"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

24 Lis 2007
Każdy z nas kiedyś znalazł się w sytuacji, w której wydawało mu się, że niestety ale nic nie da się już zrobić, że klamka przeznaczenia zapadła bezpowrotnie, że te drzwi nie dadzą się już otworzyć. Najczęściej podchodzimy do tego jak przysłowiowy baran do przeszkody. Chcemy staranować problem patrząc na niego od strony naszych emocji, naszego JA. Na czym to polega? To proste, staramy się możliwie najszybciej i najprościej osiągnąć nasz wymarzony cel. I jeżeli to nam nie wychodzi, to twierdzimy, że to się po prostu nie da, że jest to niemożliwe lub inaczej, nie wiem, nie umiem, jest to dla mnie za trudne. Jednak jak twierdzą wytrwali, którzy w swych dążeniach osiągają nieporównywalnie więcej niż pozostali, nie ma spraw niemożliwych. Oczywiście poza pewną strefą wyjątków, ale ich wcale nie jest tak dużo. To my najczęściej staramy się wrzucić dodatkowo do nich to wszystko co nam nie wychodzi, bo jesteśmy zbyt napaleni i niecierpliwi, bo nie chce się nam o to rozsądnie i spokojnie powalczyć.
12 Lis 2007

Od jakiegoś czasu męczy mnie temat dwóch naszych światów. Jednego fizycznego, w którym ukazujemy się i realizujemy nasze życie i drugiego wewnętrznego, w którym umieszczamy nasze prawdziwe, nie zawsze rozumiane, skrzętnie ukrywane, często skrzywdzone JA, będący wolnym od uprzedzeń i wszelkich reguł, małym, zamkniętym dla innych, światem. Wtłaczamy tam swoje fantazje, marzenia, rozpływamy się we własnych żalach i bólach, własnych pretensjach do świata i ludzi, tworzymy w nim nasze małe samotności. Spróbujmy to uogólnić, czyli zrobić to czego bardzo nie lubię, i najpierw podzielić je na obszary przynależne konkretnej płci. Dlaczego właśnie tak? To proste, wrażliwości, potrzeby, zainteresowania i zamiłowania każdej z nich mocno się od siebie różnią. Skupmy się więc teraz na kobietach. Dlaczego? Bo są delikatniejsze i wrażliwsze a więc ukazujące całą barwę swoich często nieprzewidywalnych emocji. Zaznaczam jeszcze raz, bardzo, ale to naprawdę bardzo uogólniam sam temat, ale inaczej nie byłoby można o tym w ogóle mówić. Spróbujmy więc stworzyć tylko sam ogólny tego zarys.

Aby zrozumieć podstawy, będące źródłem moich konkluzji, muszę zacząć od, postrzeganej przeze mnie, wrażliwości kobiet. Jak sam twierdzę, chociaż jestem mężczyzną /przynajmniej od strony biologicznej/, pan Bóg tworząc kobietę wyrzeźbił jej wrażliwość delikatnym rylcem, zaś przy tworzeniu mężczyzny, nie wiadomo dlaczego, użył w tym celu siekiery. Z takiej obróbki, wspomnianego surowca, w przypadku kobiety, powstały bardzo delikatne i subtelne, wrażliwe na temperaturę / uczuć / elementy tejże wrażliwości, nieodporne / czyt. bardzo podatne / na różne działanie piękna, rozumianego w bardzo szerokim jego spectrum, wrażliwe na wszelkie fascynacje, zauroczenia, skaleczenia, zadrapania psychiczne, czy też działania znamionujące gorące zainteresowanie jej osobą, przez osobnika płci przeciwnej / chociaż jak nauka twierdzi, nie zawsze i nie w każdym przypadku przeciwnej /. Mamy więc pierwszy, delikatny zarys poszukiwanego, ukrytego kobiecego rysunku. Ukrytego, bo mówimy tu o drugim, wewnętrznym jej świecie.
05 Lis 2007

Trochę odbiegnę od klimatu panującego na koszmarkowej stronie i napiszę kilka słów o tym, co od jakiegoś czasu przeszkadza mi na co dzień. A mianowicie, gdziekolwiek się nie ruszę, cokolwiek medialnego nie włączę , to pojawia się przede mną jak widmo, dziwne podejście do języka polskiego, a właściwie jego traktowanie. I nie mogę tego nazwać już językiem potocznym, chociaż tak mogłoby to wyglądać na pierwszy rzut oka, bo czynią to i politycy i całe mnóstwo młodych ludzi. A już w niektórych tego przejawach przodują młode dziewczyny. Nie wiem, czy można to również zrzucić na karb nowej mody? Chociaż może w niektórych przypadkach jest również i tak. Wydaje mi się jednak, że jest to jednak najzwyklejsze niechlujstwo językowe. Bo to, co kiedyś było charakterystyczne dla regionów wschodnich Polski, zrobiło się nagle czymś normalnym, powszechnie stosowanym, chyba nawet w niektórych kręgach dobrze postrzeganym. Mam na myśli śledzikowanie, bo tak właśnie pogardliwie określano kiedyś specyficzną formę artykulacji miękkich spółgłosek takich jak ć, ś, ź. A jeżeli do tego jeszcze dodamy, bardzo często spotykaną dzisiaj, zamianę końcówek wyrazów kończących się spółgłoskami ą i ę, na ..om i ..em, to mamy właściwie już zupełnie nową szkołę, której, podejrzewam, nie uda się tak łatwo nam zmienić. Właściwie niby nic, ale nie wiem, czy chcielibyście wysłuchać wiersza deklamowanego w ten sposób?

20 Paź 2007
Pamiętamy różne rzeczy, zdarzenia, chwile czy chociażby zachowania innych, szczególnie bliskich nam osób, zamieniając potem niektóre z nich w poczucie żalu, pretensji czy też czynionej nam wielkiej krzywdy. Robimy to najczęściej zupełnie odruchowo. Natężenie kumulowania w sobie tego rodzaju zapisów zależy od naszych charakterów, poziomów intelektualnych czy chociażby od dobrej woli i szczerości w miarę obiektywnego rozumienia innych ludzi. Niestety, tych ostatnich przymiotów jakże często nam brak. Żyjemy i obracamy się w różnych społecznościach, które nas niezauważalnie ale jakże skutecznie przemodelowują, korygując nasze systemy wartości, nasze postrzeganie innych, nierzadko również bliskich nam ludzi. W takich sytuacjach, szczególnie gdy mamy silne osobowości, staramy się robić wszystko, aby najbliższe otoczenie dopasowało się do naszych wymagań. Jeżeli zaś tego ono nie robi to jest złe, krzywdzące, głupie, egoistyczne. Motywacja jest prosta, filozofia Kalego, my mamy rację, bo jesteśmy o tym zupełnie przekonani i już. Pozostaje więc tylko dorobienie odpowiedniej legendy, aby uzasadnić przed nami i resztą świata nasze subiektywne prawdy. Nie staramy się nawet dopuścić do siebie myśli, że przecież każdy człowiek ma prawo co jakiś czas w coś zwątpić gdy jest zawiedziony, czy załamany, że jest to silniejsze od jego woli, że może zbłądzić i zrobić coś, czego w normalnej sytuacji by nie zrobił. Taka chwilowa huśtawka nastrojów, ocen sytuacji i odczuwania dotykającego nas dobra i zła. Rzadziej lub częściej zdarza się to przecież nam wszystkim, bez wyjątku. Chociaż chyba to nie do końca jest prawdą, bo to my jesteśmy przecież tym chlubnym wyjątkiem, który oczywiście potwierdza wspomnianą regułę.
14 Paź 2007
"...myślę, więc jestem..."....czyli....przypowieści leniwego filozofa.... (archiwalne)
 
Pewnego upalnego dnia, gdy słońce lało z góry niemiłosierny żar,  narzekając na ciężkie życie i szukając chłodnego cienia aby chociaż troszkę móc spokojniej pooddychać, zawędrowałem pod dąb leniwego filozofa. Zastałem go zawieszającego u wejścia do dziupli zasłonę z kawałka starej, wilgotnej tkaniny. Nie chcąc przeszkadzać, zdjąłem tunikę i wszedłem do przepływającego obok strumienia. Usiadłem w wodzie. Jej chłód, sprawił po chwili, że zrobiło mi się rześko i jakoś dziwnie weselej. Obmywałem się mokrą ręką pryskając wokół. Zmoczyłem twarz i włosy. Czułem się tak wspaniale, że nie zauważałem już piekącego słońca, które o dziwo, teraz dawało zupełne przyjemne ciepło. W niedalekim sitowiu rechotały żaby. Wokół latały jakieś owady, motyle. Nad wodą zawisła ważka. Świat nagle okazał  się zupełnie inny niż przed chwilą. Po pewnym czasie wstałem, nałożyłem tunikę i podszedłem do starca. Siedział uśmiechając się dobrotliwie.