"Możesz przyprowadzić konia do wody, ale dopiero jeśli przekonasz go, aby popływał na plecach - coś osiągnąłeś"


Próbuję znaleźć odpowiedzi na pytania dlaczego... i co jest tego przyczyną. Mówić o tym jest łatwo ale.... Znacie to z autopsji. Najlepsze rozwiązania znajdują się w nas samych, spróbujmy tylko popatrzeć na siebie z boku, bez emocji. Przeczytajcie a potem ........... Powodzenia

04 Maj 2017

Ciągnąc dalej wątek konieczności wzajemnego zrozumienia w związku, poruszę ten temat z trochę innej strony. Jak myślicie, jak długo dwoje ludzi będzie sobie nawzajem „na siłę” ustępować, gdy nie wyjęte drzazgi wzajemnych pretensji bolą coraz bardziej? Na ile starczy im „środków przeciwbólowych” usuwających chwilowo skutek? Przecież w pewnym momencie znowu dzban goryczy się przeleje i zacznie się kolejna apokalipsa.

Popatrzmy jeszcze raz i postarajmy się przeanalizować, czym faktycznie jest bliski związek dwojga ludzi? Najczęściej jest to podjęcie emocjonalnej, niczym albo może prawie niczym, nie uzasadnionej decyzji, o przetrwaniu razem reszty życia. Jest to więc usiłowanie zespolenia dwóch światów, wypełnionych na dzień dobry bardzo różnymi charakterami, w których jak w obracających się kalejdoskopach przewalają się różne emocje związane z kolejno napotykanymi zdarzeniami. W pewnych momentach, gdy nagromadzi się ich więcej, zaczynają pojawiać się punkty zapalne, czekające tylko na odpowiednią chwilę aby wybuchnąć i wylać nagromadzoną lawę na najbliższą osobę. Czy w takich sytuacjach można mówić o próbie budowania kochającej się rodziny, czy może tylko o uporczywym trwaniu dalej ze świadomością, że tak naprawdę to się jest na skraju przepaści? Chyba jednak to drugie.

Wizja niezbyt pociągająca. Jednak uważam, iż posiadając świadomość zagrożenia jakie niesie ze sobą życie a do tego pewnej dozie dobrej woli, można systematycznie, wspólnie rozładowywać gromadzone, narastające w nas napięcia. To pozwala nie tylko na wyciszenia wewnętrzne ale również, co niemniej ważne, na budowanie mostu porozumienia i wzajemnego zaufania. Zaczynamy wtedy nagle sobie uświadamiać co w nas dla naszych partnerów, na dłuższą metę jest nie do przyjęcia. Pozostaje już tylko albo wyjaśniać, albo też delikatnie „negocjować” aby cokolwiek z tego móc w sobie jeszcze pozostawić, oczywiście jeżeli jest to w jakiś sposób dla nas dość ważne lub wygodne, albo też najzwyczajniej zakasać rękawy i zmieniać się. I nie będzie to żadną dulszczyzną, bo druga połowa musi zrobić dokładnie tak samo. Inaczej do końca owej „wspólnoty” pozostaniemy dwoma oddzielnymi, zamkniętymi światami, które z każdym kolejnym dniem, coraz trudniej będzie otworzyć. A wiadomo, że dwa rożne, drażliwe na swoich punktach emocjonalne wulkany, zamknięte w czterech ścianach  na dłuższą metę nie wróżą niczego dobrego.

22 Kwi 2017

Jakże często patrzymy na ludzi posługując się utartymi stereotypami. Jeżeli uczuciowy związek kobiety z mężczyzną to oparty na prawdziwej, szczerej miłości, w której to uczucie jest oczywiście prawdziwe i szczere a jakichkolwiek poświęceń po prostu nie ma. Bo w miłości nikt się nie poświęca tylko wszystko co robi czyni z prawdziwą radością dawania tego kochanej osobie, uszczęśliwiania jej. Takie, w naszych wyobrażeniach, są dłuższe lub krótsze, okresy spełniania naszych uczuć. Oczywiście kiedyś one przemijają a my dojrzewamy. Wtedy coś się kończy i zaczyna się mniej lub bardziej smutna codzienność.

Moim zdaniem nie można tego tak ujmować. Człowiek jest istotą bardzo skomplikowaną, bardziej niż to by się mogło nam wydawać. Charaktery, a w nich wszelkie zachowania i odruchy, w każdym z nas, różnią się bardzo. To co nas fizycznie bardzo często zbliża do siebie to przede wszystkim biologiczny odruch przetrwania gatunku. I nie należy tego mylić z prawdziwą, bezinteresowną miłością. W tym okresie organizm nasz zostaje pobudzany hormonami a w nich testosteronem /u mężczyzn/ i endorfinami zwanymi inaczej hormonami szczęścia. Ten euforyczny okres w naszym życiu najczęściej nazywamy błędnie właśnie miłością. Uważam, że tak wcale nie jest. Miłość przychodzi dopiero dużo później, gdy zaczynamy wspólnie zmagać się z życiem, z jego problemami. Dopiero wtedy możemy sprawdzić nasze charaktery, ich ewentualne toksyczności. 

15 Kwi 2017

"...myślę, więc jestem..."....czyli....przypowieści leniwego filozofa....

Któregoś dnia, idąc po wodę do strumienia spotkałem, chociaż trudno to nazwać spotkaniem, właściwie to potknąłem się o śpiącego pod krzewem leniwego filozofa. Spoza krzewu wystawały tylko stopy i one właśnie były powodem całego zdarzenia.

Wybudzony ze słodkiego, sennego niebytu staruszek usiadł, przetarł zaspane, prawie niewidoczne spod spadających na twarz długich siwych włosów, oczy. Po czym, wielce zdziwiony zapytał:

- A w czym to przeszkadzały ci moje nogi, że musiałeś właśnie o nie się potknąć?

- Mistrzu – odpowiedziałem – przepraszam, ale byłem tak zamyślony, że nie zauważyłem wystających zza krzewu twoich sandałów. Poza tym, nigdy wcześniej ich tu nie było a tę ścieżkę znam już na pamięć, mogłem więc pozwolić sobie na luksus zamyślenia na pustej ścieżce. Wszak właśnie tutaj sam często przemyśliwujesz dochodząc do zaskakujących, niecodziennych wniosków?

Starzec widocznie rozbudził się już zupełnie, bo popatrzył na mnie dobrotliwie, potem podrapał się w głowę, westchnął i rzekł:

 – Przepraszam ciebie, ale gdy kładłem się moje nogi nie wystawały spoza krzewu. Widocznie stało się to gdy spałem. Zwrócę im na to uwagę - zażartował. Ale mówiłeś coś o swoim głębokim zamyśleniu? Powiedz więc, co ciebie gnębi, a może uda mi się pomóc w rozwiązaniu twoich problemów?

Widzisz – zacząłem – mam pewne wątpliwości. Moi dwaj przyjaciele, twierdzą, iż moja żona nie odzywa się do nich, ponieważ ich inteligencja przewyższa granice jej pojmowania i oceny rzeczywistości. Startowali przecież w olimpiadzie krasomówczej i zajęli czołowe miejsca. To jak to jest? Mówiłeś kiedyś, że moja żona jest mądrą kobietą. Powiedz w takim razie, dlaczego oni tak twierdzą? Nie próbuję wdawać się z nimi w dysputy, ponieważ mam dużo pracy i jeszcze więcej wątpliwości w tematach przez nich poruszanych, zaś za mało czasu aby móc go poświęcić na analizowanie tego, co mnie bezpośrednio nie dotyczy. 

22 Mar 2017

Pewnego dnia....zaczyna się jak w bajce ale to, niestety, nie będzie bajka, tylko smutna prawda.

 

Otóż pewnego dnia usiadłem spokojnie do komputera, aby cokolwiek napisać. No wiecie, jakiś post do bloga. Długo zastanawiałem się co można tu sklecić i nagle doszedłem do genialnego, przynajmniej moim zdaniem, wniosku - OPISZĘ SIEBIE. Przecież opisuję kobiety, mężczyzn dlaczego nie mogę w takim razie, opisać siebie jako życiowego przykładu klasycznego wybryku natury, który jednak jakoś sobie radzi i to całkiem nieźle. O ile wiem, „wybryków” pośród nas jest dużo więcej i to różnej maści. Mnogość ich jest nieograniczona, wystarczy poczytać tylko niektóre blogi, nie mówiąc już o życiu. Usiadłem więc do klawiatury. Na początku szło mi nadspodziewanie dobrze, ale po wypisaniu kilkunastu budujących zdań, w których próbowałem ująć istotę sprawy, podkreślając moje pozytywne strony, w miarę uczciwie i dogłębnie, zacząłem zastanawiać się co dalej? No dobrze, opisałem już swoje zalety, trzeba by przejść do tej ciemniejszej strony mojej osobowości. Zacząłem więc mocniej zastanawiać się i ważyć dokładnie każde słowo, każdy przecinek, każdy wykrzyknik. Siedzę więc i myślę, myślę...... W pewnym momencie podrapałem się w głowę, no wiecie, aby pomóc sobie w myśleniu i ..... jak się okazało było to moim kardynalnym błędem. No cóż, stało się, bo tym sposobem obudziłem moją szarą komóreczkę, no wiecie, moje małe maleństwo, które spało sobie cichutko pochrapując w kąciku.

Wstało toto powoli, przeciągając się, ziewnęło, wyciągnęło łapki do góry przekręcając śmiesznie główkę i pokazując... jaka to jestem już duża. Potem przetarło oczka i popatrzyło na ekran monitora. Czekałem uśmiechając się, dumny, że tak składnie mi to wszystko dotąd poszło i to bez jej pomocy. Ale nawet nie wiecie w jakim byłem błędzie? To co zaczęło się potem dziać, jest nie do opisania. Obraz końca świata pokazany w najgorszym horrorze, jest tylko drobnym epizodem niewartym uwagi, w porównaniu do tego co było dalej.

 

13 Mar 2017

Szukamy w życiu ideałów, no powiedzmy kogoś zbliżonego do ideału. Zastanówmy się jednak, czy my sami, z naszymi skłonnościami, słabościami, przywarami i przyzwyczajeniami, z naszą oceną wartości tego co dobre i złe, możemy być dla kogoś takim ideałem? Czy potrafimy, jeżeli będzie tego wymagała sytuacja w związku, zmienić to w sobie? Czy szukamy tylko po to, aby zaspokoić nasze EGO, nasze potrzeby czy też po to, aby stworzyć związek, pełen wzajemnego zrozumienia, uczucia, ufności zapewniający spokój i bezpieczeństwo?

Poza tym szukać ideału a dążyć do niego, to są dwie różne sprawy. Ideał to niedościgły uniwersalny wzorzec, jednym słowem anioł, zaś w życiu potrzebny jest ktoś kto oczywiście ma wiele jego cech, ale chodzi też w miarę twardo po ziemi. Każdy człowiek posiada emocje, które musi co jakiś czas uzewnętrznić i chociażby właśnie to nie pozwala nam być prawdziwym ideałem. Jednak zależnie od wzajemnego zrozumienia, od wcześniej przeprowadzanych rozmów możemy owe „wyładowania” zredukować do minimum. Mam tu na myśli towarzyszące temu zjawisku chwilowe zgrzyty, które moim zdaniem są nawet wskazane aby był jakiś punkt odniesienia tego co mamy na co dzień. Odrobina pieprzu i soli dodaje potrawie specyficznego, finezyjnego smaku. Podobnie jak zazdrość, która w małym natężeniu jest czymś nawet dowartościowującym, zaś w dużym staje się trucizną, niszczącą każdy normalny, nawet najpiękniejszy związek.

Strona 1 z 83