"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Mówić czy nie mówić?

Opublikowano 07 czerwiec 2018 Autor: Opublikowano w: Mój punkt widzenia ... z życia brane
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Życie stawia przed nami różne wyzwania. Czasem trudno nam wybrać prawidłowe rozwiązania i tworzymy rzeczywistości alternatywne, jedną na własny użytek, drugą prezentowaną na zewnątrz.

Byliśmy kiedyś w związku, który był dla nas cudownym przeżyciem, kochaliśmy i byliśmy szczęśliwi. Całości dopełniał piękny seks i poczucie bycia wspaniałym i spełnionym. Ten związek zakończył się ale wiemy, że nigdy nie przestaniemy pragnąć tamtego ciała, zawsze już będziemy nosić tę osobę w sercu, pobiegniemy jej na ratunek, gdy będzie tego potrzebować.

Jednak życie toczy się dalej, poznajemy inne osoby, także takie na których nam zależy i nie chcielibyśmy ich stracić. Nie ukrywaliśmy niczego i wiedzą one o naszym poprzednim związku, jednak sądzą, że jest on definitywnie skończony a nasze uczucie wygasło. Ponieważ jednak nie jest tak do końca, zdarza nam się zrobić czy powiedzieć coś, co zaburza ten obraz, tę alternatywną rzeczywistość na zewnątrz. Powstaje zgrzyt, który może spowodować utratę osoby, na której nam zależy.

I tu pojawia się pytanie, mówić czy nie mówić?

Często sami mówimy, że dobre relacje można utrzymać i pielęgnować poprzez szczere rozmowy. Dlaczego więc nie stosujemy tej rady we własnym przypadku? Przecież gdybyśmy powiedzieli bliskiej nam osobie, że czasami tęsknimy do czasów tej pięknej miłości i chcemy by tamta osoba to wiedziała, nie stałoby się nic złego. Każdy rozumie, że takich rzeczy się nie zapomina i takie wyznanie nie byłoby odebrane jako zdrada, czy coś w tym rodzaju.

Ale jednak nie mówimy tego, wręcz przeciwnie, wypieramy się, nie chcemy pokazać tej drugiej rzeczywistości, twierdzimy, że jej nie ma. Dlaczego, czego się boimy? Przecież właśnie taka postawa wzbudza podejrzenie o kłamstwo, a tym samym przekonanie, że jednak ta osoba z przeszłości nie jest nam już tak obojętna, jak twierdziliśmy. Taka sytuacja dużo bardziej sprzyja utracie osoby, której stracić nie chcemy, nie wie ona w końcu w co ma wierzyć, która rzeczywistość jest prawdziwa, co z tego co mówimy jest prawdą a co po prostu słowami wypowiadanymi z obawy.

Komentarze: 4

  •   Latoja

    Myślę, że będąc mężczyzną nie potrafisz wczuć się w kobiecą psychikę. Uważasz, że zazdrość musi być podłożem każdego zawirowania, do tego jeszcze zazdrość, która nie ma podstaw. Przede wszystkim nie ma zazdrości bez podstaw, to jest fanatyzm a nie o tym tu mówimy. Nie wierzę więc, że druga strona jest bez winy. Polega ona chociażby na tym, że nie potrafi być uważna by nie sprawiać przykrości osobie wyczulonej na pewne sprawy. I właśnie ten brak wyczulenia jest według mnie podłożem konfliktu.Być może osoba, którą uważasz za zazdrosną, po prostu potrzebuje więcej uwagi, okazywanej troski, chce czuć się w życiu tej drugiej osoby najważniejsza, by poczuć swoją wartość jako człowiek. Ludzie z deficytem troski mają bardzo silną potrzebę bycia dla kogoś najważniejszymi, tym na daną chwilę jedynymi. Jeśli nie mogą się tak czuć w relacji, do tego jeszcze czują, że inne osoby bywają ważniejsze, taka relacja jest po prostu bolesna, nie spełnia ich oczekiwań. Najłatwiej oczywiście posądzić takie osoby o zaborczą zazdrość, chęć uwięzienia w chorych relacjach. Myślę, że jeśli nie jest się w stanie sprostać wymaganiom takiej osoby, lepiej powiedzieć to otwarcie i zakończyć znajomość. Wtedy jedna strona odzyska wolność a druga przestanie wierzyć w coś co nie istnieje.

  • Powody do zazdrości bywają różne, to prawda że najczęściej winna leży po dwóch stronach. Podstawowym jej warunkiem jest fakt, że nie jest ona kierowana żadnym przypadkiem. A poza tym nie słyszałem jeszcze aby ktoś lubił budzić w sobie zazdrość tylko po to aby zadręczać się do bólu. Może i są tacy jednak ja ich w swoim życiu jeszcze nie spotkałem. Pomińmy więc masochistów. Jak widzę z automatu przypisujesz jednej ze stron, że z uporem godnym lepszej sprawy po prostu musi on kłamać, a może to ona wymyśla interpretację jakichś poznanych pobieżnie drobnych faktów, nadinterpretując je zgodnie z obraną linią ataku. Nie wiem dlaczego z takim uporem uważasz, że warto zaryzykować przez jedną ze stron, dobrze układającą się znajomość aby przy tym zaspokoić moim zdaniem swoje smutne podejrzenia. Rozumiałbym jeszcze gdyby chodziło tu o coś poważnego, warto wtedy byłoby to wszystko dobrze przemyśleć kilka razy i upewnić się, że na pewno mam rację. Tu bym się z Tobą zgodził, ale gdy powód na który się powołujemy jest błahy, praktycznie żaden (pomijam tu fakt, czy jest on wymyślony czy prawdziwy) to przemyślałbym najpierw czy gra jest warta przysłowiowej świeczki a dopiero potem próbowałbym to wszystko ewentualnie wyjaśnić.
    Mam więc pytanie, jeżeli nie nazwiesz posądzenia o kłamstwo w uczuciach zazdrością, to jak to możemy nazwać? Ktoś kto uporczywie nazywa kogoś kłamcą bo ten ktoś był na tyle nieostrożny, że wspomniał publicznie o innej, dawno już zapomnianej, chociaż kiedyś bardzo bliskiej mu osobie, to przynajmniej moim zdaniem taka osoba powinna dobrze się zastanowić i przemyśleć to jeszcze raz aby upewnić się w swojej racji. W przeciwnym wypadku powinna zrewidować swoje przypuszczenia i jeżeli nie wierzy mu nadal to zakończyć wszystko, czyli całą znajomość lub też nie poruszać więcej tego tematu. Jednym słowem odpowiadam na podstawowe pytanie. Mówić szczerze tyle, że zależnie od pokładanego w tym kimś zaufania odpowiednio, w sprawach nieistotnych, mało ważnych najlepiej nie wypowiadać się. Dopiero gdy zaczną one powtarzać się, trudno będzie wierzyć w twierdzenie o niewinności tej osoby.
    Pozdrawiam serdecznie..

  •   Latoja

    Myślę, że podchodzisz do opisanej sytuacji zero jedynkowo, winna jest jedna strona, druga jest tylko krzywdzona posądzeniami o kłamstwo. Życie uczy nas, że prawda nigdy nie leży po jednej stronie. Stwierdziłeś, o ile dobrze zrozumiałam, że jedna strona tej nowej relacji truje ją zazdrością, nadinterpretacją faktów, do tego takich, które nie miały miejsca. Jest to chora zazdrość, która nie ma żadnych podstaw. Czy tak jest na pewno?
    Nie sądzę aby ktokolwiek lubił sam się udręczać i wymyślać fakty, które potem jeszcze tłumaczy po swojemu, bo bo po? Nikt przecież nie chce psuć dobrej relacji, no chyba, że mówimy o masochiście, ale taki przypadek tu chyba nie występuje.
    Sądzę, że jednak ta druga strona musi dostarczać powodów do takiego właśnie zachowania, może została już przyłapana na kłamstwie i teraz nie jest już wiarygodna? Może niedostatecznie okazuje swoją sympatię uważając, że przecież wszystko jest oczywiste? Nie wiem, wiem jednak, że przypisujesz całą winę jednej stronie a tak raczej nie bywa.

    Myślę, że w tej sytuacji może wcale nie chodzić o zazdrość, trudno przecież być zazdrosnym o to co było kiedyś i o czym, jak napisałam, ta nowa osoba wiedziała. Może chodzić o zupełnie co innego. Tak ja to widzę.

  • Masz całkowitą rację, życie bardzo często stawia nas przed alternatywnymi wyborami. Czasami przyczyną tego jest stan, który chcielibyśmy zachować głęboko w sobie a bywa również i tak, że mówimy prawdę a ktoś tworząc sobie własną, w jego przypadku, "logiczną" interpretację tego co słyszy, twierdzi że, delikatnie mówiąc, mijamy się z nią. Jak wiadomo jest ona tylko jedna, i żadna ludzka logika jej nie zmieni. To na pewno.
    W przypadku, który tak pięknie opisujesz wcale nie musi ona być taką jaką ją przedstawiasz. Oczywiście może być taką, jednak nie musi. Wyobraź sobie że byliśmy z kimś kiedyś w pięknym, wręcz cudownym związku. Coś pękło lub jedna ze stron odkryła ważny powód do jego zakończenia. Z bólem serca zdecydowali się na rozstanie. Wspomnienia pozostały i to różne, w olbrzymiej jednak większości piękne. O negatywach nie wspominam, chociaż były i takie (oczywiście opisuję tu sytuację wymyśloną, alternatywną, teoretyczną). Minęły lata. Powoli czas zaczął robić swoje. Obie strony, mniejszy lub większy ból, zaczęły w swoich pamięciach wyciszać i przechodzić nad nim do codzienności. Oczywiście w każdym przypadku, w życiu powinno wyglądać to różnie.
    Po latach, gdy jedna ze stron, zaznaczam teoretycznie, pozostawia enigmatyczny ślad po tamtym zakończonym już związku w jej nowej znajomości, zaczyna się coś psuć, budzi się zazdrość, która powoli niszczy tę budzącą się właśnie, serdeczną przyjaźń. Jak wytłumaczyć taką logikę? Oczywiście chorą wyobraźnią i budowaną na niej tą formą ludzkiej tzw. "logiki".
    Nierzadko nasze podejrzenia, budowane na niej, mijają się bowiem ze stanem faktycznym. Jedynym, logicznym rozwiązaniem tego problemu, moim zdaniem, będzie więc albo zakończenie związku który zaczyna powoli być chory, albo spokojne przeanalizowanie zdarzenia i spojrzenie z innej strony. Bo co jest w nim takiego złego, czego on może być powodem? Przede wszystkim budujemy własną wizję zdarzenia, która wcale nie musi być taka oczywista i zaczynamy w nią ślepo wierzyć. Dalszy ciąg najczęściej jest już znany.
    A na pytanie czy być szczerym i partnerowi mówić wszystko, każdy z nas powinien sam sobie odpowiedzieć. Właśnie i przede wszystkim przez nadinterpretację naszego rozmówcy napotkanych faktów. To ona bowiem czyni olbrzymie wyłomy w trudzie naszego logicznego myślenia, tłumaczeniu sobie tego co usłyszeliśmy, czy też tego co zobaczyliśmy. Jest ona olbrzymią , groźną, sztormową falą zagrażającą bezpieczeństwu naszego statku na morzu życia.
    P.S. Odpowiedź na zadane pytanie znajdziesz również w poprzednim tekście zamieszczonym na Koszmarku pt. "Jak oceniamy innych".
    Kiedyś napisałem taką myśl "Mała zazdrość jest przyprawą, duża -
    trucizną". Niech ona będzie swoistą formą podsumowania naszej dyskusji.

Skomentuj

*
*
*