"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

Dobrzy czy źli „architekci” własnego życia – temat do dyskusji.

Opublikowano 28 maj 2016 Autor: Opublikowano w: Mój punkt widzenia ... z życia brane

W czym między innymi tkwi tajemnica chęci zawierania związków małżeńskich?

 Jeżeli spokojnie, bez niepotrzebnych emocji zastanowimy się nad odpowiedzią, to znajdziemy powody dla których wybraliśmy właśnie tę osobę a nie inną i dlaczego właśnie w tym momencie a nie innym. Nierzadko może to być odpowiedź wskazująca nam czym przede wszystkim kierujemy się w takich momentach. A więc zauroczeniem (wygląd, poziom, subtelność i zbudowana na tych podstawach nasza wizja ) oraz pożądaniem (erotyka w szerokim tego określenia pojęciu - bardzo silny bodziec szczególnie w młodym wieku ) , które działając jak najsilniejszy narkotyk nierzadko bardzo skutecznie dominują, zagłuszają w nas głos resztek  rozsądku. Budowany na takiej płaszczyźnie obraz partnera lub partnerki jest obrazem wyimaginowanym a nie rzeczywistym. Idealizujemy go starając się nie dostrzegać tych cech, które nam przeszkadzają, po prostu je lekceważąc. Po jakimś czasie, będąc już w związku małżeńskim, bardzo rozczarowani odkrywającą się przed nami smutną prawdą zadajemy sobie pytanie .. gdzie miałam wtedy oczy? I refleksja, którą powtarzamy innym jak mantrę ... dziewczyno, przyjrzyj się mu lepiej, poznaj jego skrywaną skrzętnie stronę, bo każdy z ludzi taką posiada i dopiero wtedy ewentualnie decyduj się na małżeństwo.

Obserwując siebie i otoczenie można spokojnie stwierdzić, że najczęściej decyzja zawarcia związku jest decyzją spontaniczną, tak jak prawie wszystko co robi się w wieku dojrzewania. Bo dojrzałość, moim zdaniem, to nie ukończenie umownego minimum lat.Uzyskuje się ją dopiero po przeprowadzeniu z życiem przynajmniej kilku bitew, które nierzadko boleśnie uczulają nas potem na to, co może jeszcze spotkać nas i naszych bliskich. W niedojrzałym więc świetle ale pełni wiary zaczynamy budować dom nie mając do tego żadnego przygotowania, bo to wyniesione z domu często jest albo po prostu złe, albo też tylko szczątkowe. Może i uczy nas jak gotować, przygotować przetwory czy sprzątać, jednak najważniejszych rzeczy tj. jak postępować w chwilach kryzysu, jak panować nad sobą, jak wyciszać niepotrzebne emocje bliskich czy chociażby w jaki sposób spowodować aby domownicy wchodząc do domu pozostawiali swoje emocje za drzwiami. Niestety, tego nikt nas, oprócz życia, nie nauczy. Na pytanie  jak więc rozwiązać ten węzeł gordyjski odpowiem tak, najprościej to przeżyć ze sobą w jednym mieszkaniu przynajmniej rok traktując to jak szkołę małżeńskiego przetrwania a potem, po upewnieniu się, że znamy się już prawie jak przysłowiowe łyse konie, ukoronować to zawarciem związku i powiększeniem rodziny. Kierowanie się tylko ciepłymi słówkami z reguły do niczego dobrego nie prowadzi. Słowa są ulotne i wygłaszamy je pod wpływem chwili. Czyny, codzienność nie zawsze kolorowa odziera nas z bajkowego wizerunku jakim staramy się w podobnych sytuacjach otaczać. W innym przypadku dojdziemy do od dawna panującego smutnego przeświadczenia, że jakoś tam będzie. Tylko czy warto zakładać rodzinę na bazie tej zasady? Czasami obserwując innych dochodzę do smutnego wniosku, że najdłuższą drogą na tym świecie jest droga do własnego rozumu. Jedną z przeszkód na niej, jest niezrozumiałe dla mnie przeświadczenie, że jeżeli nie mogę zmienić czegoś w całości to po co się za to brać? Uważam, że gdy uda się chociaż troszeczkę w jakiś sposób wyrównać kamienistą drogę naszego życia tak, aby wędrowanie po niej mniej nas bolało, to już warto to zrobić.

I coś jeszcze, dla tych którym wiara ich zdaniem, nie pozwala na wspólne pożycie przed ślubem. Czy większym grzechem jest sprawdzanie siebie przez jakiś czas aby później żyć zgodnie z przykazaniami, czy skakać głową w dół w nieznane tylko dlatego, że nam się podoba i pociąga, a potem męczyć się mieszając łzy z żalem i nienawiścią? I jaką miłość, jakie wzorce otrzyma od nas dziecko w momencie gdy będzie tego najbardziej potrzebowało? Oczywiście są również, i to wiele, związki szczęśliwe, zawierane pod wpływem ślepych uczuć. Są to jednak, moim zdaniem, wygrane w życiowego totolotka. Możliwości rozwiązań jest wiele i w każdym przypadku szczegóły mogą być różne, tak jak każdy człowiek jest inny. Ja spróbowałem tylko podać formę zmniejszającą element ryzyka. Życie nie jest bajką, ale też nie musi być dla nas piekłem. Każdy jest kowalem własnego losu, przynajmniej w jakiejś jego części. Człowiek jest nad podziw wytrzymałym tworem i jakoś poradzi sobie w takich sytuacjach, tylko czy naprawdę warto się męczyć? 

Ostatnio edytowany: sobota, 28, maj 2016 15:33

Skomentuj

*
*
*