"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Mój punkt widzenia ... z życia brane

Mój punkt widzenia ... z życia brane (446)

Spotykam się na co dzień z opiniowaniem wszystkiego wokół, zresztą sam nie odbiegam od normy. Przecież musimy określić wszystko to co widzimy, uplastyczniając w naszej wyobraźni obraz tego tak jak on wygląda naszym zdaniem. Tak, tylko prawie zawsze, poza niewielkimi wyjątkami, zapominamy potem dodać ... naszym zdaniem, z czego wynika późniejsza powierzchowność naszej oceny, która pozostaje, niestety, podstawą do naszego ustosunkowania się do tej osoby lub zjawiska. Odbieramy to później jak wykładnię czegoś co tak naprawdę może wyglądać zupełnie inaczej. Dodanie tych dwóch słów jest bardzo ważne, ponieważ pozostawia otwarte drzwi do prawdziwego poznania czegoś lub kogoś. Jest to przecież tylko nasze pierwsze wrażenie. Skupmy się teraz na tworzeniu wizerunku człowieka, postrzeganiu go na co dzień, niezależnie od naszych nastrojów i nastawień, od naszych emocji.

Jak oceniamy siebie? Pytanie, wbrew pozorom, nie bezzasadne. I chociaż znamy siebie od zawsze to jednak bardzo mało lub nawet wcale nie zauważamy naszych wad. Owszem, mówimy o nich czasami ale zawsze w kontekście „ jakiego mnie panie stworzyłeś takiego mnie masz". I jeżeli już ktoś nas nie akceptuje to już jego strata, jego problem, bo powinien nas polubić czy też pokochać takimi jakimi jesteśmy. Tłumaczymy, że każdy człowiek ma wady i zalety, ważnym jest tylko to czego w nim jest więcej, o wadze gatunkowej jednych i drugich już z reguły nie pamiętamy. Akceptujemy siebie i już.

Problem zaczyna się w momencie gdy zaczynamy oceniać innych. Najpierw wyławiamy tylko to czego oczekujemy a potem pieczołowicie obraz ten pielęgnujemy rozczarowując się gdy coś nas zaczyna uwierać, gdy zaczynamy poznawać tego kogoś bliżej, dokładniej.  I to też nie byłoby niczym nadzwyczajnym gdyby nie fakt, iż bardzo często zachowania tej drugiej strony są konsekwencją naszego postępowania wobec nich, stawiania ich przed koniecznością wyboru lub nawet obrony przed naszymi zachowaniami, emocjami. Zaraz usłyszę głosy, że to dotyczy obu stron. Oczywiście że tak, tylko odpowiadanie w ten sposób jest już próbą rozmydlenia problemu, oczekiwania tego że ta druga strona spróbuje nas zrozumieć. A my? My wspaniałomyślnie pozwolimy kochać się i już. No cóż, jest to nagminnie przez nas  popełniany błąd. Ale przecież my jesteśmy tak kochający, tak bezradni, tak niewiele oczekujemy, tylko odrobiny ciepła, miłości i zrozumienia ( to też nie cała prawda). Z tą odrobiną to niezupełnie tak, a poza tym nie odpychajmy naszymi humorkami, zachowaniami, naszymi wymogami. W momentach rozżalenia nie zauważamy co dobrego ta osoba dla nas robi, bo jest to przecież rzeczą normalną, jak powietrze. Czegoś jednak nie otrzymaliśmy i to nas już boli niemiłosiernie, narasta do rangi problemu przesłaniając wszystko inne. Wiem, że trudno stać się takim ideałem a wręcz jest to niemożliwe ale próbujmy zmieniać się  a jeżeli już nie to nie dziwmy się, że po jakimś kolejnym wybuchu nie zawsze uzasadnionego żalu lub złości, ta druga strona jeszcze w następnym i kolejnym dniu nie może dojść do siebie i ciągle widzi ten zburzony przez nas obraz.

Pamiętajmy, że najpierw trzeba coś dać aby potem coś dostać. Dając siebie nie tylko dajemy swoje ciało ale również, a nawet przede wszystkim swój charakter a to już jest najczęściej niezła doza pokrzywy ukrytej wśród puchu. Od nas i tylko od nas zależy jak bardzo będzie ona szkodzić w naszym związku.  Miłość polega na dawaniu a nie na braniu i to dotyczy obu stron. Jest to podstawowy warunek aby ciepło i wzajemne zrozumienie trwało długo. Zaznaczam jeszcze raz, to co piszę dotyczy wszystkich bez wyjątku, którym zależy na budowaniu zdrowych związków. Popatrzmy na siebie z boku, czy gdyby ktoś inny tak zachowywał się jak my to jak podeszlibyśmy do tego, jak byśmy go ocenili?

I nie ma tu tłumaczenia, że my to co innego. Nie, my jesteśmy tacy sami jak inni i podlegamy takim samym prawom i ocenom. Jeżeli tego nie zrobimy to nie dziwmy się później że ktoś, na kim nam bardzo zależy, po pewnym czasie zmienia o nas zdanie na gorsze.

Potraktujmy siebie jak zainfekowany program komputerowy, który aby dobrze działał, najpierw trzeba antywirusowym programem przejrzeć a potem wyleczyć. W końcu musimy, tworząc wspólnie system rodzinny, zrobić wszystko aby atmosfera była ciepła, pełna zrozumienia, miłości i, co niemniej ważne, zabezpieczona przed złymi wpływami z zewnątrz.

 Dla jasności dodam, że jest to tylko jeden z podstawowych warunków w rozwiązywaniu naszych problemów. Jeden z wielu, ale o tym innym razem.

A co zrobić jeżeli dajemy siebie, pracujemy nad sobą, nad swoją zmianą a w efekcie jesteśmy tylko wykorzystywani i nie dostajemy nic? Cóż, odpowiedzi nie muszę dawać bo ciśnie się sama na usta. No chyba, że jesteśmy tak bardzo zauroczeni iż nie dopuszczamy nawet myśli o zmianie partnera. Ale to już jest zupełnie inna bajka.

16 Sty 2019

Nasuwa się mi pewne określenie problemu jacy jesteśmy, chociaż ujęte bardzo subiektywnie. Bo przecież o to tu właściwie chodzi, o nasz subiektywizm, bo inaczej nie byłoby dyskusji. Ocena obiektywna niewiele w dyskusji mówi o naszych emocjach, ponieważ jest efektem spokojnych, chwilowych przemyśleń, o których już następnego dnia w pogoni za poprawą naszej egzystencji, najczęściej zapominamy. Przecież żyjemy emocjonalnie. Live is brutal. Ja spróbuję popatrzyć na to jednak z drugiej strony, może to uplastyczni trochę obraz całości. Często tak bywa, że jest absolutnie odwrotnie, że właśnie kobieta jest zaabsorbowana swoimi nastrojami, chęciami posiadania czegoś do tego stopnia, że nie zwraca uwagi na podejmowane, być może rzadkie, próby rozmowy, na to, co druga strona jej daje, od jakich problemów ją uwalnia, w czym pomaga i czego oczekuje w zamian. A to przecież też pozostawia jakiś ślad. To też budzi w nas jakieś emocje. I znowu ... life is brutal. Wielokrotnie pisałem, że do rozmów potrzeba wyczucia chwili, sama potrzeba nie wystarczy. Trzeba stworzyć odpowiedni klimat aby otworzyć drugą stronę. Jest to bardzo trudne ale też i chodzi o bardzo ważny moment w życiu, o wzajemne otwarcie się i zrozumienie wspólnych problemów. Rozumiem. Wszyscy jesteśmy jednak ułomni, w takim razie pozostaje tylko przeprowadzić rachunek plusów i minusów, tak w ocenie drugiej strony jak i w samoocenie. Bardzo często własne błędy obie strony widzą jako przypisane do osobowości, błahe lub też jako konsekwencje działań partnerów, zbyt łatwo tłumacząc siebie.

Lista potrzeb i oczekiwań jest zawsze, może nawet ilościowo nie taka wielka, ale na pewno treściwa i na tym najczęściej skupiają się ci, którzy mają żal. Dawanie własnego siebie to i bardzo dużo i niewiele. Dlaczego? Bo do tego doklejony jest charakter z całym wulkanem emocjonalnym, jego przyzwyczajeniami, sposobem postrzegania i oceny wyuczonym wcześniej, dopieszczania własnych, podkreślam własnych marzeń, nad którym wcale nie zawsze chcemy zapanować, a który to może psuć wszystko powoli i dokładnie. Nie piszę tu o marzeniach lecz o charakterze. A potem żal do życia, że ucieka, że gdyby można było cofnąć czas to nie popełnilibyśmy tego błędu po raz drugi, że na początku wyglądało to zupełnie inaczej, a wszystko to najczęściej z punktu widzenia biorcy. Moim zdaniem najpierw powinniśmy docenić a dopiero potem oceniać i dotyczy to obu stron tak jak obraz charakteru jaki wyłania się z wzajemnej , codziennej obserwacji. Wniosek? To nie tylko mężczyźni ani też kobiety mają tyle niesympatycznych cech, te wady mamy, w mniejszym lub większym stopniu, wszyscy. I co prawda na pytanie, co było pierwsze jajko czy kura trudno jest znaleźć prawidłową odpowiedź to jednak na pytanie, co było konsekwencją czego, co jest powodem naszej negatywnej reakcji emocjonalnej, naszego złego samopoczucia, znaleźć taką odpowiedź o wiele łatwiej, oczywiście, jeżeli tylko wykażemy przy tym maksimum dobrej woli i obiektywizmu. Chyba, że nie chcemy znać takiej odpowiedzi przeświadczeni z góry o naszych racjach, o naszej krzywdzie. Wtedy powinniśmy zastanowić się, co dalej, bo życia nie warto marnować, to jedno jest bezdyskusyjnie pewne.

05 Sty 2019

Najpierw spróbujmy dokładniej określić uczucie miłości, nie mylmy go z zauroczeniem lub pożądaniem. Nie zagłębiając się w szczegóły, bo u różnych ludzi bywają one zupełnie różne, Miłość cechuje się absolutnym zaufaniem do drugiej osoby, bezwzględną chęcią bycia z tą osobą na dobre i na złe, znajdowaniem własnej radości w jej szczęściu.

Praktycznie, jest to udane wcielenie się, zespolenie obu dusz w jedności i wtedy jedno żyje szczęściem i problemami drugiego, przeżywa je tak samo i cierpi podobnie z tym jednak że z powodu pewnego dystansu ma trochę większą odporność na ból i trochę trzeźwiej myśli ponieważ przejmuje wszystko pośrednio, wtórnie. Łatwiej wtedy ograniczyć własne emocje które przeszkadzają spokojnie spojrzeć na problem. Tyle w dużym skrócie. Spróbujmy skupić się na jednym warunku. Jest nim zaufanie. Nie wyobrażam sobie dwojga ludzi darzących się miłością ale, właśnie, bez wzajemnego zaufania. Nie jest to wtedy uczucie szczere, bo jeżeli kocham to ufam bardziej niż sobie i zrobię wszystko aby utwierdzić drugą stronę w przekonaniu że kocham, stąd kocham znaczy - ufam.

A jak się ma do tego zazdrość, mówmy o zazdrości przez duże "Z".

01 Sty 2019

Internet jest przedłużeniem naszej wyobraźni, miejscem w którym mogą spokojnie krążyć nasze myśli, jest tym wspaniałym *kimś*, który spokojnie wysłucha nas nie przerywając w pół słowa, nie oceniając naszego wyglądu, wieku, statusu społecznego, wykształcenia etc. To wysłuchanie jest nam potrzebne jak powietrze. Jedynym warunkiem jest chęć szczerego wypowiedzenia się i posługiwanie się w miarę strawną treścią. Często pomaga to czytającym w rozwiązywaniu czy też w zrozumieniu własnych problemów. Uważam, że właściwy człowiek siedzi w środku nas a ciało jest tylko ubraniem, kombinezonem, kolczugą. Prawdziwego człowieka można podświadomie wyczuć ale nie zobaczyć. Ciało się nie uczy, ciało się tylko z czasem zużywa, starzeje w przeciwieństwie do człowieka, który z upływem czasu uczy się, nabywa doświadczenia.

Prawdą jest, że u różnych osobników różnie to bywa ale sam fakt jest niezaprzeczalny. Szukając wartości drugiego człowieka szukamy jego wnętrza a nie ciała, które jest zmienne w czasie, iluzorycznie piękne przemijającym urokiem. I tutaj właśnie internet, który pozbawia nas naszej cielesności, nie fałszuje naszego obrazu pod warunkiem, że tego nie robimy rozmyślnie sami, kreując wirtualnie nasz wizerunek. Ale to już niestety ryzyko, które powinno być wcześniej wkalkulowane. Chociaż uważam, że o wiele większe ryzyko występuje przy poznawaniu się fizycznym, ponieważ łatwiej jest oszukać oczy zauroczając swoim wyglądem, nie zawsze szczerym zachowaniem, niż w świecie wirtualnym bazując tylko na rozmowach umysłów. A co dalej?

Intuicja powinna dyktować nam dalszy sposób postępowania, bo dobry wstęp już został zrobiony. Na pewno nie powinniśmy skakać do wody na głowę, nie upewniając przedtem się na ile jest głęboka. Pozostaje drugi , bardzo trudny etap poznawania fizyczności człowieka. Trudny, bo mamy już jego utworzony wcześniej w naszej wyobraźni wirtualny obraz, bo poznaliśmy przez, mam nadzieję, dość długi okres jego wnętrze a przynajmniej jego część, jego zalety, słabości i wady. Oczywiście też nie wszystkie, bo cechy te dokładniej poznaje się dopiero po latach wspólnego pożycia. Tym nie mniej takie rzeczy możemy spokojnie wyczytać, często pomiędzy wierszami, z wirtualnie przekazywanych nam treści. Tego nie da się skrzętnie przez dłuższy czas ukrywać, nie da się zupełnie panować nad sobą emocjonalnie, chyba że rozmowa z kimś polega na wymianie monosylabowej. W trakcie wirtualnego poznawania się nic nam nie grozi natomiast przy poznawaniu fizycznym musimy zachować koniecznie bezpieczny dystans, ograniczony stopień zaufania, reszta to już wspomniana wcześniej intuicja przy nakładaniu fizycznej korekty.

A co się dzieje jeżeli nie oczekujemy poznania fizycznego? No cóż, pozostaje nam wiele wspaniałych wirtualnych przyjaźni, które niejednokrotnie pomagają w przetrwaniu trudnych chwil, w rozwiązywaniu naszych problemów w ucieczce od samotności czy chociażby w wypełnianiu naszego życia różnego rodzaju złudzeniami. Przyjaźni, które często dzielą z nami smutki i radości i pozwalają nam zapomnieć że czas ucieka, że nawet lustro czasami marszczy się dziwnie i matowieje na nasz widok, że jesteśmy z różnych względów często już nie akceptowani przez otoczenie.

Taki jest, bardzo ogólnikowo ujęty, mój bardzo subiektywny punkt widzenia, a jak Wy to widzicie?

20 Gru 2018

Razem z Latoją chcemy złożyć wszystkim odwiedzającym nas, życzenia bardzo, bardzo Wesołych Świąt, dużo zdrowia, radości i nieoczekiwanych wspaniałych zmian w życiu, szczęśliwości na co dzień, spotkania na swoich drogach ludzi o pięknych sercach i umysłach, spełnienia tego wszystkiego co kryje się w Waszych najgłębszych marzeniach, mnóstwa spokoju i pewności, że już nic złego się nie może zdarzyć. Będziemy z Wami przy naszym wspólnym wirtualnym stole wigilijnym i łamiąc się wirtualnym opłatkiem ściskamy serdecznie.

19 Gru 2018

Czy, i jeżeli tak to na ile, jesteśmy potrzebni innym? Zadałem sobie to pytanie i poczułem się nagle bardzo dziwnie. Zdałem sobie bowiem sprawę, że jesteśmy postrzegani i zapamiętywani na tyle na ile możemy się komuś przydać. Jedni o nas pamiętają krócej inni dłużej, ale zawsze efektem jest powolne oddalanie, osamotnienie. Z przerażeniem, patrząc na siebie, stwierdziłem, że ja również nie odbiegam zbyt wiele od normy, od tego stereotypu. No może w trochę mniejszym stopniu, ale jestem taki sam i podświadomie posługuję się takimi samymi kryteriami oceny.

Myślę, że w jakiejś części jest to efektem sytuacji, czasów które nastąpiły, ale tylko w jakiejś części, bo jednak cała reszta tkwi mocno w nas samych. A może jest to również konsekwencją naszej samoobronnej konstrukcji psychicznej przetrwania za wszelką cenę, istnienia jak najdłużej płynąc oceanem nie zawsze przyjaznego życia? Kompleks tonącego? Może i tak. Może czujemy się podświadomie właśnie takimi pseudopływakami wrzuconymi do wody w której dopiero z konieczności zaczynamy uczyć się pływać jednocześnie ratując siebie przed utonięciem? Jednym udaje się to lepiej, i tych nazwa się ludźmi zaradnymi, szczęśliwcami, innym gorzej, których jest niestety dużo więcej i którym cały czas jest o wiele trudniej utrzymać się na wodzie. Jest i trzecia grupa, najsłabsza, najmniej zaradna. Tym ostatnim jest najgorzej. Często widzimy ich na rogach ulic, wśród innych pozornie podobnych, pod sklepami proszących o kilka groszy lub zbierających złom, makulaturę, butelki czy puszki po piwie. O tej ostatniej grupie czasami tylko mówimy, nie szukając ich towarzystwa. Dlaczego? Bo są całkowicie nie przydatni, takie jest przynajmniej nasze przeświadczenie. A przecież są wśród nich nierzadko ludzie bardzo inteligentni, wykształceni i naprawdę uczciwi, którym życie z różnych powodów, nie podarowało umiejętności korzystania z innych w miarę własnych potrzeb. Ale przecież do czego oni mogą się nam przydać? To smutne.

Czy można przejść przez życie nie wykorzystując innych? Chyba nie, wydaje mi się to absolutnie niemożliwe. Jednak dobrze jest znać umiar i dawać z siebie coś w zamian. Dochodzę jednak do smutnego wniosku, że nie powinniśmy za bardzo przyzwyczajać się do innych ludzi, że dobrze jest ich znać ale liczyć tylko na siebie. To na pewno jest bardziej bezpieczne dla naszej samotności, bo z ludźmi przecież tylko bywamy, jesteśmy pomiędzy nimi, ale tak naprawdę wewnętrznie jesteśmy absolutnie sami zdani tylko na siebie.

I tu znajduję odpowiedź na pytanie postawione na początku. Tak jesteśmy potrzebni innym, podobnie jak inni są potrzebni nam i o tej współzależności starajmy się zawsze pamiętać. Nie miejmy pretensji do kogoś komu w którymś momencie pomogliśmy a on nie odwzajemnił się nam tym samym. Może nie potrafił tego zrobić, może nie mógł a może właśnie w tym momencie sam potrzebował również pomocy? Wiem, dobrze jest tak mówić, ale zadra i tak zostaje wraz z pytaniem, dlaczego? A ja nadal nie wiem dlaczego czuję taki bezwartościowy, nieprzydatny, taki potrzebny tylko na chwilę? Może gdy się zazieleni a słońce rozbudzi popołudniową część dnia odbijając się tęczą barw na kolorowych trawnikach, może wtedy dojdę do wniosku, że wcale tak nie jest i zacznę znowu żyć innym życiem poza czterema ścianami swojego domu. Może wtedy, ale na razie?

Strona 1 z 90