"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

09 Kwi 2007
Próbując zrozumieć hipokryzję od zawsze siedzącą głęboko w nas, postanowiłem przeanalizować jej źródło, czyli moment zderzenia naszych zróżnicowanych prawd. Od dawna wiadomo, że każdy z nas żyje w dwóch światach, realnym i wirtualnym, inaczej mówiąc, wymyślonym. Świat realny kieruje się bezwzględnie twardymi, konkretnymi zasadami, uderzającymi bezpośrednio w nas lub w innych, wywołującymi nasze reakcje na siebie nawzajem. Świat wirtualny, który powinien być światem naszych, szukających prawdy przemyśleń, pozornie bardzo spokojny, pozwala nam na budowanie własnych, wygodnych prawd i zasad, w których to my najczęściej mamy rację, jesteśmy najlepsi, najmądrzejsi. W nim więc budujemy idealny swój obraz oraz obrazy innych, w najwygodniejszy dla nas sposób. Co najgorsze, to właśnie ten świat ma olbrzymi wpływ na to, jak odnosimy się do otoczenia i jak ono postrzega nas. Ale tego nie chcemy już zauważyć. Oba światy są zupełnie niezależne i tylko czasami zazębiają się, co w wyniku najczęściej daje różne w skutkach ustalenia lub zmianę naszych zapatrywań. Jednym słowem posiadamy dwie osobowości. Na naszą osobowość wirtualną duży wpływ mają emocje, grając na nich można diametralnie zmieniać nasze punkty widzenia. Co to wszystko ma wspólnego z hipokryzją? Już mówię.
03 Kwi 2007

(Co jakiś czas, dla urozmaicenia będę wrzucał jakiś wyjęty z archiwum wiersz na pierwszą stronę)

Jak gra nie dograna, przedwcześnie skończona,
Coś się rozpłynęło, po prostu, banalnie.
Zagubiona struna niebacznie trącona,
Byłaś, czy nie byłaś? - dręczące pytanie.

Coraz trudniej myśleć, obraz się zaciera,
Co w tym prawdą było, co tylko kłamaniem?
Spokojnie, powoli coś we mnie zamiera,
Byłaś, czy nie byłaś? - powraca pytanie.

Jeśli mnie ktoś spyta kiedyś, jak to było,
Czy pamiętam jeszcze serca kołatanie?
Nie wiem czy odpowiem co za tym się kryło,
Byłaś, czy nie byłaś? - pytaniem zostanie.

Autor: Koszmarek Opublikowano w: Porady, kuchnia
02 Kwi 2007

Dla ocieplenia sytuacji na koszmarkowej stronie postanowiłem w miarę często przeplatać moje ciężkostrawne przemyślenia nieco lżej strawnymi przepisami  kulinarnymi i tzw. poradami domowymi. Moja miłość do przyrządzania potraw nie jest tajemnicą, przynajmniej dla niektórych. W związku z czym mogą pojawić się tu czasami dość dziwaczne przepisy. Czy skorzystacie z nich czy też nie, to już Wasz wybór, do niczego nie namawiam. Jednak w związku z tym, że są różne gusta, różne smaki jak również różne odporności na wtłaczane w nas kompilacje przeróżnych dziwnych wiktuałów, nie biorę za nic ani ciut, ciut odpowiedzialności. Wybierając niektóre z nich można posłużyć się znanym powiedzeniem - rzadko bywa, aby to co smaczne było jednocześnie zdrowe - . Z tego by wynikało, że najczęściej trzeba będzie  wybierać pomiędzy smacznym a zdrowym. Ja optuję za smacznym, bo jak uczy nas doświadczenie, samo życie jest już dla nas wystarczająco niezdrowe, a jednak dożywamy często sędziwych lat. Po co więc dobijać się jeszcze trawieniem czegoś, co nie sprawi nam chociażby odrobiny radości. Trochę smaczego uśmiechu na co dzień na pewno nam nie zaszkodzi,  a może nawet i pomóc.

30 Mar 2007

Od pewnego czasu obserwuję to, co dzieje się w naszym kraju i z przerażeniem dochodzę do wniosku, że nasze niesamowicie aktywne grupy polityczne zaczyna opanowywać jakiś amok. Walka o głosy wyborców, o zaistnienie za wszelką cenę w mediach i na arenie politycznej niejako wymusza na nich zupełnie paranoidalne pociągnięcia. W programie "Co z tą Polską?" prowadzonym przez T. Lisa nie wytrzymał nerwowo nawet tak bardzo opanowany prof. Bartoszewski i użył domyślnie w stosunku do jednego z czołowych, naszych polityków takich określeń jak: nabzdyczony, nadęty i jeszcze kilku innych niemniej dosadnych. To już zmusza do myślenia. Zacząłem więc analizować zdarzenia z ostatniego okresu i nie powiem, że miałem jakiekolwiek powody do uspokojenia swoich podejrzeń. Wręcz przeciwnie. Weźmy na przykład wkręcanie religii do polityki.

Od dawna wiadomo, że polityka jest jednym z największych bagien w którym aby przeżyć, trzeba być niezłym dyplomatą. A tych u nas niestety dzisiaj brak. Religia zaś i jej zasady, to sprawa sumienia każdego z nas, sprawa naszej wiary. Dostaliśmy od Stwórcy wolną wolę i rozum po to, aby rozróżniać co jest dobre a co złe by potem korygować nasze zachowania, poglądy, podejmowane decyzje. I oto nagle zjawia się "Silna Grupa pod Wezwaniem", która chce nas ubezwłasnowolnić i zmusić do takiego postępowania jak chcą oni, twierdząc, że opierają się na słowach głów kościoła, na kanonach prawd wiary i że w ten sposób wszystkich nas hurtem uszczęśliwią, bo ich zdaniem jesteśmy ślepymi i głupimi jawnogrzesznikami. Poza tym nie zwracają wcale uwagi na to, że w naszym kraju żyją również ludzie innych wiar. Nie spytam już o demokrację, bo to temat do zupełnie innych rozważań.

24 Mar 2007
Przypisujemy ją biednemu Kalemu, jednak gdyby dobrze się przyjrzeć, to jest to jedna z naszych głównych przywar, praktycznie od zawsze. No bo cóż jest wygodniejszego niż rozgrzeszanie siebie posługując się wygodnym, prywatnym "obiektywizmem" na swój własny użytek? Nagminnie uważamy, że  jesteśmy w stosunku do świata bardzo uczciwi, bardzo spolegliwi, czego niestety nie można powiedzieć o nim w stosunku do nas. I co w tym najdziwniejsze, pomimo tego a może właśnie dlatego, nikt nas nie chce zrozumieć. Takie jest nasze zdanie. Jesteśmy przy tym święcie przekonani, że chociaż nasze postępowanie jest tak uczciwe, tak szczere i tak obiektywne, to przez otoczenie często postrzegane jest opacznie. Stąd prosty wniosek i nasz żal do świata i ludzi zamykający się w stwierdzeniu, nikt nas nie rozumie a świat jest podły. Co do świata, to można by podyskutować, bo taki jakim go my ludzie tworzymy jest faktycznie trudny do zaakceptowania. Jednak pozostały składnik naszego żalu, to już klasyczny syndrom Kalego.