"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Mój punkt widzenia ... z życia brane

Mój punkt widzenia ... z życia brane (457)

Spotykam się na co dzień z opiniowaniem wszystkiego wokół, zresztą sam nie odbiegam od normy. Przecież musimy określić wszystko to co widzimy, uplastyczniając w naszej wyobraźni obraz tego tak jak on wygląda naszym zdaniem. Tak, tylko prawie zawsze, poza niewielkimi wyjątkami, zapominamy potem dodać ... naszym zdaniem, z czego wynika późniejsza powierzchowność naszej oceny, która pozostaje, niestety, podstawą do naszego ustosunkowania się do tej osoby lub zjawiska. Odbieramy to później jak wykładnię czegoś co tak naprawdę może wyglądać zupełnie inaczej. Dodanie tych dwóch słów jest bardzo ważne, ponieważ pozostawia otwarte drzwi do prawdziwego poznania czegoś lub kogoś. Jest to przecież tylko nasze pierwsze wrażenie. Skupmy się teraz na tworzeniu wizerunku człowieka, postrzeganiu go na co dzień, niezależnie od naszych nastrojów i nastawień, od naszych emocji.

Jak oceniamy siebie? Pytanie, wbrew pozorom, nie bezzasadne. I chociaż znamy siebie od zawsze to jednak bardzo mało lub nawet wcale nie zauważamy naszych wad. Owszem, mówimy o nich czasami ale zawsze w kontekście „ jakiego mnie panie stworzyłeś takiego mnie masz". I jeżeli już ktoś nas nie akceptuje to już jego strata, jego problem, bo powinien nas polubić czy też pokochać takimi jakimi jesteśmy. Tłumaczymy, że każdy człowiek ma wady i zalety, ważnym jest tylko to czego w nim jest więcej, o wadze gatunkowej jednych i drugich już z reguły nie pamiętamy. Akceptujemy siebie i już.

Problem zaczyna się w momencie gdy zaczynamy oceniać innych. Najpierw wyławiamy tylko to czego oczekujemy a potem pieczołowicie obraz ten pielęgnujemy rozczarowując się gdy coś nas zaczyna uwierać, gdy zaczynamy poznawać tego kogoś bliżej, dokładniej.  I to też nie byłoby niczym nadzwyczajnym gdyby nie fakt, iż bardzo często zachowania tej drugiej strony są konsekwencją naszego postępowania wobec nich, stawiania ich przed koniecznością wyboru lub nawet obrony przed naszymi zachowaniami, emocjami. Zaraz usłyszę głosy, że to dotyczy obu stron. Oczywiście że tak, tylko odpowiadanie w ten sposób jest już próbą rozmydlenia problemu, oczekiwania tego że ta druga strona spróbuje nas zrozumieć. A my? My wspaniałomyślnie pozwolimy kochać się i już. No cóż, jest to nagminnie przez nas  popełniany błąd. Ale przecież my jesteśmy tak kochający, tak bezradni, tak niewiele oczekujemy, tylko odrobiny ciepła, miłości i zrozumienia ( to też nie cała prawda). Z tą odrobiną to niezupełnie tak, a poza tym nie odpychajmy naszymi humorkami, zachowaniami, naszymi wymogami. W momentach rozżalenia nie zauważamy co dobrego ta osoba dla nas robi, bo jest to przecież rzeczą normalną, jak powietrze. Czegoś jednak nie otrzymaliśmy i to nas już boli niemiłosiernie, narasta do rangi problemu przesłaniając wszystko inne. Wiem, że trudno stać się takim ideałem a wręcz jest to niemożliwe ale próbujmy zmieniać się  a jeżeli już nie to nie dziwmy się, że po jakimś kolejnym wybuchu nie zawsze uzasadnionego żalu lub złości, ta druga strona jeszcze w następnym i kolejnym dniu nie może dojść do siebie i ciągle widzi ten zburzony przez nas obraz.

Pamiętajmy, że najpierw trzeba coś dać aby potem coś dostać. Dając siebie nie tylko dajemy swoje ciało ale również, a nawet przede wszystkim swój charakter a to już jest najczęściej niezła doza pokrzywy ukrytej wśród puchu. Od nas i tylko od nas zależy jak bardzo będzie ona szkodzić w naszym związku.  Miłość polega na dawaniu a nie na braniu i to dotyczy obu stron. Jest to podstawowy warunek aby ciepło i wzajemne zrozumienie trwało długo. Zaznaczam jeszcze raz, to co piszę dotyczy wszystkich bez wyjątku, którym zależy na budowaniu zdrowych związków. Popatrzmy na siebie z boku, czy gdyby ktoś inny tak zachowywał się jak my to jak podeszlibyśmy do tego, jak byśmy go ocenili?

I nie ma tu tłumaczenia, że my to co innego. Nie, my jesteśmy tacy sami jak inni i podlegamy takim samym prawom i ocenom. Jeżeli tego nie zrobimy to nie dziwmy się później że ktoś, na kim nam bardzo zależy, po pewnym czasie zmienia o nas zdanie na gorsze.

Potraktujmy siebie jak zainfekowany program komputerowy, który aby dobrze działał, najpierw trzeba antywirusowym programem przejrzeć a potem wyleczyć. W końcu musimy, tworząc wspólnie system rodzinny, zrobić wszystko aby atmosfera była ciepła, pełna zrozumienia, miłości i, co niemniej ważne, zabezpieczona przed złymi wpływami z zewnątrz.

 Dla jasności dodam, że jest to tylko jeden z podstawowych warunków w rozwiązywaniu naszych problemów. Jeden z wielu, ale o tym innym razem.

A co zrobić jeżeli dajemy siebie, pracujemy nad sobą, nad swoją zmianą a w efekcie jesteśmy tylko wykorzystywani i nie dostajemy nic? Cóż, odpowiedzi nie muszę dawać bo ciśnie się sama na usta. No chyba, że jesteśmy tak bardzo zauroczeni iż nie dopuszczamy nawet myśli o zmianie partnera. Ale to już jest zupełnie inna bajka.

01 Maj 2019

Kiedy Bóg tworzył kobietę, pracował do późna szóstego dnia.

Przechodził obok anioł i zapytał: Dlaczego poświęcasz tyle czasu właśnie temu dziełu?

A Pan odpowiedział:

Czy zauważyłeś wszystkie szczegóły,

jakie muszę uwzględnić, żeby ją ukształtować?"

Musi być zmywalna, choć nie zrobiona z plastyku, mieć więcej niż 200 ruchomych części, które mają być wymienialne i musi ona funkcjonować

na wszelkiego rodzaju pożywieniu;

musi być zdolna objąć kilkoro dzieci na raz, przytulić tak, by uzdrowić co jest do uzdrowienia

od stłuczonego kolana do złamanego serca,

a to wszystko musi zrobić

tylko dwiema rękami.

Anioł był pod wrażeniem.

Tylko dwiema rękami niemożliwe!

I to jest model standardowy?!

To zbyt wiele pracy jak na jeden dzień Jutro dokończysz.

Nie będę czekać do jutra powiedział Pan.

Jestem już tak bliski ukończenia tego dzieła.

Stanie się najmilsze mojemu sercu.

Ona sama siebie leczy, kiedy zachoruje

i potrafi pracować 18 godzin dziennie.

Anioł podszedł bliżej i dotknął kobiety.

Ale uczyniłeś ją taką miękką, Panie.

Jest miękka powiedział Pan.

Lecz uczyniłem ją także silną.

Nie wyobrażasz sobie nawet, co potrafi znieść

i ile pokonać.

Czy ona potrafi myśleć?" zapytał anioł.

Pan odpowiedział:

Nie tylko potrafi ona myśleć, ale potrafi przekonywać i pertraktować.

Anioł dotknął policzka kobiety

Panie, zdaje się, że to dzieło przecieka!

Zbyt dużo nałożyłeś ciężarów.

Ona nie przecieka To łza poprawił Pan anioła. 

Łza? A co to takiego? zapytał anioł.

Pan odpowiedział:

Łzy są jej sposobem wyrażania smutku, wątpliwości, miłości, samotności, cierpienia

i dumy.

To zrobiło duże wrażenie na aniele.

Panie, jesteś geniuszem.

Pomyślałeś o wszystkim. Kobieta jest naprawdę

cudowna!

Rzeczywiście jest!

Kobieta posiada siłę, która zadziwia mężczyznę. Potrafi ona radzić sobie

z kłopotami i dźwigać ciężkie brzemię.

Ma w sobie szczęście, miłość i przekonania.

Uśmiecha się, gdy chce jej się krzyczeć. Śpiewa, gdy chce jej się płakać,

płacze, gdy jest szczęśliwa

i śmieje się, gdy się boi. 

Walczy o to, w co wierzy.

Sprzeciwia się niesprawiedliwości.

Nie akceptuje nie jako odpowiedzi,

kiedy widzi lepsze rozwiązanie.

Daje z siebie wszystko,

żeby jej rodzinie dobrze się wiodło.

Zabiera swoją przyjaciółkę do lekarza,

kiedy się o nią martwi.

Jej miłość jest bezwarunkowa. 

Płacze, kiedy jej dzieci odnoszą sukces.

Jest szczęśliwa, kiedy wiedzie się jej przyjaciołom.

Cieszy się, kiedy słyszy

o narodzinach czy weselu. 

Boli ją serce, kiedy umiera ktoś z rodziny

lub bliski przyjaciel.

Ale znajduje siłę, by żyć dalej.

Wie, że pocałunek i przytulenie mogą uzdrowić złamane serce. 

Ma tylko jedną wadę

                                     Zapomina, ile jest warta…

 

01 Maj 2019

No cóż, mógłbym co prawda teraz przypomnieć, że zgodnie z pewną znaną nam powszechnie teorią, pierwsza kobieta została stworzona z żebra Adama, pochodzenie mamy, tak czy inaczej takie samo, a więc która kobieta, w tej kwestii, postponuje ( czyt. obraża) mężczyznę, obraża również siebie, jednak pominę ten fakt i spróbuję inaczej. Wychodząc z tego samego założenia, zabawię się przeprowadzeniem dowodu, że to właśnie kobieta ( a może również, taka wersja też mi odpowiada ) jest tym brakującym elementem pomiędzy małpą a mężczyzną. Kurcze, z jakim bólem serca to robię, tego nikt nie wie, ale niech się dzieje co chce. Spróbuję pójść tym tropem myślenia. A więc do rzeczy.

Po pierwsze:

Czy zauważyłyście jak często zwracamy się do was mówiąc: moja małpeczko (sic), myszko, koteczku, czy bardziej zadziornie: tygrysico, lwico, że nie wspomnę już głupiej kozy, czy chociażby poczciwej krówki, której mniej zdrobniałą odmianę jakże często przywodzimy sobie na myśl, gdy jesteśmy z waszego powodu pod wpływem lekkiej emocji. Zresztą, podobnych określeń wy same z wielką przyjemnością używacie w stosunku do innych przedstawicielek tej samej płci.

Po drugie:

Podobnie jak mężczyźni, kobiety mają również silnie rozwinięte niektóre instynkty zwierzęce, a więc: mówi się wściekła, podstępna, fałszywa żmija ( to dotyczy tylko części ich populacji, chociaż gdyby tak dokładnie im się przyjrzeć to wyniki mogłyby okazać się dziwnie zaskakujące). Miłość do błyskotek porównuje się do adekwatnych zachowań sroki (taki ptak z rodziny krukowatych), czy chociażby odwracanie kota ogonem w czym celują

przedstawicielki płci pięknej. A co do polowania, to kobiety od zawsze robią wszystko i jeszcze więcej aby być upolowanymi, może nie przez każdego, to fakt, ale przez kogoś z wybranej grupy myśliwych (prawdopodobnie to są ci, którzy mają kłopoty z myśleniem, dlatego trzeba im koniecznie pomagać, stąd zgryźliwa nazwa - myśliwi).

18 Kwi 2019

Jak odbieramy innych? Oczywiście kierujemy się własnymi doświadczeniami a przede wszystkim własnymi charakterami i wszystkim, co one zawierają. Oceniamy więc ludzi, szczególnie tych bliższych, w sposób w jaki byśmy się zachowali w ich sytuacjach. A więc najczęściej wystawiamy własny obraz w takich momentach i przypinamy go do nich. Potem już nasza wyobraźnia dokleja wszystko, co jej na myśl przychodzi a więc często również to, co nas by w takich momentach najbardziej zabolało. Po krótkim czasie zamykamy to wszystko w sobie stwierdzając, że tak właśnie było i już. Ewentualnym argumentem jest fakt, że przecież jest to logiczne. Nie bierzemy tylko pod uwagę faktu, że takie postrzeganie jest bardzo jednostronne, subiektywne, że nasza prawda polega tylko w olbrzymiej większości na domysłach i do tego opartych na nas wartościach naszego charakteru a nie na faktach.

18 Kwi 2019

Wieczne posądzanie siebie o coś, co nie miało miejsca. „Rzucanie” w siebie słowami, które przede wszystkim mają boleć, psychicznie zabijać. Wymyślanie argumentów nieprawdziwych, nie mających żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości, ważne aby tylko dobrze, a więc ostro brzmiały, aby mocno zabolały. Czy to może być, albo inaczej, czy to jest zdrowym rozładowaniem narastających w związku konfliktów? A tak przecież przynajmniej twierdzą niektórzy znani psycholodzy. Rozumiem, że jest to sposób na rozładowanie naszego skumulowanego napięcia nerwowego, że jest to dla nas rodzaj naszego odreagowania. Jednak czy taki sposób nie jest jednocześnie tworzeniem nowych , kolejnych pokładów złych emocji w kimś, do kogo to wszystko kierujemy? Czy przypadkiem w ten sposób nie tworzymy samonakręcającej się spirali wzajemnej niechęci a z czasem i nienawiści? Przypomina mi to gorący garnek, który musimy gdzieś przenieść. I zamiast pomyśleć chwilę nad tym, jak to zrobić bezboleśnie a więc np. wziąć szmatkę aby nie poparzyć sobie rąk, z uporem staramy się przekazywać go sobie nawzajem. W ten sposób może i doniesiemy nieszczęsny garnek tam gdzie trzeba, ale przy tym oboje poparzymy sobie ręce. Taka jest nasza mądrość życiowa, przykre.

17 Kwi 2019

Często zastanawiamy się, co dzieje się z nami po jakimś okresie wspólnego przebywania razem? Co jest powodem, że stajemy się coraz bardziej podejrzliwi, opryskliwi i nie panując nad własnymi nerwami w krótkim okresie psujemy to, co jeszcze niedawno było takie piękne, takie fascynujące, takie kochane, takie bezdyskusyjnie nasze? Potem ze łzami w oczach zwalamy wszystko na tę drugą osobę, nie próbując nawet popatrzeć na siebie z boku i ocenić ile w tym wszystkim jest naszej winy. Wystarczy przecież przeświadczenie o tym, że ktoś nas wcześniej pokochał i zaakceptował. W takim przypadku wina teraz leży tylko po jego stronie. Bardzo często dobre mniemanie o sobie budujemy opierając się na naszych chęciach, a nie dokonaniach, za to bezspornym winowajcą jest, z reguły, ten ktoś drugi. Czym jest w takim przypadku nasza miłość? Podejrzewam, że jest to miłość własna, do siebie, traktująca drugą osobę jak własność, czyli kogoś kto nie może zrobić prawie niczego bez naszej akceptacji, za to musi akceptować nasze frustracje, nasze humory, podporządkowywać się naszym decyzjom czyli po prostu kochać nas i już. Mnie wydaje się, że miłość jest rodzajem dobrowolnego kompromisu, dokonywanego z własnego wyboru a nie z konieczności.

Poświęcanie się kochanej osobie najczęściej doprowadza do chorych sytuacji w których podporządkowanie siebie jest źródłem późniejszych konfliktów wynikających z braku wzajemnego zrozumienia i wielkiego poczucia krzywdy. Owszem, w jakiejś części powinniśmy żyć uszczęśliwianiem tego kogoś jednak przesada, jak we wszystkim, często kończy się tragicznie. Do miłych i dobrych rzeczy można bardzo szybko się przyzwyczaić i po pewnym czasie domagać się ich w różny sposób. Stają się one przysłowiowym powietrzem, którego nagły brak traktujemy jak wielką krzywdę dla nas nie szanując go, bo po prostu jest. Nie zastanawiamy się nawet czy rewanżujemy się tym samym, czy odpłacamy takim samym uczuciem. Najczęściej wystarczy nam przeświadczenie, że jesteśmy razem i dajemy przecież siebie zapominając, że obdarowujemy kogoś również przede wszystkim swoim charakterem, nad którym, niestety, nie bardzo chcemy pracować.

Tak więc codzienne kłopoty często jeszcze zaogniają i tak trudną sytuację. Efekt? Wiadomo, wzajemne żale, kłótnie i oskarżenia o sprawy, tak naprawdę mało istotne, które jednak w tej sytuacji urastają do rangi wielkiego problemu, przerastając możliwości naszego rozumienia. Czy zawsze jest to wina tylko jednej strony? Uważam, że leży ona prawie zawsze po obu stronach, może nie równomiernie je obciąża jednak ktoś w pewnym momencie czegoś nie zauważył lub zlekceważył i nastąpiła reakcja łańcuchowa, zdarzenie potoczyły się innym torem niż z początku zakładano. Obserwujmy więc siebie bacznie z boku, wnosząc poprawki w swoich charakterach, swoich postępowaniach, dopasowując je do wrażliwych punktów drugiej osoby. Osoby na której bardzo nam zależy, z którą chcemy przejść spokojnie przez resztę życia. To nieprawda, że miłość wymaga poświęceń, na pewno jednak wymaga ciągłej pracy nad sobą, ciągłego kontrolowania siebie, a jest to, niestety, bardzo trudne. Wszyscy dobrze o tym wiemy. Czy tylko w tym jest całe zło? Oczywiście nie, jednak na pewno przede wszystkim. Takie jest moje zdanie. A może przesadzam, może tak wcale nie jest? Może zbyt dramatyzuję a życie po prostu takie jest i już? Może skazani jesteśmy na wzajemne niezrozumienia?

 

 

 

Strona 1 z 92