"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

15 Gru 2006

Czy zastanawialiście się kiedyś skąd się wzięło powiedzenie, że rewolucja zjada swoje dzieci? Przecież tego nikt nie wymyślił tylko dlatego, że ładnie brzmi, że jest takie poetyckie, takie patetyczne. Jest to prawda historyczna, prawda życiowa. Oczywiście, rewolucja francuska, Robespierre i inni, to dzisiaj wie prawie każdy. Czy jednak sam mechanizm nie jest w historii dziejów w jakiś sposób powtarzany? Spróbujmy to przeanalizować. Może dojdziemy do jakichś wniosków, które nam coś uświadomią? Może będziemy bardziej pewni siebie, pewni tego, że możemy walczyć o coś, nie pozwalając przy tym bezkarnie sobą manipulować?
A więc, aby porwać ludzką społeczność, naród, do walki o coś, tworzy się, bazując na jakimkolwiek ogólnym niezadowoleniu, grupę jednoczącą wszystkich hasłami mającymi w treści pojęcia wolności, sprawiedliwości i równości. To sztampa, powtarzająca się za każdym razem. Potem wybiera się spośród nich "trybunów ludowych". Ludzi skazanych z góry na usunięcie gdy się uda całe przedsięwzięcie, ewentualnie na "męczenników za sprawę" gdyby się coś nie udało. Ludzi pozbawionych chęci zysku, naprawdę wierzących w sprawę i chcących uczciwych zmian, ludzi ideowych, charyzmatycznych, nie znających kompromisów, takich z którymi mogą się wszyscy, a przynajmniej większość, identyfikować

14 Gru 2006

(Prawie z życia wzięte).

W pewnym niedużym, mocno schorowanym miasteczku zjawił się pewnego, nie najpiękniejszego dnia ktoś, kto twierdził, że jest świetnym lekarzem. Po kilku dniach zjawił się następny i za kilka dni kolejny. Każdego z nich wkrótce otoczyło grono, nie koniecznie wiernych, wyznawców uzdrowicielskiej siły, jakoby  w nich drzemiącej. Wszyscy głośno twierdzili, że są wspaniałymi lekarzami i tylko oni potrafią leczyć, oczywiście każdy to mówił tylko o sobie, natomiast o innych twierdził, że są nieudacznikami i partaczami. W mieście, jako że było bardzo biedne poza drobnymi wyjątkami, zamieszkiwali sami ubodzy ludzie.

Pewnego dnia jeden z nich, mocno zbolały, nie mając innego wyjścia wybrał się do jednego z nich po poradę lekarską i po leki.

- Przyszedłem do pana z tym co mnie boli panie doktorze. Jest to moja bieda - powiedział. - Jednak choruje na nią większość mieszkańców miasteczka. - dodał.

06 Gru 2006

Niestety, tym razem absolutnie prawdziwe.

Czasami zastanawiam się, dlaczego tak zwane kłopoty przejściowe okresu transformacji, odbijające się na egzystencji olbrzymiej ilości ludzi w Polsce, nie dotykają tak samo dotkliwie naszych polityków, którzy w przeciwieństwie do reszty narodu mają stale waloryzowane wysokie  dochody, bardzo dobrą opiekę zdrowotną czyli w jakimś stopniu zapewniony niezły byt. Nie dotyczą też ich żadne konsekwencje za popełniane błędy, za złożone wcześniejsze niespełnione obietnice. Oczywiście nie mam tu na myśli tych nielicznych, przyłapanych na omijaniu litery prawa, którzy świadomie popełnili przestępstwa a do tego jeszcze byli członkami partii opozycyjnych. Zauważmy dla przykładu, że za skonstruowanie chorego prawa nikt nie odpowiada, chociaż doskonale wiemy, że jest dalekie od powszechnie głoszonej idei, od założeń kryjących się w podstawach jego tworzenia.

27 Lis 2006

Moje opowiadanie, nie zawsze prawdziwe.

Następnego dnia po rozmowie z leniwym staruszkiem, gdy tylko usłyszałem pierwsze pianie koguta siedzącego na płocie u sąsiada a słońce zaczęło budzić wszystko wokół, wstałem, wyszedłem na dwór i przeciągając się popatrzyłem na wielkie drzewo rosnące na brzegu wsi tuż pod lasem. Spał tam w swojej dziupli właśnie ów stary, leniwy filozof. W tym momencie przypomniała mi się jego opowieść, może prawdziwa a może i nie, o spotkaniu ze Stwórcą wszystkiego. Za każdym razem, gdy opowiadał mi o różnych podobnych zdarzeniach, robił to tak przekonywująco, że wydawało mi się to absolutnie prawdziwe. Do dziś miewam jeszcze wiele wątpliwości, prawda to czy ironia starca obserwującego życie? Ale wracając do rzeczy. Otóż, wstałem w miarę wcześnie i po porannym oporządzeniu niewielkiego dobytku w mojej zagrodzie powoli ruszyłem nad rzeczkę przepływającą niedaleko starego dębu. Usiadłem na brzegu zatapiając się w myślach. Przypomniałem sobie ostatnią opowieść staruszka o stworzeniu świata a w tym również człowieka. Pochłonęły mnie obrazy w mojej wyobraźni. Nie wiem ile czasu tak siedziałem, ale musiało to być chyba długo, bo słońce zaczęło się już zbliżać do zenitu. Gdy nagle poczułem czyjąś dłoń na moim ramieniu. Obejrzałem się. Obok a właściwie tuż przede mną stał Ktoś, byłem o tym święcie przekonany a jednak trudno byłoby mi teraz dokładnie opisać to zjawisko, które wtedy widziałem. Była to bowiem półprzezroczysta postać, cała otoczona dziwną mgielną aureolą, od której biło jakieś niesamowite ciepło i przeogromny spokój. W pierwszej chwili wydało mi się, że stoi przede mną stary, leniwy filozof, którego wizerunek widziany na tle bardzo jasnej tarczy słonecznej jawi mi się właśnie w ten dziwny sposób. Jednak po bliższym przyjrzeniu się szybko zauważyłem różnicę. Włosy i broda były też długie, siwe ale w przeciwieństwie do mojego staruszka bardzo uporządkowane, wijące się jak nienaturalnie zakręcone promienie. Oczy, w których odbijało się wszystko jak w zaczarowanym lustrze miały taką głębię, że wydawało się iż można tam wejść i iść, iść, do granic czegoś niewytłumaczalnego. A głos który usłyszałem był  czymś, z czym się nigdy jeszcze wcześniej nie spotkałem, niski, głęboki, a jednocześnie bardzo kojący, delikatny, pulsujący dziwną, niezrozumiałą dla mnie energią. Mówił nie otwierając ust, a jednak słyszałem Go bardzo wyraźnie i dokładnie.

21 Lis 2006

Moje opowiadania, nie zawsze prawdziwe.

Któregoś dnia podszedłem do starego drzewa.  Echem po ścianach wielkiej dziupli odbijało się chrapanie staruszka, aż liście na gałęziach lekko drżały. Zajrzałem Wyglądał cudownie. Góra siwych włosów, splątanych ze sobą ze środka których wynurzał się jak wielki burak, okrąglutki czerwony nos. Wąsy, broda i włosy stanowiły tutaj jedną tajemniczą całość i gdyby nie ów wspaniały nos, można by długo dociekać, co to może być?

W pewnej chwili, usłyszałem kichnięcie i ukazały się dwa oczka, troszeczkę jeszcze przykryte włosami, zaspane dwie źrenice, które patrzą na mnie podejrzliwie, obserwując co robię. Po chwili, jakgdy nic nadzwyczajnego się nie działo,  staruszek powoli usiadł, przetarł miejsce w którym powinny być oczy, bo włosy znowu wszystko mu zakryły i wcale nie zdziwiony spytał:

- Jakie bogi ciebie tutaj sprowadzają, hę?

Zaskoczony trochę pytaniem, zmieszałem się ale po chwili odparłem:- Mistrzu, bardzo lubię twoje opowieści a szczególnie te, w których opowiadasz o swoich spotkaniach ze Stwórcą wszystkiego. Opowiedz mi coś jeszcze, proszę. 

Długo się zastanawiał, wreszcie odrzekł:

- Dobrze, ale tym razem będzie to długa opowieść. Muszę bowiem wszystko ci wyłuszczyć dokładnie, bo nie było to zwyczajne spotkanie.

Poczem rozsiadł się wygodnie i tak zaczął.: