"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

31 Gru 2006
Życie to ciąg pragnień, często zaspokajanych za wszelką cenę i w każdy możliwy sposób.

30 grudnia 2006 roku w telewizji TV4 został wyemitowany film obyczajowy produkcji amerykańskiej " Dzieciaki "  kręcony w konwencji filmu dokumentalnego. Pokazany jest w nim świat małolatów, dzielących się między sobą dotychczasowymi doświadczeniami, opisujących ze śmiechem, wprost, bez żadnego zażenowania, różne sposoby uprawianego przez nich sexu, używających narkotyków, alkoholu, przemocy. Ukazuje metody tworzenia własnego, hermetycznego środowiska, w którym nie ma żadnych wartości, a myślą przewodnią jest tylko zaspokajanie własnych dość wcześnie, nienaturalnie rozbudzonych tzw. potrzeb. I nie chodzi mi o sam film jako taki, chociaż muszę przyznać że mną wstrząsnął, bo zobaczyłem to, o czym słyszałem już wcześniej, niestety, jak wielu innych nie próbując tego zrozumieć, marginalizując to, nie widząc tego strasznego dramatu dzieci, ale o samo zagrożenie, które on porusza. Zjawisko degeneracji pewnej grupy dzieciaków, małolatów  z wyraźnym zaznaczeniem braku dolnej granicy wieku, wywodzących się ze slamsów.

Autor: Koszmarek Opublikowano w: Nasze życie
28 Gru 2006
Zaskoczyła mnie dzisiaj moja jedynaczka, mała szara komórka. W jaki sposób? Zaraz to Wam opowiem. A więc od początku.

Jak zwykle rano tj. po godzinie 10 postanowiłem się obudzić. Tak dokładnie to nie ja sam tylko moja jedynaczka postanowiła obudzić mnie, co w sumie i tak na jedno wychodzi. Ale do rzeczy. Drzemałem więc sobie jeszcze spokojnie gdy nagle poczułem, że coś podnosi mi powiekę. Najpierw jednego oka, potem drugiego. W pierwszym momencie wydało mi się, że jeszcze śpię i coś mi się śni. Jednak po chwili gdy widziany obraz nie znikał dotarło do mnie, że to nie sen tylko smutna rzeczywistość. Dlaczego smutna? Bo po pierwsze świadomość, że muszę już wstawać a tego bardzo nie lubię. A po drugie widok który ujrzałem był lekko zniekształconym obrazem noska i oczek mojej komóreczki uśmiechającej się troszeczkę złośliwie a ten widok szczególnie z takim grymasem podrywa mnie natychmiast na równe nogi. Tak właśnie stało się i tym razem. Ta szybka nieprzyjemna czynność spowodowała, że zakręciło mi się w głowie i wydawało mi się, że za chwilę zemdleję.

26 Gru 2006

Moje opowiadania, nie zawsze prawdziwe.

Zastanawiałem się długo jakie miejsce w naszym życiu mają nasze tęsknoty? A w ogóle co to jest tęsknota? Czy jest zjawiskiem pozytywnym czy negatywnym? A może zupełnie obojętnym i my, spokojnie być może potrafilibyśmy się bez niej obejść? Pytań jest wiele. Podejrzewam, że odpowiedzi, tak jak z miłością, jest też tyle ilu jest ludzi. Spróbujmy jednak, chociażby w małej części, jakoś to ugryźć.

Na początku zajrzałem do Encyklopedii Powszechnej. I tu zaskoczenie. Encyklopedia milczy tak, jak gdyby tęsknota była czymś tak rzadkim, że nie warto o niej wspominać. W wielu innych wydawnictwach również brak informacji. Dopiero w Słowniku Poprawnej Polszczyzny jest coś niecoś na ten temat, co prawda mówi się tu tylko o składni i znaczeniu, ale zawsze to coś. No cóż, nie pozostawało mi nic innego niż zwrócenie się z tym problemem do mojej małej szarej komóreczki z prośbą, aby mi wyjaśniła czy to jest tylko nasza emocja, czy może już jakieś uczucie? A może i jedno i drugie? A tak z innej strony. Czasami jakoś dziwnie do tego ustosunkowujemy się patrząc na kogoś, kto jest smutny, popadający niekiedy nawet w depresję, bo tęskni za kimś, za czymś, za domem rodzinnym, ojczyzną, spokojem czy chociażby za tym co było i minęło już dawno a do czego można wrócić tylko we wspomnieniach...etc. Nie chcąc jednak zdenerwować mojej jedynaczki zmęczonej ciężką pracą ( tak ostatnio twierdzi, chociaż ja nie wiem czym mogła się tak zmęczyć?) spróbowałem małej prowokacji, oczywiście w celu zwrócenia na siebie jej uwagi. Położyłem się więc w moim małym pokoiku na tapczanie, otworzyłem szeroko okno, wpuściłem świeże powietrze i czekałem na to, co się stanie.

Na dłuższą metę wiadomo, przeziębienie, katar, może grypa, ale z doświadczenia wiem, że moje maleństwo jest na niskie temperatury mniej odporne ode mnie. I nie myliłem się. Po kilku minutach coś się zaczęło nerwowo poruszać na półce z książkami i na poduszkę leżącą obok mnie wyskoczyła ze zmierzwionym włosem i szaleństwem w oczkach, trzęsąca się z zimna znajoma mi istotka. Pukając nerwowo mnie w czoło wrzasnęła piskliwym głosikiem:

15 Gru 2006

Czy zastanawialiście się kiedyś skąd się wzięło powiedzenie, że rewolucja zjada swoje dzieci? Przecież tego nikt nie wymyślił tylko dlatego, że ładnie brzmi, że jest takie poetyckie, takie patetyczne. Jest to prawda historyczna, prawda życiowa. Oczywiście, rewolucja francuska, Robespierre i inni, to dzisiaj wie prawie każdy. Czy jednak sam mechanizm nie jest w historii dziejów w jakiś sposób powtarzany? Spróbujmy to przeanalizować. Może dojdziemy do jakichś wniosków, które nam coś uświadomią? Może będziemy bardziej pewni siebie, pewni tego, że możemy walczyć o coś, nie pozwalając przy tym bezkarnie sobą manipulować?
A więc, aby porwać ludzką społeczność, naród, do walki o coś, tworzy się, bazując na jakimkolwiek ogólnym niezadowoleniu, grupę jednoczącą wszystkich hasłami mającymi w treści pojęcia wolności, sprawiedliwości i równości. To sztampa, powtarzająca się za każdym razem. Potem wybiera się spośród nich "trybunów ludowych". Ludzi skazanych z góry na usunięcie gdy się uda całe przedsięwzięcie, ewentualnie na "męczenników za sprawę" gdyby się coś nie udało. Ludzi pozbawionych chęci zysku, naprawdę wierzących w sprawę i chcących uczciwych zmian, ludzi ideowych, charyzmatycznych, nie znających kompromisów, takich z którymi mogą się wszyscy, a przynajmniej większość, identyfikować

14 Gru 2006

(Prawie z życia wzięte).

W pewnym niedużym, mocno schorowanym miasteczku zjawił się pewnego, nie najpiękniejszego dnia ktoś, kto twierdził, że jest świetnym lekarzem. Po kilku dniach zjawił się następny i za kilka dni kolejny. Każdego z nich wkrótce otoczyło grono, nie koniecznie wiernych, wyznawców uzdrowicielskiej siły, jakoby  w nich drzemiącej. Wszyscy głośno twierdzili, że są wspaniałymi lekarzami i tylko oni potrafią leczyć, oczywiście każdy to mówił tylko o sobie, natomiast o innych twierdził, że są nieudacznikami i partaczami. W mieście, jako że było bardzo biedne poza drobnymi wyjątkami, zamieszkiwali sami ubodzy ludzie.

Pewnego dnia jeden z nich, mocno zbolały, nie mając innego wyjścia wybrał się do jednego z nich po poradę lekarską i po leki.

- Przyszedłem do pana z tym co mnie boli panie doktorze. Jest to moja bieda - powiedział. - Jednak choruje na nią większość mieszkańców miasteczka. - dodał.