"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Jak to z miłością bywa ..... czyli na własną prośbę?

Opublikowano 13 styczeń 2017 Autor: Opublikowano w: Mój punkt widzenia ... z życia brane
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Co się dzieje z tą miłością? Dlaczego nie wytrzymuje próby czasu? Dlaczego uczucia wygasają a w zastraszającym tempie rosną negatywne emocje?
Takie pytania stawiamy sobie bardzo często. Jednak niezmiernie rzadko próbujemy odpowiedzieć sobie co jest tego prawdziwą przyczyną zadawalając się "naszą prawdą", prawdą skrajnie subiektywną, naszym sposobem oceniania stanu rzeczy, będąc w jednej osobie prokuratorem, obrońcą i sędzią, obrońcą naszym, bo strona przeciwna nie ma w tym momencie prawa do obrony, ona jest tylko oskarżonym. Oczywiście my dajemy siebie, swoje uczucie przy tym jesteśmy kryształowo czyści, nas trzeba akceptować takimi jakimi jesteśmy ponieważ sami siebie przecież akceptujemy (inni mają większe wady), natomiast ta druga strona jest absolutnie winna, bo zawiodła nas i już. Tak najczęściej interpretujemy zaistniałe fakty rozdmuchując w sobie żal, niepomni związku przyczynowoskutkowego. Spróbujmy to przeanalizować, każdy w sobie. Ja to zrobię, oczywiście też subiektywnie, ale postaram się mocno uogólniając, popatrzeć na to z boku tak jak gdyby to mnie absolutnie nie dotyczyło.
Kiedy zaczyna się gra w życiowego pokera? Piszę tu oczywiście o związku dwojga ludzi. 

Otóż, już w momencie poznania, pierwszego spotkania. Nie jesteśmy wtedy naturalni, stajemy się aktorami specyficznego spektaklu. Ja to nazywam tańcem łabędzia. Będąc zainteresowanymi drugą osobą budujemy swój wizerunek, często niezupełnie świadomie, odruchowo, bardzo układny. Staramy się zrobić jak najlepsze wrażenie. 

Właśnie wrażenie, bo prawda, najprawdopodobniej nie wyszłaby nam na dobre, przynajmniej na początku. No cóż, mówią, że cel uświęca środki. Być może, ale w tym przypadku nie powinno mieć to zastosowania. Zaczynamy więc grę i robią to obie strony, co prawda inaczej ale w równym stopniu. Takie mniejsze lub większe przekłamania, nie niwelowane sukcesywnie, stają się powoli powodem do podgrzewania ukrytego w nas napięcia, które kiedyś i tak wybuchnie, tylko z dużo większą siłą. Potem nazywamy to różnicą charakterów mówiąc, że przecież zawsze byliśmy tacy tylko ktoś nie chciał tego wcześniej w nas zauważyć. W tym też jest część prawdy, ale zwróćmy uwagę na to na ile myśmy się do tego przyczynili? Co zrobiliśmy aby podkreślić nasze zalety i ukryć wady licząc na późniejsze zaakceptowanie?

 

 

Akceptacje takie, wcześniej czy później, akcentowane są zgrzytami, emocjonalnymi wybuchami. Co często, niestety, bywa już początkiem końca a nie jak niektórzy to błędnie interpretują, docieraniem charakterów. Takie docieranie, dopasowywanie się charakterów powinno następować powoli i systematycznie od pierwszej chwili poznania. Później jest bardziej bolesne i często już trudne do zaakceptowania. Powinniśmy wspólnie, w miarę szybko odkrywać nasze prawdziwe strony, nasze przywary i niedoskonałości oczywiście pracując nad sobą, nad zmianą złych nawyków, niewłaściwych zachowań. Doskonale przecież zdajemy sobie sprawę z tego co w sobie, w swoim zachowaniu spokojnie tłumaczymy jednocześnie nie tolerując tego w drugiej osobie. Najczęściej wygląda to tak.


My oczywiście nie jesteśmy bez wad, ale jesteśmy za to przecież pełni dobrych chęci i szczerego uczucia co nas w zupełności tłumaczy, natomiast druga strona w ogóle tego nie chce zauważyć i jest okrutnie fałszywa i niesprawiedliwa. Staramy się pamiętać tylko niektóre słowa wcześniej wypowiedziane które teraz, wyrwane z kontekstu, przeniesione w czasie i przytoczone w innej sytuacji mają zupełnie albo prawie zupełnie inne znaczenie. Takie subiektywne spojrzenie pod kątem własnego ja jest konsekwencją braku chęci odnalezienia prawdziwego powodu tego, że coś dzieje się nie tak. Pozostaje samoudręczanie się umotywowane faktem, że coś nas zabolało i dlatego jest już wystarczającym powodem do naszego zachowania. Nie zastanawiamy się nad pierwotną przyczyną tego i nad tym jaki jest nasz w tym udział, bo to nie jest ważne w tej chwili. Nasz żal nas usprawiedliwia całkowicie i nie zastanawiamy się jak bardzo sami sobie w tym momencie szkodzimy. Właśnie tak rozpoczyna się powolna agonia uczucia, burzenia naszego wcześniejszego wizerunku w oczach partnera. Nie próbujemy zrozumieć i zmienić, usunąć przyczyny leżącej między nami, ale najzwyczajniej wymuszamy, a to ma niestety krótkie nogi i na dłuższą metę niczego nie zmienia. Pozostaje smutna konstatacja, że jeżeli szybko czegoś nie zmienimy to możemy w pewnym momencie obudzić się z ręką w przysłowiowym, mało reprezentacyjnym, naczyniu.


No cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że życie jest jedną wielką grą. Jednak wszystko ma swoje reguły, wykroczenie poza które, jest już zakłamaniem świadomym. Trzymajmy się więc tych reguł i traktujmy innych tak, jakbyśmy chcieli być przez nich traktowani.

Takie jest, tu mocno podkreślam, moje zdanie 
i nie brałem pod uwagę przemocy w rodzinie ani też innych niegodnych człowieka zachowań.

Ostatnio edytowany: piątek, 13, styczeń 2017 10:21

Komentarze: 2

  • Zgoda, ale w tym przypadku granica efektu pomiędzy uwypuklaniem jednych a ukrywaniem drugich często jest wbrew pozorom trudna do wykrycia. Nieświadomi faktów,z reguły traktujemy je jednakowo, jako pozytywne cechy naszych partnerów/ partnerek. I nie o to mi chodzi aby od razu, na samym początku znajomości odkrywać siebie całkowicie. Uważam tylko, że jako w pełni świadomi naszych wad, powinniśmy z nimi walczyć i starać się je zmieniać, a nie trwać w zakłamaniu, oszukując kochaną przez nas osobę. W końcu wcześniej lub później i tak ukażą one prawdziwe nasze oblicza. I co wtedy? Pozostanie nam pytanie czy kochaliśmy i kochamy naprawdę czy tylko przyzwyczailiśmy się do tej osoby? Wbrew pozorom im później to uczynimy tym trudniej będzie nam na nie odpowiedzieć. A jeszcze trudniej naprawić nasze błędy. Wydaje mi się, że byłoby o wiele łatwiej wcześniej uświadomić sobie niezgodność naszych charakterów i próbę ich zmian niż później docierać je w atmosferze kłótni, niesnasek czy awantur. Ale o tym każde z nas musi zdecydować już samo.

  • Czym innym jest uwypuklanie własnych zalet w oczach partnera na początku znajomości, a czym innym jest okłamywanie go na temat ważnych spraw, żeby nie dowiedział się o naszych wadach czy słabościach. Jeśli ktoś świadomie buduje swój związek na kłamstwie, nie powinien mieć później pretensji do innych.

Skomentuj

*
*
*