"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Samotność w samotności - (powtórka)

Opublikowano 14 sierpień 2016 Autor: Opublikowano w: Mój punkt widzenia ... z życia brane
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Zastanawiam się, dlaczego człowiek tak mało wie o swojej samotności. Dlaczego ja, zawsze znaczy tylko ja a on znaczy tylko on i zawsze oba te znaczenia są mniej lub bardziej konfliktowe. Bardzo głęboko w naszej psychice pojęcie my, jest pojęciem matematycznym a nie emocjonalnym, mówiącym o ilości a nie o jedności, nie dającym pewności bezpieczeństwa. Podejście emocjonalne zdarza się nawet często ale jest ono chwilowe i nie wytrzymuje presji upływu czasu. A może jest to wewnętrzna, psychiczna obrona przed całkowitą rezygnacją, zwariowaniem, nie wiem. Ale faktem jest że jesteśmy totalnie wewnętrznie samotni i zupełnie zdani na siebie... Tak naprawdę, to cały świat jest wypełniony samotnymi istnieniami, budującymi rodziny tylko po to aby przetrwał gatunek. Ludźmi, w gruncie rzeczy mniej lub bardziej samotnymi od początku do końca, od narodzin do śmierci. Najpierw w dzieciństwie. Zamknięci w swoich małych wirtualnych, dziecięcych światach, których nikt albo nie chce albo nie potrafi zrozumieć. Skłóceni wewnętrznie z dorosłym otoczeniem mającym zupełnie inne kanony wartości, miłości i piękna. Z absolutną wiarą, że tak musi być, dogmatycznie wierzący w prawdy życia, ufający bezgranicznie innym, zamykający się coraz bardziej w sobie. Potem, w wieku dorastania, z pełną świadomością, że nikt tak do końca ich nie rozumie, zbuntowani lub też zupełnie zrezygnowani i pogodzeni z istniejącym porządkiem rzeczy ale zawsze samotni, zamknięci mniej lub bardziej w sobie.

 

Kolejny etap ewolucji, małżeństwo. Dwoje ludzi mających głęboko ukryte swoje małe marzenia, które z biegiem czasu chowają coraz głębiej aż w końcu udają, że już dawno o nich zapomnieli. Dwoje takich ludzi ciesząc się urokiem ulotnej chwili, zauroczeniem i pożądaniem wzajemnym tworzą rodzinę rzecz, jak się to mówi, świętą. Tak? Pytam więc, na jak długo i co każde z nich czuje po roku, dwóch lub trzech? Co się tak naprawdę z nimi dzieje i dlaczego w miarę upływu czasu ich wspólne myśli, marzenia i spojrzenia na życie tak się różnią, zaczynają chodzić innymi drogami, żyć własnym życiem. Stają się mniej lub bardziej obcy, tak naprawdę bardziej samotni. Jak się okazuje nawet myśli mogą być samotne. Ale wtedy ukrywa się to głęboko i udaje, że nic się nie stało, że wszystko jest w porządku, tylko my jesteśmy trochę bardziej zmęczeni, podrażnieni i nie mamy czasu na jakieś tam nikomu niepotrzebne mrzonki. Ale to nieprawda, bo gdy już zupełnie nie możemy wytrzymać tej wspólnej, świętej samotności, zamykamy się gdzieś w kącie i ocierając łzy przypominamy sobie o tym, że nasze zakurzone marzenia przecież są, istnieją i znowu zaczynamy marzyć. Tym razem już bardziej przyziemnie, że coś tam może w naszym życiu zmieni się na lepsze. Może on lub ona zmieni swój charakter, swój stosunek do nas. Może będziemy mogli znowu popatrzeć pogodniej na świat, na wspólne życie, znaleźć ciepło w swoich oczach. Dzieje się tak zawsze, w mniejszym lub w większym natężeniu ale naprawdę zawsze.

Wreszcie dziecko. Wielka radość która bardziej związuje ludzi, chociaż nie zawsze, ale jednocześnie po pewnym czasie, dzieli. Ona poświęca więcej czasu dziecku, on czuje się coraz bardziej zaniedbany, odsunięty. Najpierw mówi, że to rozumie a potem, potem przestaje rozumieć. Zaczynają, jeszcze bardziej niż przedtem, żyć obok siebie. Dwie samotności razem. Często coraz bardziej skłóceni, momentami mający siebie nawzajem naprawdę dość. O okresie tzw. jesieni życia czyli po prostu o starości, o strasznej samotności tych ludzi bardzo często już nikomu nie potrzebnych, nie kochanych, wolę nie pisać. To znamy bardzo dobrze z własnych obserwacji. Wystarczy popatrzeć tylko na te smutne twarze przyklejone do szyb w oknach, na te zrezygnowane, nieżywe już spojrzenia obserwujące uciekające gdzieś życie. One mówią same za siebie. Smutniejszego obrazu nikt jeszcze nie namalował. Tu koło małej historii zamyka się i wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że historia zaczyna się od początku. Kolejny etap tych samych, chociaż w innych uwarunkowaniach zewnętrznych, problemów przełamywania złośliwości losu i walki z okrutną samotnością. Jak widać potrafimy być razem ze swoimi samotnościami ale to na pewno smutna konieczność. Bierze się ona stąd, że nasze małe wewnętrzne światy zawsze będą różne, inne od pozostałych, zamknięte i nie do końca poznane.

Bo tak naprawdę, jest to jedyne miejsce gdzie zawsze jesteśmy piękni i młodzi, czujemy się bezpiecznie, znajdujemy spokój i własne zrozumienie, wytłumaczenie swoich pomyłek i potknięć. Jest to nasz azyl, nasz mały świat.

Ostatnio edytowany: niedziela, 14 sierpień 2016 16:43

Komentarze: 5

  •   Latoja

    Nie wiem jak Ty ale ja wspomnieniami nie żyję, z tego prostego powodu, że nie ma w nich nic, co nie budziłoby mojego żalu lub zadawnionego lęku. Udało mi się jakiś czas temu uporać z nimi, nazwać rzeczy po imieniu i pogodzić się także z własnymi, a może przede wszystkim własnymi błędami.
    Mówisz, że każdy buduje swoją prawdę zdarzeń, masz rację, każdy buduje ją ze swojego punktu odczuwania bo każdy odczuwa inaczej. Są jednak fakty obiektywne, które trzeba dostrzegać w owym budowaniu, jeśli chcemy być szczerzy wobec siebie samych, musimy te fakty przyjąć do wiadomości. Czasem jest tak, że o czymś nie wiemy i bez tej wiedzy nasza prawda jest zbudowana na domysłach, ale nie mamy tu zbyt dużej możliwości, odczuwamy tak, jak pozwalają na to okoliczności. Dlatego tak ważna jest szczera rozmowa między ludżmi, skonfrontowanie dwóch prawd może doprowadzić do wniosku, że żadna z nich nie była do końca prawdziwa, choć każda była prawdziwie odczuwana.

  • Jakże często kochamy żyć wspomnieniami. Ich barwy, odczucia ich cudowności przeżywane z pewnych wspomnieniowych perspektyw. Może nie jest to najlepszym z tego, co nas spotyka na co dzień ale na pewno jednak są one cudowne i niesamowicie miłe. Jest to jak lek chwilowo usuwający skutek, ukrywający jednak zagrożenie działania ubocznego objawiającego się jakże często pogłębianym się stresem, kaleczącym naszą psychikę i nie pozwalającym nam spokojnie żyć.
    Ten błąd jest często jednym z popełnianych przez nas podstawowych błędów, nad którymi powinniśmy jednak poważnie się zastanowić. Muszę Ci szczerze przyznać, że właśnie mi to uzmysłowiłaś. Praktycznie każdy z nas buduje w swoim życiu własne wizje zdarzeń które nie zawsze muszą być zgodne z prawdą, wizje które dla nas jednak są logicznie uzasadnione. I to tym wszystkim jest dla nas najważniejsze. W sytuacjach zagrożeń nasze logiki bowiem opierają się nie na obiektywnych ale na pasujących nam, mniej lub bardziej wymyślonych zdarzeniach. W ten sposób najczęściej budujemy nasze późniejsze niepodważalne dla nas prawdy, którym później oddajemy się bezgranicznie, w które bezkrytycznie wierzymy
    .
    W taki i podobny sposób budujemy najczęściej nasze prawdy o życiu, nasze wizje przyczyn tego, co nas spotyka i co nas spotkało.

  •   Latoja

    Nie bardzo rozumiem co masz na myśli i jaki ma to związek z poruszanym tematem. Musielibyśmy zatem czując się samotni od dziecka szukać winy w sobie. Nie ma winy dziecka w tym, że czuje się samotne, raczej jest to jednak wina jego otoczenia. W póżniejszym życiu możemy oczywiście doszukiwać się winy w sobie, na pewno od tego trzeba zacząć. I wiesz, masz rację, teraz z perspektywy czasu widzę, że nigdy nie potrafiłam prawidło ocenić własnych możliwości funkcjonowania w relacjach. Zawsze daleka byłam jednak od oceniania innych, raczej sama byłam zbyt łatwowierna by nie powiedzieć naiwna.
    Nie sądzę, żeby krzywdziło mnie życie, raczej splot okoliczności sprawiający, że nie mogę żyć tak jakbym chciała, na który nie mam wpływu. Oczywiście ważne jest nie to co dostajemy od życia a to, co z tym zrobimy. Są jednak takie momenty, że dochodzimy do ściany i nic więcej zrobić nie możemy - taka karma...

    Taka karma jest naszym zwyczajowym, żartobliwym powiedzonkiem podczas gry w karty...nie ma nic wspólnego ze zrzucaniem z siebie odpowiedzialności za własne życie, wręcz przeciwnie, jest wyrazem przyjęcia tego na co sobie zasłużyliśmy.

  • Z tą karmą nie zgadzam się w zupełności. Moim zdaniem było by to zwalanie wszystkiego na los. Inaczej mówiąc poddawanie się mu pozostając jednocześnie kimś praktycznie zupełnie bezwolnym.
    Uważam, że dostajemy od życia całą gamę sytuacji w formie surogatu z możliwością wypełnienia ich realizacją naszych pragnień i marzeń, naszych potrzeb.

    Jeżeli nie wychodzi nam coś w życiu to przede wszystkim szukajmy przyczyny tego w nas samych a dopiero później w kimś innym. Nasze tak często okazywane zadufanie w tym, że jakże często życie nas krzywdzi jest naszą piętą achillesową, naszą słabością ustawiającą nas w pozycji, mniej lub bardziej, z góry przegranej.

    Podsumowując, najpierw oceńmy siebie i swoje postępowanie, a dopiero później oceniajmy innych. Co nie oznacza wcale rozgrzeszania innych. Jednocześnie pomoże to nam bowiem, a przynajmniej powinno pomóc, nie popełniać tych samych lub podobnych błędów po raz kolejny.
    Wiem brzmi to abstrakcyjnie, jednak spróbujmy to przeanalizować na spokojnie. Kiedyś było takie powiedzenie ? żeby kózka nie skakała toby nóżki nie złamała?. Jakże często właśnie skaczemy głową w dół ufając przeczuciu że wszystko jest w porządku. Starajmy się bardziej wierzyć w swoje szare komórki i budować własne doświadczenie chroniące nas przed konsekwencjami przesadnej pewności siebie w tym czego pragniemy, co chcemy osiągnąć, z kim chcemy być. Nie każdy pies szczerzy kły gdy chce ugryźć.

    Można by pisać o tym tu jeszcze wiele, ale starajmy się, co wcale nie oznacza bądźmy, w miarę przewidujący. Budując owe przewidywanie na obserwacji tego w co się pakujemy, do kogo chcemy się zbliżyć, z kim chcemy w taki czy inny sposób związać swój los. Ktoś powie łatwo się mówi. Wiem, jednak trudne wcale nie musi oznaczać niemożliwe. Te przykłady oczywiście dotyczą całego naszego życia i wszystkiego co nas w nim spotyka.

    Takie przynajmniej jest moje zdanie.

  •   Latoja

    Każdy człowiek jest samotną wyspą, sam ze swoim ja i obok innego, który także ma swoje ja. Najbardziej samotność odczuwamy w lęku, chorobie, tutaj nie ma wstępu dla drugiej osoby, choćby nie wiem jak nas kochała. Nie rozumie po prostu co czujemy.
    Myślę, że właśnie tu tkwi sedno- nie rozumiemy co czuje drugi człowiek, czasem dlatego, że nie chcemy a czasem nie potrafimy. W tej samej sytuacji obie strony mogą czuć się pokrzywdzone, czekać aż ta druga wyjaśni, wytłumaczy, nic takiego się nie dzieje, kolejna pretensja rośnie zadawnioną zadrą.
    Ludzie nie rozmawiają ze sobą szczerze, właściwie nie wiadomo dlaczego, czego tak się boją? Wiemy czego się boją ale mając do wyboru otwarcie się na zranienie i umieranie związku, może lepiej jednak zaryzykować, powiedzieć szczerze co czujemy, co nas boli.
    Każdy z nas potrzebuje tej jednej osoby, dla której będziemy najważniejsi, która budząc się rano myśli o nas, która w każdej chwili ma nas w sercu i pokazuje nam to. Niestety niewielu z nas ma to szczęście, nasze relacje są powierzchowne, często wymuszone, pogłębiajace dojmujące uczucie samotności.
    Będąc samotni nie potrafimy jednocześnie otworzyć się na człowieka, który chce nam dać kawałek siebie, swojego życia. Tak się okopujemy w tej samotności i nietykalności, że nie potrafimy już chyba dać z siebie nic, ponad własne poczucie krzywdy.
    Jestem sama od wielu lat, sama i samotna, chciałam dać pewnemu człowiekowi kawałek swojego życia a jednocześnie poczuć, że jestem dla niego najważniejsza, jednak serce nie sługa a poczucie odrzucenia zniechęca do jakichkolwiek relacji.
    Mój kolega powiedziałby : Taka karma...

Skomentuj

*
*
*