierw trzeba coś dać aby potem coś dostać. Dając siebie nie tylko dajemy swoje ciało ale również, a nawet przede wszystkim swój charakter a to już jest najczęściej niezła doza pokrzywy ukrytej wśród puchu. Od nas i tylko od nas zależy jak bardzo będzie ona szkodzić w naszym związku.  Miłość polega na dawaniu a nie na braniu i to dotyczy obu stron. Jest to podstawowy warunek aby ciepło i wzajemne zrozumienie trwało długo. Zaznaczam jeszcze raz, to co piszę dotyczy wszystkich bez wyjątku, którym zależy na budowaniu zdrowych związków. Popatrzmy na siebie z boku, czy gdyby ktoś inny tak zachowywał się jak my to jak podeszlibyśmy do tego, jak byśmy go ocenili?

I nie ma tu tłumaczenia, że my to co innego. Nie, my jesteśmy tacy sami jak inni i podlegamy takim samym prawom i ocenom. Jeżeli tego nie zrobimy to nie dziwmy się później że ktoś, na kim nam bardzo zależy, po pewnym czasie zmienia o nas zdanie na gorsze.

Potraktujmy siebie jak zainfekowany program komputerowy, który aby dobrze działał, najpierw trzeba antywirusowym programem przejrzeć a potem wyleczyć. W końcu musimy, tworząc wspólnie system rodzinny, zrobić wszystko aby atmosfera była ciepła, pełna zrozumienia, miłości i, co niemniej ważne, zabezpieczona przed złymi wpływami z zewnątrz.

 Dla jasności dodam, że jest to tylko jeden z podstawowych warunków w rozwiązywaniu naszych problemów. Jeden z wielu, ale o tym innym razem.

A co zrobić jeżeli dajemy siebie, pracujemy nad sobą, nad swoją zmianą a w efekcie jesteśmy tylko wykorzystywani i nie dostajemy nic? Cóż, odpowiedzi nie muszę dawać bo ciśnie się sama na usta. No chyba, że jesteśmy tak bardzo zauroczeni iż nie dopuszczamy nawet myśli o zmianie partnera. Ale to już jest zupełnie inna bajka.

05 Sie 2016

Wszystko ma swoje miejsce i czas. Co wcale nie znaczy, że powinno się czekać cierpliwie aż to „coś”, co może  zmienić wasze życie w łańcuch pięknych zdarzeń i przeżyć, samo nadejdzie. Oczywiście czasami tak właśnie bywa jednak wcale tak być nie musi. Dziewczyna z natury rzeczy jest kusicielką. To jest w tym wszystkim cudowne i niech tak zostanie. Prowokujcie więc i obserwujcie drzewo jabłoni, (drzewo życia) i pielęgnujcie je swoją czułą obecnością. Ze wszystkich jego kolorowych owoców wybierzcie te, może niekoniecznie najbarwniejsze, ale na pewno najsmaczniejsze i rozkoszujcie się nimi do granic zatracenia. Dobrze wykorzystany czas załagodzi wiele dysonansów, jednak pozbawiony waszej pomocy może też je boleśnie wyostrzyć. Bądźcie więc najlepszymi nauczycielami dla samych siebie. Czasami trzeba być desperatem aby pogodzić serce i rozum.
Takie nauki udało mi się wynieść z mojego życia. Nie są one uniwersalne, ale może cokolwiek z nich stanie się inspiracją do waszego podejścia do życia. Życzę powodzenia....

18 Lip 2016

W którymś momencie napisałem na Koszmarku, że od losu dostajemy tylko surogaty zdarzeń i sytuacji i od nas tylko zależy czy weźmiemy się w garść, popracujemy nad sobą i stworzymy z tego piękne życie, czy też podejdziemy to nich biernie męcząc się, płacząc i stękając, że los nie dał nam szczęścia. Przecież poza drobnymi wyjątkami, nic dobrego nie przychodzi łatwo, nie przychodzi samo. Nad wszystkim trzeba mocno pracować. Zacznijmy traktować swoje życie jak ukochany ogród, w którym hodujemy piękne kwiaty, o które trzeba cały czas dbać i odpowiednio je pielęgnować aby cały czas przynosiły nam radość.

Takie działanie nie jest aż tak bardzo trudne, a już na pewno nie niemożliwe. Dostaliśmy przecież coś tak cudownego, co nazywamy szarymi komórkami. Możemy je wykorzystywać na różny sposób, pomagając sobie, zmieniając życie na przyjazne nam i naszemu otoczeniu ale również możemy posłużyć się nimi inaczej, szkodząc i sobie, i innym. To jest już nasz wybór. Może nie zawsze świadomy ale na pewno nasz. I to jest te 80%, a więc nasz wpływ na nasze życie.

Jednak musimy również pamiętać, że odpowiednio przygotowując nasze dzieci do życia i to już na samym początku kształtowania się ich charakterów powinniśmy uwrażliwić je na pewne zachowania, nauczyć wybierać z życia to co dobre nie krzywdząc przy tym innych. Ktoś kiedyś powiedział – „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. I tak właśnie jest. Jak ukształtujemy naszą młodzież, tak sobie ona później da radę w swoim życiu. Jeżeli wpoimy w nich pewne podstawowe wartości, mam tu na myśli praktyczne wartości życiowe a nie jakiekolwiek ideologie, to później łatwiej im będzie wybrać swoje drogi przy zakładaniu własnych rodzin i wychowywaniu własnych dzieci.

30 Cze 2016

Zastanawiacie się na pewno, a może i nie, skąd wziął się nick Koszmarek. Po pierwsze tak samo dobry jak każdy inny ale w tym przypadku jest w tym coś więcej. Każdy z nas , a ja na pewno, kiedyś, gdzieś, komuś, w czyimś lub w swoim życiu był lub, co gorsza , jest takim właśnie koszmarkiem.. Dobrze. W ten sposób odciążyłem o ten problem moją, okrutnie przemęczoną jedyną, i z tego powodu rozpieszczoną, szarą komórkę. Jestem bowiem klasycznym przypadkiem ludzkiego jednokomórkowca, tyle że ja się do tego przyznaję a inni.... ale to ich problem. Poza tym nie mam problemów z wewnętrznymi rozterkami, bo niemożliwym jest aby jedna szara komórka mogła kłócić się  sama z  sobą. Mam całkowitą zgodność myśli przez co żyję piękniej i spokojniej.

Co jeszcze - jak wyglądam?

Już Wam opisuję siebie najlepiej jak tylko potrafię. Niski, powiedziałbym nawet mały, gruby, łysy, małe rozlatane oczka, uszy jak koła od drabiniastego wozu, nos jak klamka od zakrystii. Ale za to mam aż dwa ząbki z przodu, co prawda nadpsute , ale dwa i mogę spokojnie się szeroko uśmiechać. Nóżki też dwie, krótkie i pulchniutkie ale za to rączki , o te, to są długie do samej ziemi. To ma swoje dobre strony bo nie muszę się schylać gdy coś chcę podnieść z ziemi.

10 Cze 2016

Prawdziwy przyjaciel w życiu (mam na myśli człowieka a nie tylko mena) to ktoś, kto potrafi patrzeć na nas bezinteresownie, kto chociaż nie zawsze będzie mógł nam pomóc to jednak wysłucha nas ze zrozumieniem. Czasami jest naszym spowiednikiem a czasami kołem ratunkowym. Czujemy się w jego obecności dziwnie bezpieczni.  Musimy tylko pamiętać, że powinniśmy też być kimś podobnym w stosunku do niego. Określamy w ten sposób również ludzi miłych, z którymi okazjonalnie czujemy się dobrze. Są to ci, których lubimy nawet bardzo, którym można zaufać chociaż trzeba to robić dość rozsądnie, z którymi można tzw. konie kraść.  Takich możemy spotkać dużo częściej, jednak o prawdziwych przyjaciół  jest dużo trudniej. Prawdziwa przyjaźń jest uczuciem podobnym do miłości tyle, że zupełnie pozbawiona erotyczności i prawa do wyłączności. No może nie do końca tak jest, ale z grubsza biorąc jest to coś podobnego. I jedno i drugie jest poza tym dość odporne na wszelkie zawirowania. Dlatego też podobnie do prawdziwej miłości wspomniana przyjaźń o której wiemy, że istnieje, dziwnym trafem bardzo rzadko staje na naszej drodze. Czy więc jest możliwa, uważam że tak, musimy tylko dobrze trafić na tę drugą przyjazną nam połówkę i nie pozwolić jej odejść. Ludzi mniej lub bardziej serdecznych jest wokół nas wcale nie mało, wiem bo zdarzyło się to i dla mnie. Tak więc warto się rozglądać, szukać i otwierać się na podobnych ludzi. Wtedy nagle może się okazać, że życie ma inną barwę i smak że wcale nie musi być takie szare jak się to nam wcześniej wydawało. I nieważna tu jest płeć ani wiek. Takie ograniczenia nie grają tu żadnej roli. Życzę powodzenia i trzeźwych ocen, bo to jest tu bardzo ważne. Przyjaźń podobnie jak miłość sprawdza się potem w czasie i napotykających nas trudnych sytuacjach. Czy to jest prawdą, nie wiem? Jednak moim zdaniem warto spróbować aby to sprawdzić. Jestem zdania, że prawdziwy przyjaciel czy przyjaciółka to naprawdę wielki Skarb.

28 Maj 2016

W czym między innymi tkwi tajemnica chęci zawierania związków małżeńskich?

 Jeżeli spokojnie, bez niepotrzebnych emocji zastanowimy się nad odpowiedzią, to znajdziemy powody dla których wybraliśmy właśnie tę osobę a nie inną i dlaczego właśnie w tym momencie a nie innym. Nierzadko może to być odpowiedź wskazująca nam czym przede wszystkim kierujemy się w takich momentach. A więc zauroczeniem (wygląd, poziom, subtelność i zbudowana na tych podstawach nasza wizja ) oraz pożądaniem (erotyka w szerokim tego określenia pojęciu - bardzo silny bodziec szczególnie w młodym wieku ) , które działając jak najsilniejszy narkotyk nierzadko bardzo skutecznie dominują, zagłuszają w nas głos resztek  rozsądku. Budowany na takiej płaszczyźnie obraz partnera lub partnerki jest obrazem wyimaginowanym a nie rzeczywistym. Idealizujemy go starając się nie dostrzegać tych cech, które nam przeszkadzają, po prostu je lekceważąc. Po jakimś czasie, będąc już w związku małżeńskim, bardzo rozczarowani odkrywającą się przed nami smutną prawdą zadajemy sobie pytanie .. gdzie miałam wtedy oczy? I refleksja, którą powtarzamy innym jak mantrę ... dziewczyno, przyjrzyj się mu lepiej, poznaj jego skrywaną skrzętnie stronę, bo każdy z ludzi taką posiada i dopiero wtedy ewentualnie decyduj się na małżeństwo.

Obserwując siebie i otoczenie można spokojnie stwierdzić, że najczęściej decyzja zawarcia związku jest decyzją spontaniczną, tak jak prawie wszystko co robi się w wieku dojrzewania. Bo dojrzałość, moim zdaniem, to nie ukończenie umownego minimum lat.Uzyskuje się ją dopiero po przeprowadzeniu z życiem przynajmniej kilku bitew, które nierzadko boleśnie uczulają nas potem na to, co może jeszcze spotkać nas i naszych bliskich. W niedojrzałym więc świetle ale pełni wiary zaczynamy budować dom nie mając do tego żadnego przygotowania, bo to wyniesione z domu często jest albo po prostu złe, albo też tylko szczątkowe. Może i uczy nas jak gotować, przygotować przetwory czy sprzątać, jednak najważniejszych rzeczy tj. jak postępować w chwilach kryzysu, jak panować nad sobą, jak wyciszać niepotrzebne emocje bliskich czy chociażby w jaki sposób spowodować aby domownicy wchodząc do domu pozostawiali swoje emocje za drzwiami. Niestety, tego nikt nas, oprócz życia, nie nauczy. Na pytanie  jak więc rozwiązać ten węzeł gordyjski odpowiem tak, najprościej to przeżyć ze sobą w jednym mieszkaniu przynajmniej rok traktując to jak szkołę małżeńskiego przetrwania a potem, po upewnieniu się, że znamy się już prawie jak przysłowiowe łyse konie, ukoronować to zawarciem związku i powiększeniem rodziny. Kierowanie się tylko ciepłymi słówkami z reguły do niczego dobrego nie prowadzi. Słowa są ulotne i wygłaszamy je pod wpływem chwili. Czyny, codzienność nie zawsze kolorowa odziera nas z bajkowego wizerunku jakim staramy się w podobnych sytuacjach otaczać. W innym przypadku dojdziemy do od dawna panującego smutnego przeświadczenia, że jakoś tam będzie. Tylko czy warto zakładać rodzinę na bazie tej zasady? Czasami obserwując innych dochodzę do smutnego wniosku, że najdłuższą drogą na tym świecie jest droga do własnego rozumu. Jedną z przeszkód na niej, jest niezrozumiałe dla mnie przeświadczenie, że jeżeli nie mogę zmienić czegoś w całości to po co się za to brać? Uważam, że gdy uda się chociaż troszeczkę w jakiś sposób wyrównać kamienistą drogę naszego życia tak, aby wędrowanie po niej mniej nas bolało, to już warto to zrobić.

I coś jeszcze, dla tych którym wiara ich zdaniem, nie pozwala na wspólne pożycie przed ślubem. Czy większym grzechem jest sprawdzanie siebie przez jakiś czas aby później żyć zgodnie z przykazaniami, czy skakać głową w dół w nieznane tylko dlatego, że nam się podoba i pociąga, a potem męczyć się mieszając łzy z żalem i nienawiścią? I jaką miłość, jakie wzorce otrzyma od nas dziecko w momencie gdy będzie tego najbardziej potrzebowało? Oczywiście są również, i to wiele, związki szczęśliwe, zawierane pod wpływem ślepych uczuć. Są to jednak, moim zdaniem, wygrane w życiowego totolotka. Możliwości rozwiązań jest wiele i w każdym przypadku szczegóły mogą być różne, tak jak każdy człowiek jest inny. Ja spróbowałem tylko podać formę zmniejszającą element ryzyka. Życie nie jest bajką, ale też nie musi być dla nas piekłem. Każdy jest kowalem własnego losu, przynajmniej w jakiejś jego części. Człowiek jest nad podziw wytrzymałym tworem i jakoś poradzi sobie w takich sytuacjach, tylko czy naprawdę warto się męczyć?