"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

My i nasze charaktery....

Opublikowano 17 kwiecień 2019 Autor: Opublikowano w: Mój punkt widzenia ... z życia brane

Często zastanawiamy się, co dzieje się z nami po jakimś okresie wspólnego przebywania razem? Co jest powodem, że stajemy się coraz bardziej podejrzliwi, opryskliwi i nie panując nad własnymi nerwami w krótkim okresie psujemy to, co jeszcze niedawno było takie piękne, takie fascynujące, takie kochane, takie bezdyskusyjnie nasze? Potem ze łzami w oczach zwalamy wszystko na tę drugą osobę, nie próbując nawet popatrzeć na siebie z boku i ocenić ile w tym wszystkim jest naszej winy. Wystarczy przecież przeświadczenie o tym, że ktoś nas wcześniej pokochał i zaakceptował. W takim przypadku wina teraz leży tylko po jego stronie. Bardzo często dobre mniemanie o sobie budujemy opierając się na naszych chęciach, a nie dokonaniach, za to bezspornym winowajcą jest, z reguły, ten ktoś drugi. Czym jest w takim przypadku nasza miłość? Podejrzewam, że jest to miłość własna, do siebie, traktująca drugą osobę jak własność, czyli kogoś kto nie może zrobić prawie niczego bez naszej akceptacji, za to musi akceptować nasze frustracje, nasze humory, podporządkowywać się naszym decyzjom czyli po prostu kochać nas i już. Mnie wydaje się, że miłość jest rodzajem dobrowolnego kompromisu, dokonywanego z własnego wyboru a nie z konieczności.

Poświęcanie się kochanej osobie najczęściej doprowadza do chorych sytuacji w których podporządkowanie siebie jest źródłem późniejszych konfliktów wynikających z braku wzajemnego zrozumienia i wielkiego poczucia krzywdy. Owszem, w jakiejś części powinniśmy żyć uszczęśliwianiem tego kogoś jednak przesada, jak we wszystkim, często kończy się tragicznie. Do miłych i dobrych rzeczy można bardzo szybko się przyzwyczaić i po pewnym czasie domagać się ich w różny sposób. Stają się one przysłowiowym powietrzem, którego nagły brak traktujemy jak wielką krzywdę dla nas nie szanując go, bo po prostu jest. Nie zastanawiamy się nawet czy rewanżujemy się tym samym, czy odpłacamy takim samym uczuciem. Najczęściej wystarczy nam przeświadczenie, że jesteśmy razem i dajemy przecież siebie zapominając, że obdarowujemy kogoś również przede wszystkim swoim charakterem, nad którym, niestety, nie bardzo chcemy pracować.

Tak więc codzienne kłopoty często jeszcze zaogniają i tak trudną sytuację. Efekt? Wiadomo, wzajemne żale, kłótnie i oskarżenia o sprawy, tak naprawdę mało istotne, które jednak w tej sytuacji urastają do rangi wielkiego problemu, przerastając możliwości naszego rozumienia. Czy zawsze jest to wina tylko jednej strony? Uważam, że leży ona prawie zawsze po obu stronach, może nie równomiernie je obciąża jednak ktoś w pewnym momencie czegoś nie zauważył lub zlekceważył i nastąpiła reakcja łańcuchowa, zdarzenie potoczyły się innym torem niż z początku zakładano. Obserwujmy więc siebie bacznie z boku, wnosząc poprawki w swoich charakterach, swoich postępowaniach, dopasowując je do wrażliwych punktów drugiej osoby. Osoby na której bardzo nam zależy, z którą chcemy przejść spokojnie przez resztę życia. To nieprawda, że miłość wymaga poświęceń, na pewno jednak wymaga ciągłej pracy nad sobą, ciągłego kontrolowania siebie, a jest to, niestety, bardzo trudne. Wszyscy dobrze o tym wiemy. Czy tylko w tym jest całe zło? Oczywiście nie, jednak na pewno przede wszystkim. Takie jest moje zdanie. A może przesadzam, może tak wcale nie jest? Może zbyt dramatyzuję a życie po prostu takie jest i już? Może skazani jesteśmy na wzajemne niezrozumienia?

 

 

 


Ostatnio edytowany: środa, 17 kwiecień 2019 17:13

Skomentuj

*
*
*