"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

01 Lut 2018

Na Koszmarku staram się prowokować do własnych przemyśleń i do szukania własnych rozwiązań. Staram się przywrócić wiarę, że to jest możliwe trzeba tylko dobrze się zastanowić biorąc pod uwagę wszystkie aspekty sprawy a przede wszystkim szukać źródeł owego zła i potem usuwając je. Forma może rzeczywiście nie najlepsza ale innej nie znam. Czytanie zaś między wierszami jest moim zdaniem podstawą poznawania drugiego człowieka. Każde zdanie, każde słowo ma swoje zabarwienie na które niewielu zwraca uwagę podchodząc do owych wypowiedzi subiektywnie i na swój sposób mechanicznie je odbierając. Wiele z nich niesie w sobie myśli ukryte, nie mówię podtekstowe, bo to zupełnie coś innego. Sposób i forma używania np. przymiotników między innymi mówi o wrażliwości rozmówcy, o jego ukrytych emocjach... etc.

I jeszcze jedno. Dla bardzo wielu z nas rozmowa jest swoistym lekarstwem. Subtelna nić porozumienia wypływa tu z faktu determinacji tego, który chce się odkryć i przyjaznego, wręcz serdecznego podejścia jego rozmówcy do dręczącego go problemu. Takie rozmowy mogą odbywać się nawet w grupach. Jest to zresztą od dawna stosowana w psychologii forma leczenia grupowego. Oczywiście nasze grupowe rozważania na małych forach są trochę inaczej prowadzone, bardziej spontanicznie, ale sama zasada pozostaje taka sama. Umiejętność odkrywania siebie, wyrzucania z siebie własnych małych dramatów, wyzwalanie się z nich i szukanie powodów, które je spowodowały. Takie rozmowy uczą nie zamykania w sobie, co wcale nie znaczy, że trzeba po prostu gadać. Chociaż czasami może również i tak?

30 Sty 2018

Bardzo łatwo zatracić granice pomiędzy karierą a rodziną. A tak naprawdę, na szczęście dotyczy to nielicznej ilości kobiet. Oczywiście są takie kobiety, które mają inne predyspozycje i szukają samorealizacji w świecie biznesu czy chociażby np. wojsku, straży pożarnej, sportach ekstremalnych, policji itd. Dlaczego wymieniłem właśnie te dziedziny? Chciałem zaznaczyć w ten sposób inność zamiłowań czy też pragnień od powszechnie spotykanych. Biznes to troszeczkę coś innego, tym niemniej też nie to w czym przeciętne kobiety mogą się czuć dobrze. Jest to świat drapieżny, zakłamany, podstępny, świat twardej walki o rynek. I nie to jest tu jeszcze najważniejsze. W życiu nie ma nic za darmo. Powszechnie wiadomo, że pracując w biznesie trzeba mu poświęcać dużo więcej czasu i uwagi niż w normalnej pracy i dodając do tego jeszcze stałe napięcie nerwowe, mamy już powolne wykańczanie psychicznie. Bardzo częstym efektem tego oczywiście jest brak czasu dla własnej rodziny, nierzadko nawet ucieczka od jej stworzenia. Poza tym codzienne zmęczenie, niewspółmiernie większe niż zmęczenie każdą inną pracą, nie pozwala na wykrzesanie z siebie tej ilości ciepła czy chociażby zainteresowania bliskimi, jaką kobieta może i powinna dać. I chociaż życie współczesne zmusza je do większego angażowania się  w zdobywanie pieniędzy, to jednak, moim zdaniem, poza nielicznymi wyjątkami, tzw. kariera zawodowa /nie mylić z pracą / wypacza ich charaktery, ich subtelność, tę bardzo kobiecą delikatną niepewność, może świadomą a może nie, tego nie wiem, to chyba wiedzą tylko same kobiety. Kobieta nie ma nadmiernego zapasu sił i czasu, w związku z czym nie może swobodnie nim dysponować nie krzywdząc przy tym własnej rodziny i siebie samej. Nieciekawa jest rola kobiet we współczesnym świecie, jednak uważam, że każda powinna być świadoma priorytetów jakie sobie sama ustawia. Bo zawsze jest coś za coś, to tylko kwestia własnego wyboru, najlepiej świadomego, bo ponoszone później koszta mogą niestety być kiedyś bardzo bolesne.

21 Sty 2018

Spotykamy się na co dzień z określeniem specyficznego zachowania młodzieży  określanym mianem buntu pokoleniowego. Jest to zjawisko cykliczne, powtarzające się w każdym kolejnym pokoleniu, które było, jest i będzie, czy to się nam podoba czy też nie. Zawsze podchodziłem do tego dość obojętnie. Tłumaczyłem to sobie kolejnym dopustem bożym polegającym na konflikcie skostniałych stereotypów zbudowanych na podstawie doświadczenia nabytego, odpowiednio zaklasyfikowanego przez tzw. pokolenie ludzi dojrzałych z beztroskimi szaleństwami wieku młodości, dla którego każdy powód do tego jest dobry, które wszystko ma, jak to mówią, gdziesik. I nawet chyba coś w tym jest na rzeczy, tylko oczywiście nie koniecznie z takich powodów, bo zauważcie sami. Każde następne pokolenie coś zmienia, usprawnia, modyfikuje, niektóre sprawy przewraca do góry nogami, tworzy nowe poglądy i normy zachowań. Nie można jednak tego zrobić bez przeprowadzenia generalnych porządków. Dzięki temu to co jeszcze kilkadziesiąt a nawet kilkanaście lat temu było normą dzisiaj może stać się anachronicznym zabytkiem mającym wartość tylko emocjonalną, muzealną ale nie praktyczną. Zacząłem zastanawiać się skąd się to bierze, co jest tego przyczyną? Popatrzmy na to z boku.

Aby nie trwać w stagnacji trzeba co jakiś czas łamać ustalone stereotypy, budować i wchodzić na nowe tory, sprawdzając czy nie da się czegoś zamienić czymś nowszym, lepszym, co pozostawi nasz ślad w kolejnej zmiennej rzeczywistości i wniesie coś świeżego zanim, z czasem oczywiście, stanie się kolejnym stereotypem, kolejną zaszłością. W ten sposób zamyka się koło małej historii. Pozostaje bliźniacza powtarzalność sytuacji. Jakie to dziwne, bo najpierw ktoś się buntuje, aby po jakimś czasie będąc już po drugiej stronie barykady przeżywać to znowu jeszcze raz, tym razem jednak już z własnymi dziećmi jako przeciwnikami.

Aby jednak to się stało potrzebne jest kolejne młode pokolenie, które buntując się przeciw zastanym normom najpierw je odrzuci, by potem tworząc nowe rozwiązania niektóre z nich uznać za słuszne, niektóre zaś wcześniej skorygować, zanim je zaakceptuje na nowo. Do tego wszystkiego doda jeszcze własne, na tę chwilę rewolucyjnie innowacyjne. To jest właśnie, bardzo ogólnie ujmując, klasyczny mechanizm postępu w pełnym tego słowa znaczeniu. I dotyczy to każdej dziedziny życia. 

16 Sty 2018

Od pewnego czasu obserwuję to, co dzieje się w naszym kraju i z przerażeniem dochodzę do wniosku, że nasze niesamowicie aktywne grupy polityczne zaczyna opanowywać jakiś amok. Walka o głosy wyborców, o zaistnienie za wszelką cenę w mediach i na arenie politycznej niejako wymusza na nich zupełnie paranoidalne pociągnięcia. W programie „Co z tą Polską?” prowadzonym przez T. Lisa nie wytrzymał nerwowo nawet tak bardzo opanowany prof. Bartoszewski i użył domyślnie w stosunku do jednego z czołowych, naszych polityków takich określeń jak: nabzdyczony, nadęty i jeszcze kilku innych niemniej dosadnych. To już zmusza do myślenia. Zacząłem więc analizować zdarzenia z ostatniego okresu i nie powiem, że miałem jakiekolwiek powody do uspokojenia swoich podejrzeń. Wręcz przeciwnie. Weźmy na przykład wkręcanie religii do polityki.

Od dawna wiadomo, że polityka jest jednym z największych bagien w którym aby przeżyć, trzeba być niezłym dyplomatą. A tych u nas niestety dzisiaj brak. Religia zaś i jej zasady, to sprawa sumienia każdego z nas, sprawa naszej wiary. Dostaliśmy od Stwórcy wolną wolę i rozum po to, aby rozróżniać co jest dobre a co złe by potem korygować nasze zachowania, poglądy, podejmowane decyzje. I oto nagle zjawia się „ Silna Grupa pod Wezwaniem”, która chce nas ubezwłasnowolnić i zmusić do takiego postępowania jak chcą oni, twierdząc, że opierają się na słowach głów kościoła, na kanonach prawd wiary i że w ten sposób wszystkich nas hurtem uszczęśliwią, bo jesteśmy ślepymi i głupimi jawnogrzesznikami. Poza tym nie zwracają wcale uwagi na to, że w naszym kraju żyją również ludzie innych wiar. Nie spytam już o demokrację, bo to temat do zupełnie innych rozważań.

Swego czasu w trakcie rozmowy o ochronie życia od momentu poczęcia jeden z polityków przed kamerą telewizyjną na zadane mu pytanie:   - "U kobiety w ciąży, z tego powodu nastąpiło nagłe zagrożenie życia. Jak powinien postąpić lekarz, kogo według pana powinien ratować?" odpowiedział bez chwili zastanowienia: -  " powinien ratować płód" - koniec cytatu. 

11 Sty 2018

Jakże często wypowiadamy się na różne tematy w tym również a może przede wszystkim , dotyczące ocen innych ludzi. Nie znając szczegółów  wystawiamy prawie natychmiast nasze opinie. Potem twierdzimy, że nasze przemyślenia są obiektywne i dotyczą tylko naszych wrażeń. Jednak w momencie gdy przekazujemy je w formie oceny przynajmniej jednej osobie, przestają już być prywatnymi ocenami. Stają się wtedy naszym szufladkowaniem ocenianych. Wiem, nie jesteśmy doskonali, jednak zakładając, że potrafimy myśleć, a tak nam się przynajmniej wydaje, to bez wcześniejszego, dokładnego poznania całej sprawy nie wypowiadajmy ich za szybko. Najczęściej w takich sytuacjach malując barwnie czyjś obraz, podchodzimy do niego emocjonalnie i sztampowo. Rozumiem, taki właśnie mamy  odruch. Emocje i powszechnie panująca kulturowa  ocena zachowań, nie zawsze mieszcząca się  w obowiązujących zwyczajowych regułach, czynią nas takimi a nie innymi. Podejrzewam tylko, że dotyczy to w mniejszym lub większych stopniu, praktycznie prawie wszystkich.

Najbardziej drażliwym tematem jest człowiek,  jego życie i ocena tego wszystkiego przez innych. Nie wiem, czy zdarzyło się wam ocenianie kogoś na podstawie pierwszego wrażenia, na podstawie skrótowych, lakonicznych informacji. O samej formie opisywania późniejszych własnych wrażeń już nie wspomnę. Nierzadko bowiem są one pozbawione jakichkolwiek zasad dobrego wychowania. To wszystko różni nas i dzieli na myślących, w tym kulturalnych i pozostałych.

Na co dzień przyzwyczajeni jesteśmy do kierowania się panującymi zwyczajowymi regułami. Generalnie biorąc jest to sprawdzona norma. Pod jednym wszak warunkiem, że zależnie od okoliczności przepuszczamy je przez pozbawiony emocji filtr obiektywności, a nie tylko akceptując je dlatego, że my tak to widzimy, tak odczuwamy a więc uważamy, że musi to być bezsprzecznie obiektywną prawdą. Owszem, „prawdą” jest, ale naszą,   bardzo subiektywną. Takie podejście do sprawy jest bardzo często powodem do kłótni, do wzajemnych antagonizmów. Później życie pozostawia w nas niesmak, poczucie niezasłużonej krzywdy i wielki żal, że to ludzie nas nie lubią.

Każdy z nas żyje według własnych, wyuczonych lub nabytych zasad, najczęściej z powodu wrodzonego lenistwa i egoizmu bezkrytycznie poddając się im budujemy w ten sposób własne gradacje oceny dobra i zła. Do życia podchodzimy więc bardzo subiektywnie i takie też są nasze wygłaszane później oceny. Powoduje to ustawianie siebie w roli oskarżyciela, sędziego i kata jednocześnie. A jak jest faktycznie? Odpowiedzcie sobie sami.