"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Mój punkt widzenia ... z życia brane

Mój punkt widzenia ... z życia brane (422)

Spotykam się na co dzień z opiniowaniem wszystkiego wokół, zresztą sam nie odbiegam od normy. Przecież musimy określić wszystko to co widzimy, uplastyczniając w naszej wyobraźni obraz tego tak jak on wygląda naszym zdaniem. Tak, tylko prawie zawsze, poza niewielkimi wyjątkami, zapominamy potem dodać ... naszym zdaniem, z czego wynika późniejsza powierzchowność naszej oceny, która pozostaje, niestety, podstawą do naszego ustosunkowania się do tej osoby lub zjawiska. Odbieramy to później jak wykładnię czegoś co tak naprawdę może wyglądać zupełnie inaczej. Dodanie tych dwóch słów jest bardzo ważne, ponieważ pozostawia otwarte drzwi do prawdziwego poznania czegoś lub kogoś. Jest to przecież tylko nasze pierwsze wrażenie. Skupmy się teraz na tworzeniu wizerunku człowieka, postrzeganiu go na co dzień, niezależnie od naszych nastrojów i nastawień, od naszych emocji.

Jak oceniamy siebie? Pytanie, wbrew pozorom, nie bezzasadne. I chociaż znamy siebie od zawsze to jednak bardzo mało lub nawet wcale nie zauważamy naszych wad. Owszem, mówimy o nich czasami ale zawsze w kontekście „ jakiego mnie panie stworzyłeś takiego mnie masz". I jeżeli już ktoś nas nie akceptuje to już jego strata, jego problem, bo powinien nas polubić czy też pokochać takimi jakimi jesteśmy. Tłumaczymy, że każdy człowiek ma wady i zalety, ważnym jest tylko to czego w nim jest więcej, o wadze gatunkowej jednych i drugich już z reguły nie pamiętamy. Akceptujemy siebie i już.

Problem zaczyna się w momencie gdy zaczynamy oceniać innych. Najpierw wyławiamy tylko to czego oczekujemy a potem pieczołowicie obraz ten pielęgnujemy rozczarowując się gdy coś nas zaczyna uwierać, gdy zaczynamy poznawać tego kogoś bliżej, dokładniej.  I to też nie byłoby niczym nadzwyczajnym gdyby nie fakt, iż bardzo często zachowania tej drugiej strony są konsekwencją naszego postępowania wobec nich, stawiania ich przed koniecznością wyboru lub nawet obrony przed naszymi zachowaniami, emocjami. Zaraz usłyszę głosy, że to dotyczy obu stron. Oczywiście że tak, tylko odpowiadanie w ten sposób jest już próbą rozmydlenia problemu, oczekiwania tego że ta druga strona spróbuje nas zrozumieć. A my? My wspaniałomyślnie pozwolimy kochać się i już. No cóż, jest to nagminnie przez nas  popełniany błąd. Ale przecież my jesteśmy tak kochający, tak bezradni, tak niewiele oczekujemy, tylko odrobiny ciepła, miłości i zrozumienia ( to też nie cała prawda). Z tą odrobiną to niezupełnie tak, a poza tym nie odpychajmy naszymi humorkami, zachowaniami, naszymi wymogami. W momentach rozżalenia nie zauważamy co dobrego ta osoba dla nas robi, bo jest to przecież rzeczą normalną, jak powietrze. Czegoś jednak nie otrzymaliśmy i to nas już boli niemiłosiernie, narasta do rangi problemu przesłaniając wszystko inne. Wiem, że trudno stać się takim ideałem a wręcz jest to niemożliwe ale próbujmy zmieniać się  a jeżeli już nie to nie dziwmy się, że po jakimś kolejnym wybuchu nie zawsze uzasadnionego żalu lub złości, ta druga strona jeszcze w następnym i kolejnym dniu nie może dojść do siebie i ciągle widzi ten zburzony przez nas obraz.

Pamiętajmy, że najpierw trzeba coś dać aby potem coś dostać. Dając siebie nie tylko dajemy swoje ciało ale również, a nawet przede wszystkim swój charakter a to już jest najczęściej niezła doza pokrzywy ukrytej wśród puchu. Od nas i tylko od nas zależy jak bardzo będzie ona szkodzić w naszym związku.  Miłość polega na dawaniu a nie na braniu i to dotyczy obu stron. Jest to podstawowy warunek aby ciepło i wzajemne zrozumienie trwało długo. Zaznaczam jeszcze raz, to co piszę dotyczy wszystkich bez wyjątku, którym zależy na budowaniu zdrowych związków. Popatrzmy na siebie z boku, czy gdyby ktoś inny tak zachowywał się jak my to jak podeszlibyśmy do tego, jak byśmy go ocenili?

I nie ma tu tłumaczenia, że my to co innego. Nie, my jesteśmy tacy sami jak inni i podlegamy takim samym prawom i ocenom. Jeżeli tego nie zrobimy to nie dziwmy się później że ktoś, na kim nam bardzo zależy, po pewnym czasie zmienia o nas zdanie na gorsze.

Potraktujmy siebie jak zainfekowany program komputerowy, który aby dobrze działał, najpierw trzeba antywirusowym programem przejrzeć a potem wyleczyć. W końcu musimy, tworząc wspólnie system rodzinny, zrobić wszystko aby atmosfera była ciepła, pełna zrozumienia, miłości i, co niemniej ważne, zabezpieczona przed złymi wpływami z zewnątrz.

 Dla jasności dodam, że jest to tylko jeden z podstawowych warunków w rozwiązywaniu naszych problemów. Jeden z wielu, ale o tym innym razem.

A co zrobić jeżeli dajemy siebie, pracujemy nad sobą, nad swoją zmianą a w efekcie jesteśmy tylko wykorzystywani i nie dostajemy nic? Cóż, odpowiedzi nie muszę dawać bo ciśnie się sama na usta. No chyba, że jesteśmy tak bardzo zauroczeni iż nie dopuszczamy nawet myśli o zmianie partnera. Ale to już jest zupełnie inna bajka.

26 Lut 2018

Religia na świecie, oczywiście mocno uogólniając , najczęściej jest tylko narzędziem którym w różny sposób posługują się żądni władzy uzurpatorzy. W ten sposób wymuszają oni bezgraniczne posłuszeństwo wmawiając, że śmierć w imię boga jest bramą do „raju niebieskiego” w którym na każdego z nich czeka, między innymi, mnóstwo cudownych niewiast. W ten sposób strach przed śmiercią praktycznie niwelują do zera, pozostawiając „pewność” przyszłego rajskiego szczęścia. Z tego co wiem to chyba nie ma na świecie takiej religii, która nakazywałaby pozbawiania życia „niewierzących”

19 Lut 2018

Często słyszy się, że ktoś, kto nie poszedł do głosowania, nie powinien narzekać na rząd, bo jest sam sobie winien. Miał możliwość na dołożenie swojego głosu do wyboru innej opcji politycznej, ale tej szansy nie wykorzystał. Wniosek? Jest bierny i powinien dalej siedzieć cicho. Powstaje pytanie. Co mieli zrobić ci, którzy nie znaleźli żadnej uczciwej, ba, w miarę uczciwej partii politycznej na którą mogliby zagłosować i nie mieli w ten sposób też żadnej alternatywy, żadnego wyboru, nawet tego przysłowiowego mniejszego zła? Co w takim przypadku daje pójście do urny wyborczej? Delikatnie mówi się o braku zaufania do polityków, bo to ładniej brzmi, jednak rzeczywistość jest bardziej brutalna. 

16 Lut 2018

Obserwując to co dzieje się wokół nas, gdy rzucane są wielkie, wręcz rewolucyjne hasła i obietnice bez pokrycia, spróbowałem zastanowić się nad znaczeniem jednego ze sztandarowych w polityce określeń, a mianowicie słowa ...sprawiedliwość. Używamy go na co dzień i wydaje się nam, że potrafimy go określić. Ale przecież każdy z nas rozumie je, troszeczkę albo i nie tylko troszeczkę, inaczej. Co innego prawo. Tu przynajmniej wiadomo o co chodzi i np. jedna z Encyklopedii Powszechnych PWN precyzuje to określenie tak, cytuję: „ Prawo - ogół usankcjonowanych przymusem państwowym norm (przepisów), które regulują stosunki między ludźmi w sposób odpowiadający interesom klasy panującej w danym państwie” – koniec cytatu. Podkreśliłbym tu zwrot .... odpowiadający interesom klasy panującej.... No cóż, komuny już nie ma, a więc nie dotyczy to już nas wszystkich. Reszta jest czytelna i jasna. Nic dodać nic ująć, to przynajmniej jest powiedziane wprost, co, komu i dlaczego. Jak jednak do tego ma się sprawiedliwość? Przy takim określeniu prawa muszę powiedzieć, że co najmniej dziwnie, bo ta rozumiana przez nas i ta dyktowana prawem mają się do siebie nijak. A przecież przed prawem powinniśmy być równi, przynajmniej zgodnie z głoszonymi hasłami i co jakiś czas zmienianą konstytucją. A czy tak jest? Czy wszyscy jesteśmy tak samo traktowani? O niespójnych, nieżyciowych, nie sprawdzających się na co dzień normach naszego prawa opierających się właśnie na źle rozumianej wolności demokratycznej, na tym że przestępca ma tyle samo praw ile ma jego ofiara, o tym że jest to określane jako humanitarne, nie będę pisał. Bo zaraz znajdzie się ktoś z elementarnym pytaniem, a skąd wiem że ten ktoś jest przestępcą? Przecież zgodnie z prawem aby to stwierdzić należy najpierw mu to udowodnić. Pragnę więc zaznaczyć, że używając określenia przestępca mam na myśli takiego, o którym bezspornie wiemy że nim jest, zanim któryś z adwokatów, wykorzystując luki prawne, udowodni po raz nie wiem który, że właśnie ofiara jest przestępcą. No bo jak nazwać kogoś kto włamuje się do naszego domu, czy też napada na nas na ulicy? Prawo interpretowane nie powinno być prawem obowiązującym. 

11 Lut 2018

Dawno nie pisałem o mojej jedynaczce, jedynej szarej komórce jaką posiadam. Otóż, nie dalej jak wczoraj, moja milusińska wycięła mi kolejny numer.

A więc wstałem rano, jak zwykle, czyli około godziny dziesiątej i od razu zauważyłem jakąś dziwną lekkość w głowie. Zajrzałem tam i nie mogłem znaleźć mojej jedynaczki. W końcu po długich poszukiwaniach zauważyłem ją śpiącą w kąciku z łapkami pod główką. Wyszedłem więc cichutko, aby nie obudzić śpiącego maleństwa, i spokojnie przeszedłem do codziennych, zwyczajowych porannych czynności. Na razie wszystko w porządku, pomyślałem, okazuje się, że mogę spokojnie dać sobie radę bez niej. Niestety, nie do końca, bo jak mówi porzekadło....gdy rozum śpi, to z człowiekiem dzieją się różne dziwne rzeczy, ze mną też nie było inaczej. Najpierw, nie patrząc na termometr za oknem a sugerując się pięknym słońcem, ubrałem się w koszulkę z krótkim rękawkiem, cienką bluzę i wyszedłem po zakupy. Po kilku minutach zawróciłem i włożyłem coś bardziej ciepłego. W sklepie stwierdziłem, iż pieniądze zostawiłem w domu w bluzie którą właśnie zmieniłem. Musiałem więc tuptać jeszcze raz, tym razem już pieniądze miałem ale zapomniałem znowu zajść do drugiego sklepu po mięso mielone, na kotlety. O tym jaki był mój humor wolę nie pisać bo byłoby to co najmniej nie cenzuralne. W domu zdecydowałem się obudzić „malucha” i poradzić się go co mam dzisiaj ugotować na obiad. Co się dzieje z maluchami których się nagle obudzi nie muszę pisać, wszyscy znamy to dobrze. U mnie było dokładnie tak samo. 

07 Lut 2018

Miłość, w potocznym rozumieniu tego słowa, w dużym skrócie, jest wynikiem naszego zauroczenia kimś. Jest emocjonalną reakcją na obraz który utworzyliśmy w naszej wyobraźni. Obraz zbudowany nie na faktach, bo ich jeszcze nie znamy, ale na tym, czym chcielibyśmy aby był. Jednym słowem na barwnej uczuciowo wizji tego co do tworzonego wizerunku w naszej wyobraźni dokładamy. A więc widzimy przede wszystkim ciało budzące w nas w mniejszym lub większym stopniu pożądanie i zachowanie, będące najczęściej wynikiem tego co wypada, co robi duże wrażenie na innych, co prowadzi do zamierzonego celu, celu realizacji naszego pożądania. O charakterze nie wiemy nic, a przecież to właśnie on jest tu najważniejszy. Będąc głodnym uczucia „miłości” i dążąc do zrealizowania tego stanu za wszelką cenę, dajemy ponieść się emocjom i usypiamy nasz rozsądek, który w różnych sytuacjach próbuje  nieśmiało przestrzec nas przed niewiadomym. W końcu nie bacząc na nic wchodzimy w inny, nieznany zupełnie nam świat. Wchodzimy na krę, o której wiemy tylko tyle, że ma jakąś powierzchnię i pływa. Jednak czy nas uniesie, to już pozostaje w sferze naszych pobożnych życzeń.

Nie wiemy co nas czeka. Jednak ufni, że wszystko będzie jak najlepiej skaczemy z mostu do wody głową w dół. Pogrążamy się wierząc w nasze niespotykane szczęście. Potem budzimy się z bólem serca, łzami w oczach i pytaniem, dlaczego? Dlaczego tak się stało, przecież byliśmy tacy zakochani w sobie nawzajem? Odpowiedź na to pytanie nasuwa się sama. W tak delikatnej materii jaką jest w szerokim znaczeniu miłość, nie można postępować pochopnie, nieodpowiedzialnie. Powinniśmy umieć odróżnić zauroczenie od miłości. A jakże często przeceniając je mylimy owo zauroczenie twierdząc że to właśnie jest nasza wielka miłość. A przecież to zauroczenie jest niczym innym jak  mijającym z czasem naszym pożądaniem.